środa, 23 lipiec 2008

Wojna o immunitet, czyli o tym dlaczego PiS ośmiesza się po raz wtóry...

Jeszcze wczoraj obserwując posiedzenie Komisji Regulaminowej Sejmu byłem rozbawiony. Gorliwość posłów PiS do pracy i to bez wynagrodzenia wydawała mi się czymś przekomicznym... Dzień dzisiejszy unaocznił mi jak bardzo się myliłem bagatelizując wczorajsze zajście. Słuchając wystąpienia marszałka Bronisława Komorowskiego czułem się odrobinę nieswojo. Zamiast zwrócić uwagę na niebezpieczny dla polskiego parlamentaryzmu precedens śmiałem się z robiących z siebie głupków posłów PiS. Reakcja marszałka, bardzo zdecydowana i zgodna z wszelkimi procedurami pozwoliła opanować sytuację.
Niestety coraz częściej śmiejemy się z pomysłów i działań posłów Prawa i Sprawiedliwości i przez to coraz słabiej dostrzegamy szkodliwość podejmowanych przez nich działań. Z czysto ludzkiego punktu widzenia w przypadku wielu członków PiS już dawno została przekroczona granica śmieszności, za którą czai się tylko lekceważenie. Jednak niestety na ich poczynania należy patrzeć z perspektywy państwa. Nawet najbardziej przekomiczny poseł czy urzędnik państwowy nie jest osobą prywatną a jego działania mają znaczenie dla powstawania czegoś taki ważnego jak praktyka prawna, która często decyduje później o wykładni prawa. 
Oburzamy się na ostre słowa, które zresztą padały z ust posłów zarówno koalicji jak i opozycji. Skupiając na spektaklu mniej wyraźnie widzimy dokonujący się proces anarchizacji państwa. PiS zawsze od obowiązującego prawa miał stosunek niekonwencjonalny. Powoływał się na nie, gdy było mu to na rękę. W przeciwnym razie łamał je bez skrupułów ubezpieczając się przedstawianiem jego dziwacznej wykładni. Ta taktyka często skutkowała, dla świętego spokoju politycy innych ugrupowań przymykali oczy. Najjaskrawszym przykładem była chyba awantura wokół traktatu lizbońskiego. Prezydent i cały PiS szantażował wszystkich, że go nie podpisze chociaż w parlamencie został on już przegłosowany. Koalicja dała się wciągną w jakąś dziwaczną grę, która tylko ośmieliła PiS do podejmowania podobnych działań w przyszłości. To samo z polską polityką zagraniczną. MSZ właściwie „oddał” prezydentowi zajmowanie się polityką wschodnią, chociaż ten przecież nie ponosi za swoje działania żadnej odpowiedzialności. Często słyszę opinie, że nie można było zrobić niczego innego. Trzeba było zawrzeć jakiś kompromis bo bez niego doszło by do permanentnego konfliktu. Tyle tylko, że PiS właśnie tak definiuje politykę. W pewnym sensie więc mamy z nim do czynienia przez cały czas. Może został on trochę uśpiony na czas lizania ran po przegranych wyborach ale zdaje się, że zaczyna wracać do „normalnego” poziomu.
Wydarzenia w Komisji Regulaminowej są tylko pokłosiem wcześniejszego uginania się przed żądaniami PiS. Analizując na spokojnie sytuację nie odnajduję najmniejszych podstaw do tak ostrego przedstawienia sprawy. Komisja przecież tylko opiniuje wniosek, decyzję podejmuje cała izba. Wtedy będzie czas na debatę, wnioski formalne i wychodzenie z sali. Zresztą przecież nikt nie odmawiał posłom PiS prawa do zadawania pytań na komisji. Żądania zmieniały się wraz z rozwojem sytuacji. Najważniejszy „argument”, że każdemu należy umożliwić obronę doskonale obrazuje instrumentalne traktowanie przez posłów PiS tej sprawy. Zdają się oni nie pamiętać, że komisja nie podejmuje decyzji o winie posła Ziobro. Nawet Sejm tego nie robi, istotą sprawy jest to czy dokumenty przesłane przez prokuraturę są wystarczającym powodem do uchylenia immunitetu. Dopiero sąd orzeka o winie. A tak na marginesie, to nie jestem przekonany czy prokuratura udowodni winę Zbigniewowi Ziobrze. Winna polityczna jest bezsporna, ale od strony prawnej może to wyglądać różnie...
Dlaczego więc zajścia Sejmie miały tak gwałtowny charakter. Wynika to z rozumienia polityki jako gry (nic dziwnego, że posłanki Szczypińska i Kempa nie potrafiły zachować powagi). Działacze PiS dzielą rzeczywistość na oderwane od siebie fragmenty i starają się z każdego z nich wycisnąć najwięcej ile się da. Bardzo często owa fragmentacja dokonuje się kosztem logiki, bo podejmowane działania są sprzeczne ze sobą... Bo jak tu zrozumieć coś z tego, skoro Zbigniew Ziobro sam immunitetu chce się zrzec a jego koledzy prawie stosują przemoc fizyczną by do on go nadal chronił. Tym bardziej, że ci co bardziej pamiętliwi pamiętają jeszcze postulaty jego ograniczenia bądź nawet całkowitego zniesienia... Kto by jednak pamiętał o logice, gdy w grę wchodzi święte oburzenie.
Swoje zrobiło również zaskoczenie. Dotąd w imię polityki miłości nie koalicja nie podejmowała tak zdecydowanych działań. Wczorajszy nacisk na przewodniczącego komisji okazał się przecież skuteczny. Wydawało się, że można odtrąbić zwycięstwo. Okazało się jednak, że druga strona tez potrafi zagrać twardo. „Chłopcy z PiS” nie mogli znieść porażki, dlatego zrobili wszystko by wygrana nie smakowała ich wrogom aż tak bardzo. Być ogranym przez „frajera” to najgorsza zniewaga dla takich „ostrych gości” z PiS. I to jeszcze zgodnie z demokratycznymi regułami... 
Nie wiem, czy PiS jest w stanie jeszcze bardziej zradykalizować język debaty publicznej. Skoro mogą mówić wszystko, nawet ignorując fakty to czego chcieć więcej. Nikt nie będzie przecież starał się nawet wyjaśnić sprawy bo to przecież PiS. Niegrzecznym chłopcom można więcej. A partii braci Kaczyńskich to na rękę bo nikt przy zdrowych zmysłach na ich partię nie zagłosuje (nie krytykuję nawet programu ale styl działania i niekompetencję). Może co najwyżej pod wpływem emocji, nic więc dziwnego, że PiS tak bardzo dba o to by ich poziom był tak wysoki. Tymczasem PiS zmienia się w karykaturę partii politycznej, która nie śmieszy jednak ale coraz częściej przeraża. Jeśli lato jest tak gorące to co dopiero czeka nas jesienią...

niedziela, 20 lipiec 2008

Akcja „Bojkot”, czyli nie tylko o nieobiektywnych mediach...

Mój nieobiektywizm aż bije po oczach, dlatego przez chwilę zastanawiałem się nawet czy nie ogłosić bojkotu samego siebie. Zastanawiałem się czy miałoby to uzasadnienie, ale koniec końców uznałem, że siebie lubię (tylko czasami ale zawsze) i to przeważyło... Tak chyba powinien dziś zaczynać wpis każdy szanujący się bloger. Oczywiście są wyjątki, ostatni bogowie na naszej planecie, posiadacze prawd absolutnych, którzy posiadają zapewne stosowny certyfikat wydany przez najwyższego demiurga polskiej sceny politycznej Jarosława Kaczyńskiego.
Właściwie na tym mógłbym poprzestać. Problem „obiektywizmu” jest jednak szalenie istotny dla polskiej debaty politycznej. Warto chyba więc pomęczyć jeszcze trochę siebie i potencjalnego czytelnika. Wymóg obiektywności jest powszechnie formułowany przez właściwie wszystkie siły polityczne i dotyczy on oczywiście mediów. Muszę przyznać się, że mnie takie podejście bawi i traktuję go co najwyżej jako zabieg retoryczny usprawiedliwiający własną nieudolność. Media same w sobie nie są w stanie być obiektywne tak jak nie może być taki sam człowiek. I nie chodzi tu o złą wolę ale o coś tak prozaicznego jak brak wiedzy. Zasadniczo by być obiektywnym trzeba wiedzieć wszystko o wszystkim a tak mogą myśleć o sobie tylko nierozgarnięci bufoni...
Media mają być również neutralne. Tylko co mamy przez to rozumieć. Czy media mają być tylko lustrem, w którym odbijają się politycy. Do tego tylko wtedy, gdy sami tego chcą czyli po „doskonałej charakteryzacji”. Czy rola dziennikarza ma się ograniczać do zadawania ugrzecznionych pytań najlepiej przygotowanych wcześniej przez sztab polityka? Czy neutralność to równy odstęp do wszystkich partii politycznych niezależnie od podejmowanych przez nie działań. Wydaje się, że w świetle ostatnich wydarzeń neutralność należy pojmować właśnie w ten sposób. Tyle tylko, że takie zdefiniowanie roli mediów podważa ich sens w demokratycznym społeczeństwie i uniemożliwia im pełnienie funkcji kontrolnej.
Ważne jest również by media były niezależne. Zastanawiam się tylko od kogo? Moim zdaniem przede wszystkim od pragnących uczynić z nich swoja propagandową tubę polityków. Zwolennicy teorii spiskowych pewnie i tak wiedzą swoje, autonomia dziennikarska nie istnieje, i tak np. redaktor naczelny dużej gazety musi chodzić na pasku jest właściciela podobnie jak wszyscy jej dziennikarze... Nie ma dla nich znaczenia, że od w dziennikarstwie najważniejsza jest reputacja i pisywanie tekstów na zamówienie może być dla dziennikarza końcem kariery. Właściciel mediów działa w warunkach rynkowych i osiągnąć zadowalające warunki finansowe może tylko poprzez inwestowanie w opiniotwórczość. Zbudowanie poważnej stacji telewizyjnej czy gazety ogólnopolskiej jest możliwe tylko wtedy, gdy czasem bardzo różne środowiska (nie oznacza to, że wszystkie) uznają je za swoje. Może pójść również w stronę schlebiania niskim gustom odbiorców i to się najczęściej dzieje w mniejszym lub większym stopniu.
Jakie więc mają być media. Przede wszystkim pluralistyczne i ten warunek jest w Polsce spełniony. Mnogość punktów widzenia i wielość ocen zachodzących zjawisk gwarantuje ich swobodne ścieranie się i stwarza szanse na wyrobienie sobie zdania przez obywateli. Tego Jarosław Kaczyński jako nosiciel prawdy absolutnej zdaje się nie rozumieć. Media prezentują pewien punkt widzenia i dziwne by było gdyby było inaczej. Nie są jednak aktywnymi graczami na scenie politycznej jak chce tego prezes PiS ale jej recenzentami. Co więcej pluralizm pomiędzy mediami przenoszony jest również na poziom poszczególnych redakcji. Niejednokrotnie komentatorzy na szpaltach tego samego dziennika są między sobą w zasadniczym sporze. Podobnie w telewizji, wielość programów i dziennikarzy z ich biografiami gwarantuje pluralizm.
Dziś w Loży prasowej w tvn24 wystąpili Piotr Zaremba, Paweł Lisicki, Piotr Stasiński i Wiesław Dębski. Wszyscy oni dość krytycznie wypowiadali się o bojkocie. Jeśli ktoś uzna, że to dowód na brak obiektywizmu czy neutralności stacji to wypada tylko współczuć... Oczywiście sam pluralizm nie wystarcza, istotna jest również rzetelność dziennikarska. Co z tego, że byłoby nawet nieskończenie wiele mediów skoro każde z nich mówiąc oględnie podawałoby nieprawdziwe informacje. Taki jest podstawowy zarzut Jarosława Kaczyńskiego wobec wybranych mediów. Myślę, że byłby on w stanie zaakceptować sytuację, w której dokonany by został podział na media PiS, PO i ewentualnie postkomunistów czy PSL. Dla niego stosowanie kryterium partyjnego zdaje się mieć większy sens niż kryterium ideowego bo uzależnia media od polityków. Taki informacyjny apartheid zdaje się być bardzo pożądany bo przecież politykę definiuje nie poprzez debatę ale walkę.
Sam się zastanawiam na ile bojkot TVN i wcześniej Superstacji wynika z urażonego ego prezesa PiS a na ile z przemyślanej strategii. Prawdopodobnie obie sprawy są ważne chociaż sam skłaniam się ku drugiej. Bojkot ma za zadanie przede wszystkim skompromitować TVN, która w tym momencie jest najbardziej profesjonalną stacja w kraju. Jarosław Kaczyński stosuje znany już wcześniej chwyt, wyznacza wroga, odbiera mu podmiotowość i na nowo definiuje. O dziwo, jest to skuteczne, wiele osób zaczyna postrzegać stację jako „nieobiektywną” sprzyjającą PO. Szuka potwierdzenia i znajduje bo kto szuka nie błądzi... Trochę automatycznie ignoruje rzeczy dla PO (czy innych ugrupowań) niekorzystne i wyszukuje niewygodne dla PiS. A ponieważ w myśl słów prezesa stacja jest wrogiem każda krytyka jest przykładem nieobiektywizmu. Bo czy krytyka płynąca z wrogiego obozu może być obiektywna...
Nawet osoby, które nie dały się wciągnąć w spór na linii PO – PiS zaczynają „dostrzegać” nieobiektywizm, często mylony z posiadaniem przekonań. I pojawiają się np. głosy zachwytu nad Polsatem, który od strony fachowości jest parę lat świetlnych za TVN a dziennikarzy też ma mówiąc oględnie różnych... Ludzie nie chcą się identyfikować z czymś co jest podejrzane. Jarosław Kaczyński stawia fałszywą alternatywę: albo jesteś bezmózgim ćwierćinteligentem oglądającym nieobiektywny TVN24 albo kimś zupełnie normalnym oglądającym coś innego. Nawet ktoś, kto nie popiera PiS na wszelki wypadek wybierze inny kanał... Po co być „obciachowym”, że użyję słowa, którego ostatnio nauczył się prezes PiS. Nie chce mi się już nawet narzekać jak bardzo takie granie na emocjach przyczynia się do infantylizacji polskiej polityki. Zaczynamy się poruszać wśród osobliwych pojęć, dzielić media na te, które lubimy, nienawidzimy i te, które może kochamy. Takie podejście daje jednak wolność, intelektualne debaty przestają mieć znacznie. O racji zaczyna decydować przynależność...
Wydaje mi się, że PiS może stracić na bojkocie ale nie aż tak dużo jak spodziewają się niektórzy. Dzięki niemu partia i jej stronnicy zwierają szeregi i jednak uderzają w stację TVN. A zanim skończy się lato pewnie powrócą do niej triumfalnie... Przykład idzie z góry, mnie ostatnio śmieszą próby przypięcia etykietki mojej skromnej osobie. Bo czy wszyscy Ci "obiektywni” nie widzą sprzeczności w domaganiu się obiektywizmu i automatycznemu przypisywaniu takich czy innych intencji innym. W przypadku stacji telewizyjnej działa ten sam mechanizm, jeśli TVN równa się PO to nieważne o czym tam się mówi. Nie należy nawet starać się zrozumieć, wystarczy dowalić... To bardzo wygodny sposób na ignorowanie treści, z którymi się nie zgadzamy. Pewnie dlatego na salonie tak popularne są wszelkie bojkoty. Po co czytywać coś co odbiega od naszego sposobu myślenia skoro są nasi i ich teksty utrwalające nas w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Ignorujmy wszystkich innych, bojkotujmy!!!! 

poniedziałek, 14 lipiec 2008

Śmierć prof. Bronisława Geremka, czyli o tym jak odchodzi w przeszłość III RP...

Bardzo mnie przygnębiła informacja o śmierci prof. Bronisława Geremka. Powoli odchodzi pokolenie polityków, które wywalczyło nam wolność. Tacy ludzie jak prof. Geremek kształtowali moją wrażliwość na politykę. Na przełomie lat 90-tych, kiedy jako nastolatek zaczynałem cokolwiek rozumieć stał się on dla mnie jednym z bardzo istotnych punktów odniesienia, wokół których budowałem swoją obywatelską tożsamość.
Różnie o prof. Geremku się ostatnio „mówiło”. Prawdę mówiąc nie interesowało mnie to specjalnie. Dla mnie był on postacią nadzwyczajną, jednoosobową partią polityczną, autorytetem... Wszystkie te ataki na niego i innych ludzi Solidarności tłumaczę sobie małością tych, którzy przyszli po nich. Nowe elity IV RP nie mogą znieść porównywania z takimi ludźmi jak Wałęsa, Geremek, Mazowiecki, Kuroń, Chrzanowski, Frasyniuk, Hall, Michnik. Tamci walczyli na pierwszej linii, siedzieli w więzieniach, byli bici i poniżani, poświęcali swoje kariery zawodowe. Prof. Geremek decydując się na działalność opozycyjną tracił możliwości rozwoju naukowego, zresztą jak wielu innych. Nie wspomnę o sprawach materialnych wszakże dziś polityka to świetny biznes...
Dzisiejsze elity różnie sobie radzą z wielkością swoich poprzedników, czasem z taktem jak chociażby Donald Tusk, innym razem nie bardzo jak spora większość PiS (ale nie całość, że przypomnę uczczenie Lecha Wałęsy w Sejmie oklaskami na stojąco). Niemniej wszyscy starają się takich ludzi jak prof. Geremek spychać ze sceny. Byli dobrzy na czas przełomu teraz czas na "normalność". Może i mają rację, pora by rządzili nami mdłe indywidua, dla których polityka to forma gry. Nie doświadczyli na sobie prześladowań i nie bardzo widzą związek przyczynowo – skutkowy między działalnością polityczną a rozwiązywaniem spraw ważnych dla Polski. Ufni w swoje marketingowe umiejętności, które doskonale skrywają brak wiedzy toczą improwizowane boje o rzeczy błahe. Tych wielkich i ważnych nie są w stanie zrozumieć... Ich poprzednicy uchwalali konstytucje, powoływali do życia nowe wolne społeczeństwo. Oni co najwyżej uchwalają coraz to nowe buble prawne, które co i raz kwestionuje Trybunał Konstytucyjny...
Tylko w ten sposób mogę wytłumaczyć sobie próby deprecjonowania takich ludzi jak prof. Geremek, które stało się fundamentem budowy IV RP. Specjaliści od marketingu kreują surrealistyczny obraz nowej prawdziwej rewolucji. U takich osób jak prof. Geremek próby te musiały wywoływać rozbawienie i irytację, czemu zresztą dał upust przy okazji lustracji. Dziwi mnie rola Jarosława Kaczyńskiego w tym wszystkim. Pamiętam go jako polityka, który z wielką determinacją starał się wciągnąć Unię Wolności do rządu Jana Olszewskiego. Teraz w imię bieżących celów politycznych stara się kreować nową wizję przełomu...
Smutno mi bo odchodzi pokolenie, które zmieniło nie tylko Polskę ale i świat. Nastał czas ludzi „małych”. Takich jak pnący się w moich rankingach na ulubionego komentatora redaktor Warzecha. Nie wiem już nawet jak reagować na jego małostkowe stwierdzenia jak to bardzo kontrowersyjnym Geremek był bo oświadczenia lustracyjnego po raz któryś z rzędu złożyć nie chciał. Na nic innego zdobyć się nie mógł... Rewolucje mają to do siebie, że pożerają swoich najlepszych synów. Bo to co się wydarzyło w Polsce w latach 80-tych było niewątpliwie prawdziwą rewolucją. Niemniej to właśnie o takich ludziach jak prof. Geremek będziemy pamiętać a nie redaktorach Warzechach i jemu podobnych. Smutno mi...

czwartek, 10 lipiec 2008

O sprawiedliwości dziejowej, a właściwie jej braku...

No to już koniec. Mam nadzieję, że w sądzie już się nie spotkamy. Co najwyżej w knajpie przy wódce i zakąsce, bo na to mnie jeszcze stać.
gen. Czesław Kiszczak
To było gdzieś w 1942 roku. Mój dziadek po tym jak wziął udział w kampanii wrześniowej i odsiedział swoje w obozie jenieckim spędzał czas na pracy przymusowej w Niemczech. Po powrocie czekał jeszcze na niego Pawiak (za pomoc partyzantom) i cudowne a zarazem kosztowne ocalenie od śmierci... Babcia tymczasem z 3 letnim wujkiem i moją mamą w drodze udzielała gościny miejscowym oddziałom Batalionów Chłopskich. Mili chłopcy partyzanci brali co chcieli: żywność, pieniądze, co cenniejsze rzeczy (np. kolczyki, obrączki, srebrną zastawę). Dostarczali też rozrywki strzelając w powietrze i budynki gospodarskie. Uczciwie muszę przyznać, że dbali o bezpieczeństwo jej i dziecka zamykając wszystkich w piwnicy. Po latach nie mogłem zrozumieć dlaczego dla babci słowo partyzant było tożsame ze słowem bandyta...
Nie muszę oczywiście mówić, że ci ludzie słusznie po wojnie cieszyli się opinią bohaterów. Należeli do ZBOWiDu i czerpali z tego również korzyści materialne. Robili kariery w nowej Polsce, doskonale odnajdywali się w powojennej rzeczywistości. Oczywiście nie moja rodzina bo tej jako podejrzanej klasowo marnie się powodziło. W 1942 roku również sąsiedzi postanowili wykorzystać sytuację. W wojennej rzeczywistości nie było to trudne. Jeden z sąsiadów zajął po prostu ponad hektarową działkę przylegającą do jego pola. Potem dogadał się z jej byłą właścicielką (15 lat wcześniej sprzedała ją nam) i odkupił ją od niej. Następnie założył księgi wieczyste, czysta robota... Inni byli mniej przewidujący odzyskiwanie ziemi przychodziło raczej bezproblemowo...
Po wojnie dziadek zamierzał odzyskać swoją własność ale niestety miał dość słabą pozycję. Podczas gdy był bity przez ubeków, którzy w ten sposób chcieli go pozyskać do współpracy (była też marchewka w postaci obietnicy koncesji na prowadzenia młyna) sąsiad piął się w partyjnej strukturze. Swoja karierę zakończył jako I Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego... Mój dziadek zmarł w biedzie (nie współpracował z UB więc koncesji nie dostał), ze zwichniętym poczuciem godności na początku lat 70-tych, czyli w czasie największych sukcesów sąsiada. Mieszkał już on wtedy w „dużym mieście”, z rzadka odwiedzając wieś swojego urodzenia. Zawsze był witany kwiatami przez tłumy, które liczyły, że on syn tej ziemi uczyni ich życie łatwiejszym...
Nie wiem kiedy zmarł, pamiętam jego wnuków, którzy pojawili się pewnego dnia i zaczęli mnie wypytywać o to gdzie jest ich własność. Byli przyjaźni i życzliwi. Postanowili wybudować sobie domek, gdzie mogliby przyjeżdżać nie tyle nawet na wakacje co na weekendy. Dobrze wykształceni, pogodni nie mieli nawet pojęcia jak wielką złość we mnie wywołało ich pojawienie się...
To był impuls, zwróciliśmy się do prawnika by wyjaśnić całą sprawę. Usłyszeliśmy, że to przegrana sprawa, bo minęło już zbyt dużo czasu. Owszem, możemy próbować ale koszty będą znacznie przekraczały wartość działki a widoki na wygranie znikome. Przecież nawet w złej wierze nieruchomość przechodzi na własność osoby ją użytkującej po trzydziestu latach. A tu od roku 1942... Takie jest prawo i lepiej się z tym pogodzić.
Dziś to samo. Tylko w znacznie większym natężeniu (bo chodzi przecież o życie ludzi a nie własność) przeżywają rodziny ofiar kopalni „Wujek”. Abstrahuję nawet od orzekania winy gen. Kiszczaka. Mój sprzeciw budzi co innego. Jak można powoływać się na przedawnienie. Zdaniem sądu wina przedawniła się w 1986 roku (chodzi o wysłanie szyfrogramu narażającego na utratę życia i zdrowia ludzi, który był podstawą do otwarcia ognia w Wujku). Próbuję sobie wyobrazić sobie rodziny ofiar dochodzące przed sądem swoich praw w 1983 roku, wyobrażam sobie swego dziadka stającego w sądzie naprzeciwko I sekretarza KW PZPR w 1971 roku. I czuję przygnębienie, że żyję w kraju, w którym prawo abstrahuje od sytuacji politycznej i społecznej. Nie chodzi o to nawet, że chroni ludzi, którzy na to nie zasługują. Ważniejsze jest to, że uniemożliwia dochodzenie przed sądem swoich praw. Jak można powoływać się na to, że minęło już zbyt dużo czasu skoro wiadomo, że PRL nie było państwem prawa. Karze się nam godzić z poczuciem niesprawiedliwości nie ofiarując nic w zamian.
Cieszy się dziś lewica bo jedna z jej ikon uniknęła kary. To doskonale pokazuje jaka ona dziś jest. Staje po stronie aparatczyka a nie górników, którzy powinni być przedmiotem jej szczególnego zainteresowania. Nie dziwię się, że „kolega” Napieralski koncentruje się na roli religii w życiu publicznym. Po prostu nie ma nic do powiedzenia ludziom, którzy tradycyjnie na lewicę głosują. Nie rozumie bardzo realnego mimo upływu lat poczucia krzywdy i rozczarowania. Potem dziwi się, że ludzie wybierają PiS z ich jednoznaczną oceną przeszłości. U mnie w rodzinie nikt nigdy na SLD nie zagłosuje i nie ma to związku z wyznawanymi poglądami. Ofiara nigdy nie zagłosuje na kata, tym bardziej, że wydaje się on być dumny ze swoich czynów.
Nie jestem krwiożerczym typem, który chce wysłać miłego starszego pana do więzienia. Chodzi mi o poczucie sprawiedliwości i o umożliwienie dochodzenia swoich praw ofiarom, które wcześniej nie mogły tego robić z powodów politycznych (stąd takie zestawienie poruszanych we wpisie spraw). Teraz słyszą zwsząd, że jest już za późno. Ja sam znam dziesiątki takich spraw, sprawcy pozostawali bezkarni bo byli ludzimi powiązanymi z władzą... Zdaję sobie sprawę, że takie „wyciąganie trupa z szafy” może być niebezpieczne. Ale powtarzanie jak mantry słów „minęło już za dużo czasu” tylko pogłębia wiele problemów...

wtorek, 1 lipiec 2008

O kleszczach, szczepieniach i problemach z tym związanych...

Wszystko zaczęło się od reklamy. Wcześniej była pustka, nicość, błoga nieświadomość. Moja siostra zobaczyła reklamę jednej z firm farmaceutycznych, która zachęcała do zakupu swojego specyfiku. Wtedy po raz pierwszy usłyszała o kleszczowym zapaleniu opon mózgowo - rdzeniowych i przeraziła się. W miejscu, w którym przyszło jej mieszkać kleszczy jest więcej niż agentów w notesie braci Kaczyńskich (a może nawet więcej bo liczba 40 mln minus dwa wydaje się zbyt mała). Następnego dnia udała się do lekarza z prośbą o wypisanie recepty na (niekoniecznie reklamowaną) szczepionkę. Pani doktor była odrobinę zaskoczona była to bowiem pierwsza tego typu prośba w jej karierze. Poprosiła o dzień na zapoznanie się z „problemem”. Następnego dnia była równie przerażona co moja siostra ale tym razem przerażenie miało znacznie mocniejsze podstawy...
Co prawda w okolicy nie odnotowano jeszcze przypadku choroby ale zagrożenie w ostatnim czasie znacznie się nasiliło (pogranicze Podlasia i Mazowsza). Dlatego od razu przystąpiła do działania, obdzwoniła miejscowe apteki, potem hurtownie by przekonać się, że takiej szczepionki na razie nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. I tu pojawiam się ja. Dostaję zlecenie, by znaleźć szczepionkę w Warszawie. Idę do najbliższej apteki i słyszę oczywiście, że jej nie ma i w ogóle czy może znam jej nazwę. Ale oczywiście można ją zamówić w hurtowni... Grzecznie dziękuję i idę do większej apteki. Tu taka sama reakcja, w następnej również... Zrezygnowany proszę o zamówienie szczepionki z hurtowni i umawiam się na następny dzień. Pani w aptece nie kryje zaskoczenia bo nigdzie jej nie ma. Z jednej z hurtowni dostaje zapewnienie, że powinna być za trzy dni. Ostatecznie szczepionka trafia w moje ręce po dziesięciu dniach...
Szczęśliwie dwie moje cudowne siostrzenice zostały zaszczepione. Wszystko to się działo w połowie maja. Nie jest to jednak jeszcze koniec bo szczepienie musi być dwukrotnie ponowione. Uodparnia to na trzy lata... Początkowo myślałem, że mojej siostrze trochę odbiło i dała się złapać w sidła firmy farmaceutycznej, która sztucznie nakręca popyt na swoje produkty. Zmieniłem zdanie, gdy poczytałem trochę o kleszczowym zapaleniu opon mózgowo - rdzeniowych. Nie ma leków, które leczyły by tą chorobę. Tylko szczepionka może przed nią uchronić. W ubiegłym roku zapadło na nią 233 osoby. Wydaje się, że niewiele... Trzeba jednak pamiętać, że niektórzy ludzie są na nią narażeni znacznie bardziej od innych. Z powodu zmian klimatu coraz większy staje się również obszar jej występowania... Zresztą jak podkreślają eksperci liczba zarażonych może być znacznie zaniżona a choroba często nierozpoznana. Śmiercią kończy się tylko 1-2 % przypadków, jednak jej skutki są bardzo groźne. Same objawy przyprawiają o szybsze bicie serca...
Wiedza na temat zagrożenia kleszczowym zapaleniem opon mózgowo - rdzeniowych jest niewielka. Niby trwa akcja „Wygraj z kleszczem - aktywne bezpieczeństwo” ale dla większości to co najwyżej straszenie abstrakcyjnym zagrożeniem. Skierowana jest ona jak się wydaje do „mieszczuchów”, którzy mają wakacyjny kontakt z naturą ale i tak warto na tą stronę zajrzeć. Można tam znaleźć sporo interesujących informacji: o samej chorobie, celach akcji a nawet darmowych szczepieniach.


Podobnie chyba podchodzą do problemu władze. Za szczepionkę trzeba zapłacić z własnych pieniędzy a cena to niemała. Jedna ampułka kosztuje 84 złote co trzeba pomnożyć razy trzy... Dla wiejskich rodzin to wydatek niebagatelny, tym bardziej, że dzieci przeciętnie w takich rodzinach jest więcej niż jedno. Nie postuluję powszechnych, darmowych szczepień. Zagrożenie nie występuje na terenie całej Polski równomiernie. Są jednak powiaty, szczególnie ma Mazurach, Podlasiu, Dolnym Śląsku i ostatnio Mazowszu, gdzie zagrożenie jest wysokie (patrz mapka). Tak czy inaczej trzeba problemem w jakiś sposób się zająć... W Austrii, gdzie szczepieniom poddano 90% populacji liczba zachorowań zmniejszyła się ponad dziesięciokrotnie (dane za Wysokie Obcasy nr 25 z 28 czerwca 2008). W Niemczech zaszczepiona jest co czwarta osoba, na Litwie co 17. W Polsce zaszczepione jest zaledwie 0,7-0,9% populacji...
Do wpisu pewnie by nie doszło, gdyby pani doktor nie powiedziała mojej siostrze, że w sąsiedniej miejscowości na kleszczowe zapalenie opon mózgowych zachorowała nastoletnia dziewczyna. Dla niej tak zresztą jak i dla mnie zagrożenie nie ma już abstrakcyjnego charakteru.

środa, 25 czerwiec 2008

Minął rok...

I któż by się spodziewał, że ten mój rok na bloggerze upłynie tak szybko. Wydaje się, że klimat mi tu służy... Jak na enklawę przystało blog znajduje się trochę na uboczu blogowego świata. Trafiają tu często zbłąkani podróżni, który po wychyleniu szklanki wody (lub czegoś mocniejszego) ruszają w dalszą drogę by już tu nigdy nie powrócić... Mam nadzieję, że przynajmniej zachowują w pamięci sielski obrazek tego zakątka:).
Utwierdza mnie w tym przekonaniu fakt dodawania mojej Enklawy do różnych agregatorów o czym zazwyczaj dowiaduję się poniewczasie. Tak było na blox.pl, kiedy odkryłem się na liście Blogów Politycznych, tak jest i teraz na bloggerze. Na BlogNews nie ma chyba nawet możliwości dodać swojego bloga, tym powodów do radości więcej, chociaż umieszczenia mnie w kategorii media to ja nie rozumiem...
Trochę brakuje mi tu ostrych dyskusji, złośliwej wymiany zdań. Chyba dlatego bardziej polityczne wpisy umieszczam od jakiegoś czasu równolegle na salonie24. Jak zauważyłem ma to sens, bo wpisy na bloggerze mniej popularne rozgrzewają emocje na salonie i odwrotnie ignorowane tam tu cieszą się większa popularnością . Trochę zaskakuje mnie, że każdy mój tekst na salonie ostatnio ląduje na stronie głównej (ciekawe, czy administratorzy wiedzą, że zdarzało mi się wcześniej mieć teksty na pierwszej stronie portalu gazeta.pl., brrrr...). Nie wiem jeszcze na ile wynika to z jakości mojego blogowania a na ile z determinacji administratorów by salon chociaż stwarzał pozory miejsca, w którym wyrażane są bardzo różne opinie. Ludzie niezwiązani z PiS szerzej z prawicą emigrują stamtąd w ekspresowym tempie i stwarzają mi szanse na zaistnienie.
Niestety nie wykorzystuję tego w pełni bo brakuje w moich tekstach tej zrozumiałej dla wszystkich agresji. Chyba nie potrafię dopasować się do poziomu polskiego blogowania politycznego:). Obce też mi są strategie pozyskiwania nowych czytelników. Przez chwile myślałem nawet by w serwisach społecznościowych pozostawiać wpisy w stylu: "chcesz obejrzeć moje nagie fotki kliknij tutaj". I oczywiście podpisać się Doda czy inny symbol seksu rozgrzewający serca polskich internautów. Okazało się jednak, że inni byli pierwsi:). A pomysłów odgrzewanych to ja nie akceptuję w mojej enklawie...
Przez najbliższy rok będzie tu tak jak dotąd. Nie będę eksperymentował, przez prawie trzy lata mojego blogowania dopracowałem się pewnego stylu i nie chcę tego zmieniać. Niekonsekwencja w doborze tematów, nieregularność i zbyt rozlazłe, nudne wpisy stały się znakiem rozpoznawczym Enklawy. Niektórym się to podoba, najbardziej chyba mnie;). Stworzyłem „markę”, czego można chcieć więcej. Zresztą po co aż tak daleko wybiegać w przyszłość... Jednego wszyscy mogą być pewni, na blogu nie będzie reklam. No to czas zgasić świeczkę...

niedziela, 22 czerwiec 2008

Szkoły wstydu, czyli o tym jak Kanada przeprasza za przymusową asymilację...

Przymusowa i bardzo agresywna asymilacja ludności autochtonicznej jaką prowadził rząd kanadyjski od roku 1874 należy do najczarniejszych kart w historii tego państwa. Poddano jej 150 tys. dzieci, czego dziś jeszcze żyje 80 tys. Robienie z autochtonów Kanadyjczyków polegało na odbieraniu ich rodzicom, wysyłaniu do szkół z internatem w odległe od domu miejsca i wychowywanie na nowo w nowej kulturze i religii. Zabraniano używać swojego języka, kontaktów z rodzinami i praktykowania własnych wierzeń religijnych. W szkołach, które najczęściej miały wyznaniowy charakter poddawano je przymusowej chrystianizacji. Wiele z nich doświadczyło złego traktowania, bicie i zamykanie w karcerze było normalną metodą wychowawczą, wykorzystywano je również seksualnie. Warunki w szkołach były fatalne, często świadomie umieszczano zdrowe dzieci z chorymi przez co wiele z nich zmarło na takie choroby zakaźne jak gruźlica.
Teraz Kanada próbuje zmierzyć się z przeszłością. Podczas specjalnej uroczystości w Izbie Gmin konserwatywny premier Stephen Harper uroczyście przeprosił i zapowiedział zadośćuczynienie. Następnie w podobnym tonie wypowiedzieli się przywódcy pozostałych ugrupowań politycznych. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem w świecie. W Polsce najciekawiej opisał cały problem ks. Andrzej Draguła w Tygodniku Powszechnym. Zwrócił uwagę na podstawowy moim zdaniem fakt braku poważnej pomocy dla wspólnot autochtonicznych. Jak zauważył bez tego z 60 rdzennych języków tylko trzy mają szansę przetrwać najbliższe 50 lat. Byłoby fatalnie, gdyby teraz tak bardzo potępiana przymusowa akcja asymilacyjna zdała swój egzamin. Zainteresowanych tematem polecam również artykuły w Gazecie, Rzeczpospolitej, Wprost czy Gazecie (Dziennik Polonii w Kanadzie).
Istotną sprawą jest również to w jaki sposób mają wyglądać relacje między rządem kanadyjskim a Pierwszymi Narodami (tak bowiem określają się przedstawiciele trzech rdzennych wspólnot: Indian, Innuitów i Metysów). Królewska Komisja do Spraw Aborygenów, która działała w latach 1991-96 postulowała zasadę równości ludzi i relacji naród - naród. Przedstawiciel autochtonów nie uczestniczyli w powoływaniu do życia konfederacji kanadyjskiej w 1867 roku. Początkowo traktowano poszczególne plemiona jako strony i zawierano z nimi traktaty, potem poddano władzy federalnej i wywłaszczono z ziemi nie dając nic w zamian (oprócz szkół, za które teraz rząd przeprasza). Nadal autochtoni nie posiadają nawet swojego przedstawiciela w Izbie Gmin. Postulat komisji by utworzyć Parlament Aborygenów raczej ma małe szanse na realizację, jednak coś w tej sprawie trzeba zrobić. Szczególnie pamiętając jaki los spotkał porozumienie z Meech Lake, które przepadło w dużej mierze z powodu oporów ludności autochtonicznej... W zasadzie zadecydował o tym Indianin Elijah Harper, który w parlamencie Manitoby stwierdził, że zanim uchwali się poprawki do konstytucji należy najpierw zrealizować żądania Pierwszych Narodów (procedura polegała na głosowaniu w Izbie Gmin a następnie w 10 legislaturach prowincjonalnych w określonym czasie).
W klimacie rozgrzeszania się z przeszłością rodzi się nowa nadzieja dla autochtonów w Kanadzie. Zaczyna się wielka debata, pojawiają nowe propozycje. Tymczasem wczoraj miał miejsce National Aboriginal Day, obchodzony hucznie w całej Kanadzie. Trwa proces odzyskiwania dumy z własnej tożsamości.

sobota, 14 czerwiec 2008

Reklama zewnętrzna, czyli o komercjalizacji przestrzeni publicznej...

Czy jest ktoś taki, kto nie ma dość reklam? Nie można z nimi walczyć, dorwą Cię wszędzie. Odruch wymiotny wywołuje we mnie reklama jednego browaru, który z Euro 2008 stara się wycisnąć ile tylko można. Pewnie to mało patriotyczne ale biało-czerwone barwy wywołują we mnie odruch obronny. Kajam się więc publicznie, gdy tymczasem prawdziwi patrioci ogłupieni piwem wywieszają za okna darmową reklamę browaru. Nie zdziwię się jak za parę lat na prezydenckiej limuzynie powiewać będzie biało-czerwona flaga z dyskretnym napisem "by CocaCola"... Coż szkodzi zarobić parę złotych na szczytny cel (np. remont prezydenckiej kaplicy).
Taki sam argument pojawia się przy uzasadnianiu zakrywania całych fasad domów. Tu również wspólnoty mają przeznaczać pieniądze na remonty, tylko głupiec by z tego nie skorzystał. Dlatego coraz więcej domów okrywanych jest szczelnie przez reklamy rzeczy, bez których nowoczesny Polak obejść się nie może. Dzieje się to tak szybko, że nie jestem w stanie na bieżąco kontrolować zachodzących zmian. Gdyby nie tekst w Gazecie "nie odnotował bym nawet zasłonięcia sporej części budynku na rogu Jana Pawła II i Al. Solidarności, mimo, że przechodzę tędy niemal codziennie. Po drugiej stronie skrzyżowania znajduje się niedościgły wzór, pierwszy zasłonięty na taką skalę budynek, który przyjeżdżali oglądać i zachwycać się (reklamą nie budynkiem) swego czasu warszawiacy.

Kaja Pawełek w swoim tekście zwraca uwagę na bardzo ważne rzeczy. Na zaśmiecanie przestrzeni publicznej, okradanie z niej nas wszystkich i to wbrew prawu, całkowitej bierności obywateli kiedy łamane są ich prawa co ma zawiązek z zanikiem więzi sąsiedzkich czy wreszcie na przemoc wspólnot mieszkaniowych wobec mieszkańców, które w imię większości (wystarczy do tego paru "zdeterminowanych" przy bierności większości) podepczą niemal dosłownie ośmielających się mieć inne zdanie. Ci, którzy mają dość reklam (lub nie zgadzają się z "większością") i chcą coś z tym zrobić straszeni są przez wspólnoty procesem. Demokracja pokazuje swoją brzydszą twarz...
Ale nie o tym chciałem napisać. Mnie szczególnie interesuje komercjalizacja przestrzeni publicznej. Jest to tym dotkliwsze, że sama przestrzeń się zmniejsza. Coraz trudniej się po Warszawie poruszać i to nie tylko z powodu powstających jak grzyby po deszczu zamkniętych osiedli. Reklama jest obecna wszędzie, na autobusach, tramwajach, budynkach. Zmienia się nasza mentalność, chcemy wykorzystać każdą okazję by zarobić. By dostać coś "za darmo" godzimy się na reklamy. Tak naprawdę nie otrzymujemy nic w zamian (albo niewiele) a narażamy się na niedogodności. Przedmiotem handlu stają się rzeczy, które przysługują nam z mocy urodzenia. Tak jest z widokiem z okna naszego domu. Tak jest z widokiem z okna autobusu, którym dojeżdżamy do pracy. To, że płacimy za bilet nie jest wystarczającym powodem do tego by mieć "czyste" okna. Mamieni utrzymaniem niższych cen biletów zgadzamy się na wszystko bo przecież nie ma alternatywy. Niedługo ludzie będą się zgadzać na składowanie odpadów radioaktywnych w piwnicach ich domów w zamian za obniżenie czynszu.


Paradoksalnie dla wielu osób niedogodności są powodem do dumy. Mieszkać w takim zasłoniętym budynku to już coś. Akceptujemy reklamę wszędzie. Pamiętam dyskusję o wykorzystaniu w tym celu ludzkiej skóry. Mój znajmy nie widział w tym nic złego, na moja sugestię by na swoim penisie wytatuował nazwę firmy produkującej prezerwatywy odparł, że czemu nie. Właściwie nie powinienem być zdziwiony. W czasach, kiedy układamy swoją tożsamość jak bukiet kwiatów parę sponsorowanych sztucznych tulipanów nie zepsuje przecież całości...


Wracając wczoraj do domu oglądałem budynek na rogu Jana Pawła II i Al. Solidarności. Zaskoczyła mnie następna oczywistość. Zresztą również pani Kaja Pawełek nie zwróciła na ten fakt uwagi. Narzekaliśmy na brak słońca w domach a nie zauważyliśmy, że nocą reklama musi być przecież podświetlana. Ciemność za dnia światłość nocą. To jest dopiero życie.

niedziela, 1 czerwiec 2008

Sprać szczeniaka pasem, czyli o tym czy "klaps" jest gwarantem dobrego wychowania

Strasznie „milusio” się nam dziś zrobiło. Zaskakująco zważywszy na ton debaty o stosowaniu lub też nie kar cielesnych wobec dzieci zauważalny jeszcze wczoraj. Ale dziś przecież mamy święto i należy zrobić wszystko by było miło, jutro wrócimy do szarej rzeczywistości i znów będzie na szczęście jak być powinno. „Klaps” stanie się ponownie podstawowym narzędziem wychowania młodych Polaków na porządnych obywateli. No bo czy jest inny równie skuteczny sposób wyrażania dezaprobaty niż lanie na gołą dupę. W Polsce 2008 wydaje się, że jeszcze nie. Minister Fedak co prawda twierdzi, że większość jest w naszym pięknym kraju przeciwko stosowaniu kar cielesnych ale doświadczenie podpowiada mi coś zupełnie przeciwnego.
Zwolennicy stosowania kar cielesnych wobec dzieci zazwyczaj bagatelizują szerszy kontekst, koncentrując się na dobrych skutkach „klapsa” dla wychowania człowieka. Nie dostrzegają w tym elementu przemocy, a nawet jeśli to uznają to za coś normalnego. Karanie dzieci „klapsem” to część szerszego problemu, Polacy akceptują przemoc w relacjach z innymi bardzo szeroko. Pokazują to badania przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Niewinny klaps jest niczym w społeczeństwie, w którym 18 % nie widzi niczego złego w szarpaniu i popychaniu podczas kłótni rodzinnej (ciekawe jak to wyglądałoby z osobami obcymi). Wyzwiska i obrażanie akceptuje prawie co czwarta osoba...
Przygnębia mnie, że większość przeciwników planowanego wprowadzenia przez rząd Tuska zakazu utożsamia brak stosowania kar cielesnych z wychowaniem bezstresowym. Kiedy słyszę po raz setny powoływanie się na Balladę o Januszku to trafia mnie szlag (polecam film Pręgi). Rodzice wolą obarczać winą za wszystko „skażone złem” dzieci niż uczciwie przyznać, że to oni są odpowiedzialni za takie a nie inne ukształtowanie młodych ludzi. Tak jak we wspomnianej Balladzie, gdzie problemem nie było stosowanie lub nie bicia ale chorobliwa matczyna miłość i warunki społeczne w jakim przyszło żyć bohaterom. Wychowanie bezstresowe to jakiś dziwny mit, rodzaj obelgi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wychowywał dzieci bez stresów. Dobre wychowanie polega w dużym stopniu na wykształceniu u dziecka mechanizmów radzenia sobie z nimi. I moim zdaniem skuteczniej można to zrobić bez okładania pasem. Decydujące znaczenie ma przecież w takich przypadkach pewność siebie i odpowiedzialność a te cechy bicie w dzieciach zabija.
Nie dostrzega się również bardzo często procesu jaki zachodzi już od bardzo dawna. Przemoc jest wypierana w coraz większym stopniu z relacji między ludźmi. Teraz jest już nie do pomyślenia by szef za kiepskie wyniki spoliczkował pracownika. Nawet w wojsku, gdzie przecież funkcja wychowawcza jest szalenie istotna przełożony nie może okładać podwładnego kiedy mu przyjdzie na to ochota. Niewielu pamięta, że nie tak dawno kary cielesne stosować mógł również nauczyciel.
Przy wprowadzaniu zmian wtedy też pojawiał się argument jak w takim razie nauczyciele będą zmuszać uczniów do nauki. Wtedy też mówiono, że uczniowie będą używali szantażu wobec nauczycieli, czegoś w stylu „daj mi spokój bo powiem, że mnie uderzyłeś”. Nie stało się to jakoś powszechną praktyką i w przypadku rodziców też tak nie będzie. Tym bardziej, że możliwości szantażu jest wiele już teraz. Co stoi na przeszkodzie by dziecko oskarżyło swoich rodziców np. o molestowanie seksualne. Jeśli nawet dochodzi do takich sytuacji to i tak moim zdaniem świadczy to tylko o błędach rodziców w wychowaniu. W normalnej rodzinie (w patologicznej również) dziecko kocha swoich rodziców nawet, gdy ci sprawiają mu przykrość. Bardzo często dzieci bite nie chcą mówić o swoich ranach nie ze strachu przed rodzicem ale przed utratą jego miłości.
Nie wiem, czy wprowadzenie zakazu coś zmieni. Dla mnie cenne jest już to, że zwróci uwagę na pewien problem, wstrząśnie opinią społeczną. Wiem, że dobroduszny klaps nie zrobi dziecku krzywdy. Ale to trochę tak jak z dawaniem dzieciom wódki by przestały płakać. Bo czy „kropelka” alkoholu zaszkodzi, pewnie nie. Ale systematyczne pojenie niemowlaka może mieć kiepskie skutki. Wychowywanie poprzez „klapsa” nawet jeśli fizycznie nie szkodzi dziecku to wywołuje szereg niekorzystnych skutków. Niektórzy co prawda uczą się ślepo akceptować nakazy i zakazy i potem nawet nieźle funkcjonują w społeczeństwie. Ich konformizm wbity im przez rodziców jednak często ich unieszczęśliwia bo te wszystkie zakazy i nakazy są dla nich niezrozumiałe. Wypełniają je ślepo wierząc, że w zamian uzyskają akceptację... Inni się buntują, odrzucają wszystko nawet to co dobre. Szukając nowej swojej drogi i trzeba przyznać, że często trafiają źle.
Dla mnie „klaps” to nawet nie okrutna przemoc, ale zupełnie niepotrzebne i nieco prymitywne pokazywanie dzieciom swojej dominacji. To manifestacja siły, która najczęściej ma za zadanie zdjąć z nas dorosłych odium winy. Coś nam się nie udaje i musimy odreagować. Dzieci często są zdezorientowane, bo nie wiedzą tak naprawdę czego chcą od nich rodzice. Skarżą się na hipokryzję i często mają rację. Bo czy nie jest śmieszny ojciec alkoholik lejący syna za to, że upił się na szkolnej wycieczce. Albo matka karząca córkę za ściąganie na klasówce podczas gdy w domu nie kryje ona satysfakcji z oszukania urzędu skarbowego. Lanie pasem załatwia sprawę, temat zostaje zamknięty. Być może jest to wygodniejsze dla rodziców i nawet samych dzieci. Nie uczą się, że za błędy należy zadośćuczynić ale co najwyżej ponieść karę i to tylko wtedy, gdy się jest nieostrożnym.
Wychowywanie dzieci pasem wcale nie gwarantuje, że staną się one dobrymi ludźmi. Moim zdaniem wręcz przeciwnie, rodzi to zagrożenia. Dzieciom poprzez system klapsów pokazuje się czego nie wolno (trochę jak psom Pawłowa). Są to sygnały często sprzeczne i przez to niezrozumiałe. Znacznie lepsze efekty daje uczenie dzieci czego nie należy robić i dlaczego. Stosowanie kar cielesnych w pewien sposób zwalnia od odpowiedzialności. Tylko dostrzegając związek przyczynowo - skutkowy dziecko może zrozumieć swój błąd i wziąć odpowiedzialność za własne czyny. Wszystko to jednak wymaga czasu i cierpliwości. A tych cech chyba najbardziej brakuje rodzicom w Polsce...

czwartek, 8 maj 2008

Czy lewica jest w Polsce jeszcze potrzebna?

Obserwując sondaże bardzo łatwo można odpowiedzieć na to pytanie. Wahadło poparcia na osi prawica-lewica przesunęło się niebezpiecznie na prawo i nie wydaje się by w najbliższym czasie drgnęło. Można tą anormalną sytuację wytłumaczyć kompromitacją SLD jednak moim zdaniem jest to tylko jeden z czynników. Tym bardziej, że nawet kiedy partia ta miała niesamowicie wysokie poparcie to na lewicy wyraźny był już kryzys ideowy. Przebąkiwano o budowaniu socjaldemokracji na wzór niemiecki (też raczej w kryzysie) ale de facto czynnikiem jednoczącym ludzi wokół SLD była ich przeszłość. Formalnie lewicowe wartości manifestowane czasem nawet szczerze wyraźnie kontrastowały z pozycją społeczną jaką zajmowali członkowie i sympatycy tej formacji. SLD w większym stopniu niż partią lewicową była partią władzy. Popierali ją ludzie, którzy najwięcej skorzystali na przemianach nierzadko również świetnie radzący sobie w PRL-u. Lewicowe wartości były tylko sztandarem, którym ochoczo powiewano na pochodach 1-majowych. W praktyce najważniejszy był system wzajemnych gwarancji i wspólnota ludzi o podobnych dochodach (wysokich) i statusie społecznym.
Bezpośrednią przyczyną upadku SLD była oczywiście afera Rywina, która odsłoniła mechanizmy moim zdaniem doskonale wcześniej znane i „normalne” na etapie transformacji gospodarczej i politycznej. Co innego jednak wiedzieć a co innego zobaczyć... Niebagatelną moim zdaniem rolę odegrało wyczerpanie się dotychczasowej formuły partii władzy. Przemiany jakie następowały w Polsce coraz bardziej ograniczały zachowania dotąd uznawane za „normalne”. Dla ludzi, którzy dorobili się w okresie transformacji posiadanie poparcia w świecie polityki (szczególnie w jednej partii) nie było już czymś niezbędnym a często stawało się balastem. Świetnie radzili sobie w nowych warunkach ekonomicznych. Jej zasady wprowadzili również w swoich kontaktach ze światem polityki. Po co narażać się na problemy po zmianie rządu skoro można zachowywać równy dystans do wszystkich i na bieżąco starać się osiągać wsparcie w świecie polityki dla swoich interesów.
Przemianie uległa również klasa średnia, a właściwie to co zaczęło się dopiero krystalizować po 1989 roku. Nie trzeba być zwolennikiem spiskowych teorii braci Kaczyńskich by zgodzić się co do tego, że przełom polityczny nie oznaczał rewolucji społecznej. Ci którzy doskonale sobie radzili w PRL zazwyczaj szybko adaptowali się do nowych warunków. Początkowo czuli związek z lewicą, z czasem interes własnej grupy zaczął dominować. Nie budzi zdziwienia fakt, że SLD wykonywał bardzo dużo „dziwnych” działań by tylko ci ludzie nadal popierali nadal tą partię. Szczytem absurdu był pomysł wprowadzenia podatku liniowego za rządów Leszka Millera, który może i dobrze służy klasie średniej i osobom prowadzącym własną działalność gospodarczą ale niespecjalnie najbiedniejszym.
Przejęcie tradycyjnie „lewicowego” elektoratu przez prawicę w Polsce nie dokonało się wraz z aferą Rywina i wypłynięciem na szerokie wody PiS. Najbiedniejsi byli przez lewicę ignorowani, nie dało do myślenia lewicowym elitom powstanie partii emeryckich, ignorowali powstające ugrupowania populistyczne w postaci Samoobrony. Afera Rywina była tylko detonatorem który doprowadził do rozsadzenia mitu SLD jako opiekuna najsłabszych. Oczywiście nie całkiem słusznie, bo bądź co bądź pewien wpływ na partię wywierali działacze związkowi. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, elity partyjne nie wypracowały spójnego ideologicznego przekazu i nie realizowali w stopniu wystarczającym programu korzystnego dla najsłabszych grup społecznych. Sam nie wiem w którym momencie wyznacznikiem lewicowości stały się sprawy światopoglądowe, pewnie wraz ze wzrostem znaczenia klasy średniej...
Na zachodzie Europy partie lewicowe skierowały się ku centrum. Wobec kurczącej się klasy robotniczej naturalnym ruchem było zabieganie o klasę średnią. Tym bardziej, że poziom życia stał się już tam na tyle wysoki by „niesprawiedliwość społeczna” nie burzyła już krwi w robotnikach. Bardziej istotny był napływ imigrantów odbierających im miejsca pracy, dlatego zamiast głosowa na komunistów coraz częściej wybierali ksenofobiczne partie prawicowe. W Polsce lewicowe elity w sposób analogiczny postanowiły obrazić się na dotąd tradycyjnie lewicowy elektorat. Nie godzi się przecież zabiegać o głosy emerytów słuchających Radia Maryja, łysych kiboli demolujących stadiony czy kiepsko opłacanych nauczycieli i urzędników z małych miasteczek. Niespodziewanie okazało się, że klasa średnia w Polsce nie jest zainteresowana lewicą. Zamiast tego woli skupić się na niwelowaniu dystansu między poziomem życia w naszym kraju i reszcie UE. Los słabszych niespecjalnie ją interesuje. Im ciężej muszą pracować w tym większej pogardzie mają leniów i nierobów, którzy nie potrafią o siebie zadbać. Współczucie powinno przyjść dopiero w następnym pokoleniu... Na razie wybierają raczej PO i oczekują świętego spokoju. Państwo ma po prostu usunąć to co nieprzyjemne z pola widzenia i na to są w stanie dać pieniądze. Nic dziwnego, że zamknięte osiedla powstają jak grzyby po deszczu. Bardzo często zamieszkują tam ludzie, którzy swego czasu wyznawali poglądy lewicowe, teraz jednak odłożyli przekonania polityczne na bok i robią wszystko by w jak największym stopniu korzystać z konsumpcyjnego boomu.
Lewicy nie sprzyja sytuacja ekonomiczna w Polsce, jest zbyt dobrze by zaczęła ona odzyskiwać poparcie. Nawet najbiedniejszym wydaje się, że partycypują w powszechnej szczęśliwości. Wejście do UE niewątpliwie w sposób istotny poprawiło stan życia Polaków. Nawet bezrobocie, istna zmora ostatnich lat dzięki otwarciu granic nie jest już palącym problemem. W takiej sytuacji dlaczego nie popierać PiS, formacji która nie ma właściwie wiele najbiedniejszym do zaoferowania ale mając tą podstawową zaletę, że mówi zrozumiałym językiem. Nie karze kochać Niemców, Rosjan czy Żydów i nie chce tworzyć specjalnych praw dla homoseksualistów.
Dlatego śmieszą mnie wizyty Wojciecha Olejniczaka w Hiszpanii. Nie mniej zresztą jak nadzieje wiązane chociażby przez takich intelektualistów jak Jacek Żakowski z Krytyką Polityczną i osobiście ze Sławomirem Sierakowskim. Owszem środowisko to może być zaczynem intelektualnego fermentu ale nic więcej. Stare SLD-owskie elity nie zgodzą się nigdy by Sierakowski odegrał na lewicy pierwszoplanową rolę. Na razie niestety nic nie wskazuje na to by lewica mogła się odbudować bez SLD. Mamy więc do czynienia z kwestią nie do rozwiązania. SLD jest przyczyną słabości polskiej lewicy i powodem jej miałkości, kotwicą która ciągnie ją na dno. Jednocześnie jest na tyle silne, że może efektywnie zablokować jakąkolwiek konkurencję. Wypada mieć tylko nadzieję, że „burżuje z SLD” jak najszybciej pójdą na dno i powstaną warunki na pojawienie się prawdziwej nowej lewicy a nie SLDowskich mutacji tworzonych przez byłych towarzyszy z PZPR. Osobiście nie jestem zwolennikiem lewicy zresztą podobnie jak i prawicy. Nie jest jednak dobrze dla kraju, gdy brak jest dla rządzących prawdziwej alternatywy. Tylko istnienie dwóch silnych biegunów pozwala mieć nadzieję, że błędne działania prawicy czy też lewicy będą przez następną ekipę modyfikowane.
Bez wątpienia Polska lewicy potrzebuje, z całą pewnością jednak nie takiej jak dotychczas. Być może nawet jeszcze nie teraz... Jednak jej odbudowa może trwać wieki, jeśli już teraz nie zostaną na nowo zdefiniowane jej cele. Dopóki jej „oferta” nie nabierze intelektualnej głębi ale jednocześnie nie nastąpi rzeczywiste pochylenie się nad losem dyskryminowanych pod każdym względem grup społecznych lewica nie odbuduje się. Zresztą bez tego zawsze będzie brzmiała fałszywie, tak jak teraz. Czas na pogrzeb SLD, formacji ważnej dla okresu transformacji, która już się jednak zakończyła. Potrzeba nowej lewicy na nowe czasy. Nie tylko dla ludzi o przekonaniach lewicowych ale dla wszystkich. Tylko wtedy dyskurs publiczny może nabrać właściwej głębi i na styku tarcia między prawicą a lewicą może wyłonić się najbliższy rzeczywistości obraz Polski i oczekiwań jej obywateli.