niedziela, 15 listopada 2009

A/H1N1, czyli o tym czy mamy się czego obawiać...

Z dnia na dzień zaostrza się konflikt wokół zakupu szczepionek na grypę typu A/H1N1. Obie strony sporu niestety zdają się nie rozumieć istoty problemu. Łatwiej mi niestety zrozumieć postępowanie opozycji, jej rola polega na krytyce również tej niemerytorycznej. Rząd jest zaś zobowiązany do dbania o interes społeczny i nie powinien podejmować działań, które mu nie służą. Owszem, każdy rozumie go trochę inaczej, niemniej politycy PO i sama minister Ewa Kopacz zdają się ulegać jakiemuś dziwnemu ideologicznemu zaślepieniu, które nie pozwala im brać pod uwagę nawet najbardziej racjonalnych argumentów. Dla nich po prostu nie ma zagrożenia bo nie ma i już...

Najczęściej przywoływanym przez nich argumentem jest niska śmiertelność wśród osób zakażonych wirusem A/H1N1. To wszystko prawda, wirus grypy w dotychczasowej postaci nie doprowadzi do tak śmiertelnego żniwa ja chociażby grypa hiszpanka w latach 1918-19. Jest on jednak na tyle niestabilny, że jego mutacje mogą mieć dla nas znacznie gorsze skutki... Dlatego tak ważne jest ograniczenie jego rozprzestrzeniania się, również poprzez szczepienia. Strach przed wirusem wynika również z jego „nowości”. Wbrew wyobrażeniom polityków sytuacja nie jest stabilna ale ciągle się zmienia, wraz z pojawianiem się jego nowych mutacji... Mówiąc lapidarnie nie ma „śmiertelnej epidemii” ale należy brać na poważnie jej wystąpienie.

Niestety rząd lekceważy ryzyko, narażając zdrowie obywateli. Zastanawiam się w imię czego? Wypada mi się zgodzić z opinią Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, działania Ewy Kopacz i jej resortu a właściwie ich brak niestety niosą zagrożenie dla zdrowia Polaków... Co więcej podważanie skuteczności szczepionek jeszcze przed ich zakupem to coś co mnie osobiście nie mieści się w głowie. Publiczne głoszenie, że cztery osoby jakoby zmarły z powodu szczepionki i to na podstawie tekstu w jakiejś bulwarówce powinno skutkować natychmiastowymi dymisjami, również minister Kopacz. Pozwalając sobie na tani populizm, bo mówienie o braku 100% skuteczności szczepionki to przecież nic innego jak populizm właśnie, kompromituje się ona już nie tylko jako polityk ale i jako lekarz. Nie po raz pierwszy zresztą, pamiętam jej wypowiedzi, w których wprowadzanie zakazu palenia w miejscach publicznych nazywała zamachem na swobody obywatelskie...

Nie trzeba być lekarzem, by wiedzieć, że żadna szczepionka nie daje 100% gwarancji. W przypadku gruźlicy jest przecież podobnie, chodzi przecież głównie o wytworzenie przeciwciał, które jeśli nie uchronią przed chorobą to chociaż pozwolą organizmowi skuteczniej z nią walczyć. Ideologiczne zaślepienie PO niestety nie pozwala na rzeczową dyskusję. Wskazywanie, że koncerny farmaceutyczne zarabiają krocie na szczepionce to tani populizm. Tak samo byłoby przecież, gdyby wybuchła epidemia cholery... Tak samo jest w przypadku AIDS, tu pani minister milczy bo przecież jako wiernej wyznawczyni wolnego rynku nie wypada jej krytykować wolności gospodarczej, nawet jeśli ta niesie zagrożenie dla życia ludzi... Nie wiem skąd teraz u niej to oburzenie na koncerny farmaceutyczne...

Ja patrząc na rozwój sytuacji widzę jak Polska zostaje w tyle. Być może wirus grypy A/H1N1 okaże się nieszkodliwy ale siedzenie z założonymi rękami i nic nie robienie uważam za skrajną nieodpowiedzialność i wręcz głupotę. Liczba zaszczepionych idzie na świecie już w setki milionów, kraje wokół nas podejmują stosowne działania. Rząd PO ponownie dumnie twierdzi, że to my mamy rację a nie reszta świata. Być może będzie miał szczęście, chcę by tak było... Czarny scenariusz nie musi się spełnić, niemniej ryzyko podejmowane przez rząd PO i to z bliżej niesprecyzowanych powodów (oszczędności?) uważam za karygodne. Trwają negocjacje w sprawie zakupu szczepionki, z pewnością ją wcześniej czy później nabędziemy. Ciekawe jak tłumaczyć będzie minister Ewa Kopacz niechęć Polaków do szczepienia się. Pragnę zauważyć, że szczepienia mają sens tylko wtedy, gdy poddaje się im dużą część populacji. Kiedy minister zdrowia sugeruje, że zaszczepienie się może prowadzić do śmierci to któż o „zdrowych zmysłach” zdecyduje się na taki krok... Oburzałem się na ministra Ziobrę, kiedy doprowadził do zapaści polską transplantologię. Ewa Kopacz niestety idzie w jego ślady, nie boje się porównywać obu spraw choć to może niektórych szokować. Mam nadzieję, że pani minister „skończy” o wiele gorzej i szybciej niż „piękny młodzieniec z Krakowa”. Niestety nie zanosi się na to...

piątek, 9 października 2009

Pokojowy Nobel dla Baracka Obamy, czyli niestety o straconej szansie...

Przyznanie pokojowej nagrody Nobla Barackowi Obamie budzi powszechne zdziwienie. Dla mnie osobiście to kompromitacja komitetu noblowskiego. Przyznanie jej prezydentowi USA niczemu kompletnie nie służy i dewaluuje jej znaczenie do nic nie znaczącego gestu politycznego. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie wpłynie ona na zmianę polityki zagranicznej USA. Nie jest też nagrodą za dotychczasowe działania. Jak jest więc jej cel? Utwierdzić Baracka Obamę, że idzie w dobrym kierunku? Pogłaskać go po główce i poklepać po plecach...

Moim zdaniem komitet nie wykazał się przy wyborze odwagą jak chcą niektórzy. Wręcz przeciwnie, jego decyzja to wyraz tchórzostwa. Komitet nie chciał nikogo urazić... Przyznanie nagrody Obamie to nic innego jak próba uniknięcia zabrania głosu w istotnych dla świata sprawach. Przecież nie wypada dać nagrody chińskim dysydentom, nie w 60 rocznicę proklamowania ChRL. Ważne to przecież święto, znacznie ważniejsze od 20 rocznicy masakry na Placu Tienanmen. Rosji też nie należy denerwować, działacze praw człowieka w tym kraju mogą przecież poczekać... Po co ich aż tak ostentacyjnie wspierać... Nobel dla Lidii Jussupowej to byłby wręcz policzek dla Kremla. Nie wypada przecież. Nie zajmujmy się Iranem, nie drażnijmy ajatollahów przed grudniowymi rozmowami. Co nas interesują jacyś lokalni działacze w Wietnamie, Kolumbii, Darfurze czy Kongu. Komitet noblowski jest przecież zbyt ważny by zajmować się lokalnymi problemami. Barack Obama daje nadzieję na załatwienie wszystkich problemów i to globalnie!!!!!

Przyznanie nagrody Obamie nie jest również kontrowersyjne jak chce większość. Chodziło właśnie o to by kontrowersji było jak najmniej. Wybrano tego najbardziej lubianego, nawet talibowie pewnie nie są tak wzburzeni jak byliby, gdyby nagrodę otrzymał Ghazi bin Muhammad lub co gorsza Sima Samar. Głosy oburzenia wkrótce ucichną a ci, którzy z Barackiem wiążą nadzieję będą nadal świętować... Najgorsze w tegorocznym werdykcie jest to, że laureat tej nagrody zupełnie nie potrzebuje. Dzięki niej nic się na świecie nie zmieni. Żaden istotny problem nie zostanie nagłośniony. W odczuciu światowej opinii publicznej nie zaistnieje żadne nowe wyzwanie. Zmarnowana została jej magia, nadszarpnięciu uległ jej autorytet. Nie twierdzę, że Barack Obama nie robi niczego dobrego. Myślę, że jest wprost przeciwnie, ale jako prezydent potężnego mocarstwa ma wystarczające środki do tego by realizować założenia swojej polityki, również te, które to tak bardzo się spodobały komitetowi. Mam poczucie straconej szansy, w tym roku właściwie nie przyznano pokojowej nagrody Nobla. Wydano pieniądze na autopromocję (zresztą dość wątpliwą) i po to by „wesprzeć nadzieję”. Komitet nie kierował się w swoich działaniach ani pragmatyzmem ani idealizmem. Wybrał najgorzej jak mógł...

niedziela, 13 września 2009

Nielojalność narodowa, czyli o tym czy jeszcze jest nam potrzebna prawda...

Właściwie powinienem złożyć samokrytykę już za sam tytuł wpisu. Prawda z założenia jest przecież jedna i nie można jej podważać ani rozmywać poprzez dyskusję, to przecież nic innego jak postmodernizm albo inny grzech śmiertelny. Wiadomo tez u kogo leżą klucze do prawdy i kto ma wszelkie predyspozycje by orzekać co nią jest a co nie. Mnóstwo jest jednak fałszywych proroków, którzy swoje racje opierają na fałszywych przesłankach. Mącą oni ludziom w głowach a czasem wręcz popychają do działania szkodzącemu naszemu świętemu narodowi...
Nie powinno więc nikogo dziwić, że wobec zupełnie haniebnych słów niejakiego Niesiołowskiego Stefana głos zabrał człowiek, którego bez wahania można określić jako sumienie narodu polskiego i strażnika narodowych wartości. Tylko bowiem on jeden Jarosław Kaczyński (wstydźcie się Ci wszyscy, którzy pomyśleliście o kimś innym) w sposób zupełny i totalny może określić to co dla narodu jest dobre. Od dziś każdy, kto choć w myśli nie określi zbrodni katyńskiej jako ludobójstwa, podobnie jak Niesiołowski Stefan przekroczy „wszelkie miary nielojalności narodowej”. Co więcej przyczyniał się będzie tym samym do tego, że Polska pozostawać będzie krajem „sfinlandyzowanym, zależnym, zarówno na zachód, jak i na wschód". Przyjemnie jest cytować proroka więc dodam jeszcze, że bez cienia żenady taki ktoś może uważać się za „moskiewską cenzurę w Polsce”.
I to jest prawda!!! Wszystko co dobre dla narodu i co leży w jego interesie musi być prawdziwe. Fakty służą tylko potwierdzaniu prawdy a nie jej negacji. W imię narodowego interesu o tych niewygodnych należy zapomnieć, nie mogą być one bowiem prawdziwe skoro rzucają cień na coś tak świętego jak naród. Prawda, której nie można wykorzystać do utylitarnych celów jest zbędna. Po co na ten przykład tracić czas na dywagacje o Jedwabnem. Wspomnieliśmy o tym i robią z nas pomocników Hitlera... Historia to potężny oręż w walce politycznej, chrzanić ofiary w Katyniu. Ich śmierć nie może pójść na darmo, dlaczego więc "nasza" partia nie miałaby dzięki nim uzyskać paru punktów u elektoratu? A jak nie to chociaż zemścić się na Niesiołowskim Stefanie, może zostanie wysłany na wcześniejszą polityczną emeryturę. Nikt nie będzie bezkarnie obrażał wodza...
Taki sposób pojmowania prawdy, jaki zaprezentował Jarosław Kaczyński nie jest niestety jego wynalazkiem. To plagiat ordynarny i nieco tandetny jak chińskie podróbki zabawek, które do niedawna można było dostać na warszawskim Stadionie X-lecia. Wierzyć w jego oryginalność mogą tylko ci nieliczni szczęśliwcy, którzy mogą sobie pozwolić na całkowite zignorowanie współczesnego świata i jego problemów. Zastanawiam się skąd Jarosław Kaczyński czerpie inspirację, wiem za to jaka szkoła w takim podejściu do prawd historycznych zrobiła największe postępy. Nie ma dla mnie wątpliwości, że moskiewska... Rosja Putina bez cienia wstydu, za to ze sporym wdziękiem i lekkością wykorzystuje historię do budowania imperialnej tożsamości. Zdaje się, że Jarosław Kaczyński chciałby te wzorce uskuteczniać w Polsce. Nie będzie to łatwe bo przy Putinie artyście jest on co najwyżej rzemieślnikiem. A i Polska trochę wydaje się być za mała dla rozbuchanego ego Jarosława Kaczyńskiego. Pewnie dlatego na działania Rosji w sferze polityki historycznej reaguję nieufnością a na te podejmowane przez Jarosława Kaczyńskiego i jego partię śmiechem...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Ana Moura w Warszawie, czyli o festiwalu Skrzyżowanie Kultur raz jeszcze...

Smęciłem ostatnio co niemiara, dziś więc dla odmiany będzie radośnie i optymistycznie. Nie może być inaczej ponieważ do Warszawy zjeżdża sama Ana Moura! To jedna z moich ulubionych wokalistek, nie tylko dlatego, że w dużej mierze to dzięki niej zapoznawałem się z fado jako takim. Oczywiście ten sentyment jest szalenie istotny ale nie na wiele by się on zdał gdyby nie jej fantastyczny głos. Teraz będę miał po raz pierwszy okazję posłuchać Anę Mourę na żywo. Tworzona przez nią muzyka, zresztą jak i całe fado ma bardzo emocjonalny charakter. Słuchając jej płyt można wniknąć w głąb siebie i poczuć emocje, których istnienia człowiek się nawet u siebie nie spodziewał. Na koncercie będzie można zobaczyć piękną kobietę emanującą wręcz własnymi emocjami, która co więcej bez problemu zaraża nimi innych. To tylko może jeszcze pogłębić odbiór jej muzyki oraz dać szansę na zupełnie nowe doznania...
Dlatego wszystkich zachęcam do przyjścia na koncert. Cena biletu jest mniej więcej taka jak tego do kina (raczej mniej) a to co w zamian dużo bardziej niezwykłe i rzadkie. Sam koncert odbędzie się za dwa tygodnie (14 września 2009), tuż przy Pałacu Kultury i Nauki. Bilety chyba jeszcze są, już co prawda nie online (sami sprawdźcie) ale w kasie Estrady przy Marszałkowskiej. Dodatkowym atutem będzie koncert Marcio Faraco, którego muzyki niestety nie znam zbyt dobrze. Po pobieżnym zapoznaniu się z nią mam jednak wielką ochotę na więcej. Wracając do Any Moury, warto jeszcze wspomnieć o jej pracy nad nowym albumem. Nie wiem czy to w jakiś sposób znajdzie swój wyraz na koncercie ale warto mieć nadzieję.
Skupiam się na jednym koncercie, który ma się odbyć jednego konkretnego dnia. Warto jednak dodać w tym miejscu, że odbędzie się on w ramach festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Trwać on będzie przez cały tydzień począwszy od 13 września (w Sali Kongresowej wystąpi wielka gwiazda festiwalu - Youssou N'Dour). Wystąpi naprawdę wiele ciekawych zespołów z różnych stron świata, tak jak na skrzyżowanie kultur przystało. Warto więc zapoznać się z programem festiwalu. To już jego piąta edycja i jak się wydaje ma się on świetnie. Mam nadzieję, że nie sprofesjonalizuje się na tyle by przenieść w całości z namiotu festiwalowego do Sali Kongresowej. Tymczasem u mnie staje się on już stałym punktem w kalendarzu. Ciekawe kto za rok? Może Mafalda Arnauth? Nie miałbym nic przeciwko temu...
Zdjęcie Any Moury zamieszczam za zgodą Jeronimo. Pochodzi ono z koncertu w Belgii, zainteresowanych obejrzeniem następnych zachęcam do odwiedzenia ich twórcy na flickerze. Można przez chwilę otrzeć się o to co może być naszym udziałem w Warszawie. Jeśli ktoś czytający ten wpis nie bardzo wie czym jest fado zachęcam do poszukiwań, również na moim blogu. Do zobaczenia na koncercie!

sobota, 15 sierpnia 2009

Poczułem w sobie moc...

Mój sąsiad w tajemnicy zdradził mi, że dziś wielkie święto. Ponoć sama Madonna ma zstąpić i z tej okazji zaśpiewać. Będzie okazja do wniebowzięcia, przynajmniej dla podpitych fanów. Z Madonną to nie wiadomo jeszcze, podobno znów z Żydami zaczęła się zadawać... Miejsce wybrała optymalnie, na lotnisku nic jej w tym zstępowaniu/wstępowaniu nie przeszkodzi. Pan prezydent podobno swój najlepszy garnitur otrzepał z naftaliny i chłopaków z okolicznych jednostek na plac zwołał, by żołdu za darmo nie przejadali i święto pomogli uczcić odpowiednio. Wystroili się panowie wojskowi, ordery poprzypinali i piersi dumnie powypinali. Brakuje tylko czołgów, które by rozjechały tak pieczołowicie ostatnio remontowane ulice.
Mam mały mętlik w głowie, w jakiś dziwaczny sposób miesza się religia, nacjonalizm (dobry czy zły, dziś mam to gdzieś) i kiepska rozrywka. Nie wiem tylko co ma jedno do drugiego, o ile wiem Madonna nigdy w armii nie służyła i poglądy miała raczej pacyfistyczne. Chyba, że ta cała ucieczka do Egiptu to wielka ściema, która miała ukryć jej pracę dla wywiadu. Nie pytam nawet którego, są tacy co takie rzeczy od razu wiedzą, ich pytajcie... Z pewnością mamy dziś jednak święto więc na wszelki wypadek wywieszam flagę, oczywiście Indii bo przynajmniej wiem co Hindusi właściwie dziś świętują...
Ale nie o tym miał być ten wpis. Jak zwykle mam problemy z proporcjami i cała para idzie w gwizdek/wstęp. Tak jak napisałem w tytule wpisu poczułem w sobie moc. Mniej więcej rok temu umieściłem na FotoForum GW dwa zdjęcia zrobione niedaleko miejsca, w którym przyszło mi doświadczać cudu jakim jest życie. Można było na nich zaobserwować boisko do koszykówki z chwiejącymi się na wietrze koszami. Z niezrozumiałych dla mnie względów (przecież w kosza gra się najlepiej na ubitej ziemi) miejscowa młodzież omijała to miejsce. W pewnym momencie jacyś dobrzy ludzie zaczęli w tym miejscu zostawiać samochody. Parking dobrze służył wielu osobom, pół boiska pozostawało do dyspozycji ewentualnych graczy. Samochody nie parkowały tam ponieważ najmniejsze opady deszczu zamieniały teren w bajoro. Drogie samochody, drogie buty, drogie skarpety... Nie bez powodu bogaci ludzie są bogaci.
Zdjęcia zatytułowałem „rewitalizacja według władz dzielnicy Warszawa Wola”. Zobaczyło jej ze 150 osób zanim je z forum wykasowałem. Niezbyt wielki sukces... Rok później przechodząc tamtędy ze zdumieniem zobaczyłem, że nie ma tam już parkingu. Całe boisko zostało zwrócone graczom w koszykówkę. Pięknie odmalowane słupki skutecznie bronią dostępu kierowcom niezależnie od ich statusu społecznego, ba nawet płci. Tak, to wtedy poczułem moc i jeszcze teraz trochę mnie trzyma. Poczułem się jak Superman, który zamienił na chwilę pracę w kopalni kryptonitu na zwyczajne fedrowanie. Wprawdzie tak na chłodno trudno mi jest dostrzec związek przyczynowo skutkowy między opublikowaniem zdjęć a działaniami podjętymi przez władze dzielnicy ale na razie staram się o tym nie myśleć. Boisko wygląda super. Ewentualni gracze muszą się jednak pospieszyć. Powoli tworzy się tam bardzo unikalny ekosystem i być może już wkrótce teren ten zostanie objęty programem Natura 2000. Tak czy inaczej po raz wtóry jestem dumny, z tego gdzie dane jest mi mieszkać!!!!!

środa, 29 lipca 2009

Francis Fukuyama głosem rozsądku, czyli Iran nie taki straszny...

Czasem jedno wydarzenie naznacza nas tak mocno, że mimowolnie staje się ono punktem wyjścia do myślenia o pewnych sprawach. W przypadku jednostek bywa to niszczące, tym poważniejsze konsekwencje ma jednak w przypadku zbiorowej traumy. Mama wrażenie, że wydarzenia z 4 listopada 1979 roku są właśnie takim punktem wyjścia dla Amerykanów o myśleniu o Iranie. To wciąż niezagojona rana, która niestety nie pozwala widzieć spraw takimi jakie są i prowadzi to błędnej polityki następujących po sobie amerykańskich administracji. W czarno białej wizji świata nie ma miejsca na przypominanie chociażby roli CIA w obaleniu rządu Mohammeda Mossadeka. Nic dziwnego, że Iran stawiany jest obok Korei Północnej i przypisywany do osi zła...
W tym kontekście zaskakuje trochę tekst Francisa Fukuyamy w The Wall Street Journal. Zestawienie Iranu z takimi autorytarnymi reżimami jak Rosja czy Wenezuela musi być dla wielu Amerykanów (i nie tylko) prawdziwym szokiem. Co jeszcze bardziej zaskakujące Fukuyama zdaje się przyznawać, że irańska droga modernizacji jest w regionie wyjątkowa ponieważ może prowadzić do umacniania się demokracji. Jak słusznie zauważa, silna rola religii również w społeczeństwach europejskich w pewnym momencie dziejów była normą. Wiele norm leżących u podstaw świeckich demokracji ma swoje źródła w religii co teraz niektórym trudno jest zaakceptować. Niemniej nie sprawy związane z religią mają zasadnicze znaczenie, wyjątkowość modelu irańskiego polega zdaniem Fukuyamy na tworzenie na wzór europejski czegoś co można określić jako rządy prawa. Spisana konstytucja określa dość szczegółowo zasady funkcjonowania państwa i co więcej w rozdziale III wymienia szereg wolności i praw obywatelskich. Nawet jeśli dodawana jest do nich formułka w stylu „chyba, że naruszają one zasady islamu” to istnieją one realnie. Szirin Ebadi może bronić opozycyjnych działaczy tylko dlatego, że art. 35 konstytucji każdemu daje prawo do wyboru adwokata a art. 37 zawiera dobrze nam znaną zasadę domniemania niewinności.. Protesty, które opisywałem w poprzednim wpisie wzięły się właśnie z przekonania, że złamane zostały prawa zawarte w islamskiej konstytucji...
Zaskoczył mnie Francis Fukuyama swoim tekstem. W sumie nie powiedział nic nowego to ze względu na swoje nazwisko i ugruntowaną pozycję w Stanach Zjednoczonych może on wpłynąć na zmianę polityki tego kraju wobec Iranu. Dotychczasowa moim zdaniem jest szkodliwa i rodzi skutki wprost przeciwne do zamierzonych. Agresywna polityka USA doprowadziła pośrednio do wzmocnienia pozycji kół militarnych, populistów pokroju Ahmadineżada i radykalnych duchownych. Wzmacnia również nastroje antyamerykańskie czy szerzej nacjonalistyczne i oddala szanse na dalszą demokratyzację. Nic nie jest tak dobrym powodem do ograniczania praw obywatelskich jak prawdziwe czy wyimaginowane zagrożenie zewnętrzne. Wszyscy doskonale znamy ten mechanizm... Mam nadzieję, że argumenty Fukuyamy zostaną przeanalizowane przez nową administrację amerykańską i wpłyną na jej nowy kurs wobec Iranu. Nie czas jeszcze na radykalne zwroty ale z pewnością dużo bardziej subtelna i umiejętna polityka jest niezbędna. Mogłaby być ona realizowana choćby poprzez współpracę z państwami europejskimi, które wobec Iranu zajmowały zawsze dużo bardziej trzeźwe i pragmatyczne stanowisko. Chłodne relacje administracji Baracka Obamy z aktualnym rządem Izraela dają nadzieję na przewartościowanie bliskowschodniej polityki amerykańskiej. Dotychczasowe działania okazały się nieskuteczne i tylko przyczyniły się do wzrostu napięcia w regionie. Czas więc na zmiany, również w polityce wobec Iranu, który przecież jest jednym z najistotniejszych elementów bliskowschodniej układanki...
------------------------
Przepraszam za swoją nikłą blogową aktywność. Nie jest to wynikiem wakacyjnego rozleniwienia, bardziej chyba wypalenia, które w pewnym momencie staje się udziałem każdego. Prędzej czy później dopada nas rzeczywistość i gryzie mocno w tyłek. W najbliższym czasie wpisy nie będą zapewne pojawiać się zbyt często, niestety muszę skupić się na tak trywialnej sprawie jak szukanie pracy. Kiedy w grę wchodzą obowiązki, przyjemności należy odłożyć na później...

czwartek, 25 czerwca 2009

Zielona rewolucja zmienia Iran

Ostatnie wydarzenia w Iranie przykuły uwagę całego świata. Ludzie wstrzymują oddech i niecierpliwie czekają na odpowiedź czy rewolucja zakończy żywot teokratycznego reżimu. Emocje przypominają trochę te towarzyszące wydarzeniom sportowym, albo uda się wygrać albo się przegra sromotnie. Rzeczywistość jest na szczęście dużo bardziej skomplikowana. Błędem jest interpretowanie sytuacji w Iranie tylko na podstawie obrazków z demonstracji czy wpisów na Twitterze. Z naszej perspektywy pewnie byłoby wspaniale, gdyby chodziło o obalenie rządów ajatollahów. Wielu komentatorów jest nawet trochę zdezorientowanych, kiedy okazuje się, że Musawi specjalnie od Ahmadinedżada się nie różni. Nie jest przecież łatwo opowiedzieć się za jednym zwolennikiem ideałów rewolucji z 1979 roku a potępić drugiego, który głosi do nich jeszcze większe przywiązanie. Dlatego niektórzy zdają się ignorować program Musawiego widząc w nim przede wszystkim przeciwnika rządzącego reżimu, inni zaś wrzucają obu kandydatów do tego samego worka i zdegustowani mówią, że to co się w Iranie teraz dzieje to nie żadna rewolucja ale walka frakcji w ramach obozu władzy...
Taki sposób postrzegania wydarzeń w Iranie bierze się moim zdaniem z niezrozumienia zachodzących tam przemian. Rewolucja z 1979 roku nie polegała na odrzuceniu zgniłych wzorców zachodnich, zarówno tych obyczajowych jak i ustrojowych oraz powrotowi do tradycji i stojącego za nią islamu. Może co najwyżej w sferze deklaratywnej, w rzeczywistości bardzo żywy był impuls modernizacyjny. Dziś nawet nie ma za bardzo sensu zastanawiać się jak w Iranie sytuacja ułożyłaby się, gdyby nie napaść Iraku. Bez wątpienia jednak w Iranie powstało coś nowego, wzorce zachodnie zostały przetworzone ale nie odrzucone do końca. Zachowano parlamentaryzm, wybory i część swobód obywatelskich. Nie ma nawet sensu porównywać np. sytuacji kobiet w Iranie i Arabii Saudyjskiej. Owszem, zamykane są gazety, ale wcześniej muszą one przecież powstawać. Kobiety zmuszane są do zasłaniania twarzy ale z drugiej strony korzystają z praw obywatelskich, studiują i uczestniczą w życiu społecznym na skalę nieporównywalną z innymi krajami islamskimi. Szirin Ebadi nie mogłaby prowadzić swojej walki zarówno w świeckiej Syrii czy wahabickiej Arabii Saudyjskiej. Rewolucja z 1979 roku nie tylko stworzyła w Iranie teokrację ale również doprowadziła do powstania demokracji. Owszem bardzo ułomnej i ograniczonej... Niemniej funkcjonującej i cieszącej się poparciem większości.
Zielona rewolucja nie jest jak tego chciałby zachód skierowana przeciwko irańskiej wersji demokracji. Wręcz przeciwnie, u źródła protestów leży złamanie jej zasad. Sfałszowanie wyborów to cios bez porównania większy dla przeciętnego Irańczyka niż śmierć jakiegoś studenta makrsisty czy zamknięcie niszowego pisemka. Protesty są aż tak bardzo gwałtowne, bo ludzie czują się oszukani. Dotychczas istniejące instytucje przestały wypełniać swoją rolę. To co się teraz dzieje to rzecz szalenie istotna. Na naszych oczach ulega delegitymizacji system stworzony przez ajatollahów. O ile w latach 90-tych protesty wynikały z przekonań politycznych to teraz idzie o przestrzeganie reguł politycznej gry. Linia podziału nie przebiega już pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami zbliżenia z zachodem czy rozszerzania wolności obywatelskich. Irańczycy przywiązani są do swoich instytucji, są wręcz z nich dumni bo dzięki nim czują się lepsi, bardziej moralni od zachodu. Niezależnie od wyznawanych poglądów politycznych (oczywiście oprócz fanatycznych zwolenników Ahmadinedżada) postępowanie władz nie może budzić w nich poparcia. 
Ma rację Adam Szostkiewicz pisząc na swoim blogu, że to co się dzieje teraz w Iranie to „moralna kompromitacja republiki islamskiej”. W moim przekonaniu nieodwracalna. Zbyt wiele osób popierających system wyszło upomnieć się o swoje racje i zostało potraktowanych jak wrogowie rewolucji, zdrajcy czy zwykli chuligani. Na tak masowe poparcie obywateli jak dotąd reżim nie ma co już liczyć. To znacznie przyspieszy powstanie opozycji antysystemowej. Ci, którzy łudzili się, że można zreformować system od środka przekonali się, że nie będzie to możliwe. W jak każdej rewolucji doszło do radykalizacji nastrojów i chociażby dlatego można mówić o przełomie. Patrząc na zdjęcie Nedy Agha Soltan nawet zwolennicy tradycyjnych islamskich wartości czuja, że coś jest nie tak. Podział na „my społeczeństwo” i „oni władza” stał się dzięki zielonej rewolucji czymś oczywistym. Prysł mit rządów dobrotliwych i prawych duchownych, którzy w swoich decyzjach kierują się dobrem ogółu. To początek końca islamskiej republiki, końca który może nastąpić najwcześniej dopiero za dekadę lub dwie...
Zdjęcie zamieszczone dzięki parseha. Zapraszam do obejrzenia całej galerii.

wtorek, 9 czerwca 2009

Powyborcze przygnębienie, czyli układ ma się dobrze...

Kampania tocząca się przed wyborami do Parlamentu Europejskiego nie wzbudziła u mnie wielkich emocji. Wszystko było jakieś takie przewidywalne i pozbawione blasku. Nie dziwi więc fakt, że i wyniki podane już oficjalnie przez PKW również nie sprawiają, że krew krąży szybciej w żyłach. Wszystkie ważne pytania dotyczące przyszłości naszej polityki właściwie pozostały bez odpowiedzi. Żadna z biorących udział w wyborach partii politycznych nie osiągnęła swoich celów. Platforma nie zdołała osiągnąć takiej przewagi, która gwarantowałaby w przyszłości samodzielne rządy a nawet dokonywanie zmian w konstytucji bez konieczności dogadywania się z PiS. Właściwie nic się nie stało, bo poparcie dla PiS w granicach 25% gwarantuje PO pozostanie u władzy. Niemniej zdobycie mniej niż 50% głosów to jednak prestiżowa porażka, tym bardziej, że sytuacja gospodarcza może skutecznie utrudnić powtórzenie takiego wyniku w wyborach parlamentarnych.
Również PiS nie ma powodów do zadowolenia. Nie zdołał nawiązać walki z Platformą (i procentowo mimo wszystko sporo stracił) a co więcej swoją radykalną kampanią wyborczą zniechęcił wielu do popierania tej partii w przyszłości. Można się domyślać, że gdyby Jarosław Kaczyński i jego partia nadal posiadała telewizję publiczną to wynik byłby jeszcze gorszy. A tak jednak parę głosów więcej na PiS padło, jakoś przecież rządowi „żółtą kartkę” pokazać trzeba. A to dobry moment, wybory do PE nie są aż tak ważne i można dać wyraz swoim emocjom. Chłodniejsza kalkulacja będzie miała miejsce przy urnie w roku 2011. Bez radykalnych zmian PiSowi przypadnie rola podobna do tej jaką odgrywała Partia Komunistyczna we Włoszech w okresie od końca II wojny światowej do początku lat 90-tych. Rozumie to Zbigniew Ziobro i stąd jego wyjście przed szereg i w konsekwencji złośliwości Jarosława Kaczyńskiego. Wątpię więc by miał rację Michał Karnowski, w PiS nie mają więcej powodów do świętowania niż w PO. Jeśli jest tam ktoś zdrowo myślący (a okazuje się, że o zgrozo chyba tak) to zamiast radości pojawi się u niego raczej depresja zrodzona z niemożności dogonienia PO i poszerzenia elektoratu o nowe grupy społeczne.
Na lewicy również dostrzegam więcej powodów do żałoby niż radości. Pozycja SLD niewątpliwie uległa wzmocnieniu, niemniej zgadzam się z Aleksandrem Kwaśniewskim, że bez otworzenia się na nowe środowiska partia ta nie ma szans na włączenie się do walki o władzę. A nie będzie to łatwe, nie tylko z powodu transferu Wojciecha Olejniczaka (być może tak jak Zbigniew Ziobro planuje z Brukseli powrót na białym koniu), który lansował ideę „szerokiego frontu” co nowych głębokich rowów wykopanych przez te wybory pomiędzy SLD a Centrolewicą. Czyli czeka lewicę to co już prognozowałem na tym blogu, wielka stagnacja i oddalanie się szans na stworzenie alternatywy dla rządzącej Platformy. Jeszce gorsze nastroje niż w SLD panują w Centrolewicy, oddala się bowiem nadzieja na rzeczywistą odnowę lewicy. Wyborcy woleli zagłosować na upapraną markę niż interesujących ludzi z ciekawymi pomysłami na Polskę. Pośrednio potwierdzając tezę, że głosujemy na partie polityczne a nie ludzi, a zmiana systemu wyborczego na większościowy, traktowana jako remedium na całe zło polskiej polityki to iluzja.
Powodów do radości nie ma również PSL. Nie ma jednak również zbyt wielu powodów do smutku. Mógłbym przekornie powiedzieć, że rolnicy poparli go nie idąc do urn. Ambicje PSL nie są i nie mogą być tak duże jak PO, PiS czy nawet SLD. Uzyskany wynik nie jest więc powodem do żałoby. Do zmartwień już tak, bo mimo wszystko poparcie było mniejsze niż w ostatnich wyborach. To co powinno martwić ministra Pawlaka, który przecież nieprzypadkowo zajął się całą gospodarką a nie tylko rolnictwem to zmniejszające się poparcie dla PSL w miastach. Strategia mająca na celu poszerzanie elektoratu o drobnych miejskich przedsiębiorców nie skutkuje, ci zdają się nadal wybierać PO.
Pozostałe partie oczywiście mają jeszcze mniej powodów do radości. Nie przekroczyły nawet progu 3%, który w przypadku wyborów parlamentarnych dawałby chociaż gwarancje na pieniądze z budżetu. Co istotne nie udało się to nawet przy tak niskiej frekwencji wyborczej, która raczej promuje mniejsze ale bardziej wyraziste partie polityczne. Nikt poniżej progu wyborczego (może poza Centrolewicą ale w tym momencie trudno jest sobie wyobrazić odnowę lewicy bez SLD) nie ma już zbyt dużych szans na samodzielne zaistnienie na scenie politycznej. 
Analizując wyniki wyborów można odnieść wrażenie, że system partyjny wreszcie się ustabilizował. Są tacy, którzy przyjmą to z radością, zniknęły przecież partie skrajne i nieodpowiedzialne takie jak LPR czy Samoobrona. Moim zdaniem jednak zupełnie inaczej, istniejący system jest nienaturalny. Wyłonił się on w dziwacznych okolicznościach, swoistej populistycznej kontrrewolucji skierowanej przeciwko instytucjom III RP oraz elitom, które przyczyniły się do ich powstania. Dwie największe dziś partie łączy przecież mniejsza lub większa niechęć do przeszłości i chęć stworzenia czegoś doskonalszego. System partyjny jest dziś wyrazem tych niespełnionych aspiracji. Sprawia tylko pozory stabilności, gdy tymczasem zasadne jest raczej mówienie o "stabilizacji niestabilności".
Swoiste zablokowanie systemu uniemożliwia zakończenie „szopki projektu IV RP” i pójście do przodu. Dominujące partie polityczne są echem „wojen” toczonych kilka lat temu, nie są w stanie zaproponować niczego nowego. Na razie jeszcze potrafią manipulować emocjami społecznymi, ale ich działania coraz bardziej zdają się abstrahować od problemów współczesnej Polski. Być może PO będzie w stanie w sposób ewolucyjny poprzez swoją „pragmatyczną do bólu” politykę doprowadzić do pojawiania się istotnych dla społeczeństwa nowych wątków. Niemniej coraz więcej osób zdaje się mieć poczucie, że to co oferują nam teraz partie polityczne jest dziwaczne i wtórne. Zacementowano pewien chory układ, który jak pokazują wybory do PE niestety nie uległ nawet nadkruszeniu. Dlatego nie dziwę się nie tylko swojemu brakowi entuzjazmu. Polacy nic się nie stało... niestety!!!

niedziela, 31 maja 2009

Normandia nie dla Lecha Kaczyńskiego, czyli o osamotnieniu naszego prezydenta...

Front wrogich sił zagęszcza się wokół naszej udręczonej rządami PO ojczyzny. Najpierw Niemcy, ci już są blisko tego by domagać się od rządu polskiego zapłacenia zaległego żołdu żołnierzom Wehrmachtu, uzasadniając to tym, że ci przecież walczyli na terytorium Polski. Teraz dołączyli Francuzi, którzy z niewiadomych powodów uparli się by nas upokorzyć i nie zaprosili naszego sympatycznego prezydenta na obchody 65 rocznicy lądowania aliantów w Normandii. Wrogowie jedynej słusznej sprawy, marne robaki, które w wyniku ewolucji utraciły narodową dumę a w zamian zyskały większe mózgi będą się pewnie z tego cieszyć. Być może porównają to do zmiany repertuaru w kabarecie. Stary, mimo że śmieszny już zdążył się wszystkim znudzić. Teraz dzięki decyzji Francji jest nadzieja, że chociaż przez tydzień będzie można usłyszeć najśmieszniejsze postacie polskiej polityki w nieco zmodyfikowanym repertuarze...
Oburzeniu będzie pewnie towarzyszyć zdziwienie. Jak Francja mogła mam coś takiego zrobić... Smutna prawda jest jednak taka, że prezydent Kaczyński uczciwie sobie zapracował na swoją markę, nie tylko w kraju ale i za granicą. Niewielu traktuje go już jako reprezentanta całego polskiego narodu. Jest liderem największego ugrupowania opozycyjnego, człowiekiem nieprzewidywalnym, który raz entuzjastycznie składa podpis pod czymś dla UE szalenie istotnym a potem dla doraźnych celów politycznych i dobra swojego ugrupowania odmawia zrobienia tego po raz drugi. Jego słowa i czyny (czasem jego brata ale z daleka to nie ma znaczenia) sprawiają, że w większości europejskich stolic darzony jest antypatią. Takie postrzeganie wzmacnia całkowity dyletantyzm Lecha Kaczyńskiego, który będąc tak mocno przywiązany do swoich poglądów nie zamierza pogłębiać swojej wiedzy nawet w kluczowych dla polskiej polityki zagranicznej sprawach. Negocjacje z nim są więc szalenie trudne bo dyplomaci innych państw zamiast zajmować się konkretami muszą zabawiać się wcześniej w nauczycieli. I do tego bez nadziei, że uczeń czy jego bezpośrednie zaplecze cokolwiek pojmie... Zabieganie o jego względy również nie ma sensu z innego powodu. Z powodu permanentnego konfliktu z rządem wokół spraw związanych z polityką zagraniczną w większości europejskich stolic wiedzą, że to rząd podejmuje rzeczywiste decyzje. Prezydent niezdolny do kompromisu nie może skutecznie wpływać na podejmowane przez niego działania. Z tego punktu widzenia próby rozmów z nim są tylko stratą czasu. 
W tym kontekście nikogo nie powinien dziwić brak zaproszenia Lecha Kaczyńskiego na uroczystości w Normandii. Jeśli dochodzi do spotkania, na które nie zostaną zaproszeni wszyscy to z wielkim prawdopodobieństwem można przypuszczać, że nie będzie na nim naszego prezydenta. Winy nie doszukiwałbym się jednak we Francji. Lech Kaczyński poprzez nieudolne i sprzeczne z duchem konstytucji pełnienie urzędu prezydenta doprowadził do sytuacji, w której nie może już efektywnie wypełniać swoich funkcji. Również na zewnątrz... Nie może być ignorowany ponieważ nikt nie jest w stanie przewidzieć rozwoju sytuacji politycznej w Polsce. Nie jest jednak traktowany jako partner, bardziej postrzegany jest jako zło, które trzeba tolerować. O ile interes państwa tego nie wymaga kontakty z prezydentem Kaczyńskim nie są podejmowane. Drobne złośliwości są nawet wskazane ponieważ podobają się aktualnemu rządowi co później może ułatwić wzajemne kontakty. Prezydent Kaczyński skazany jest przynajmniej do końca kadencji (może się to zmienić jeśli wygra ponownie wybory) na towarzystwo politycznych outsiderów, takich jak ekscentryk Klaus lub oskarżany o autorytarne zapędy Saakaszwili. Może tylko trwać i walczyć o głosy dla PiS co tylko jeszcze będzie pogłębiać jego osamotnienie. A tak swoją droga ciekawe czy obrażona brakiem zaproszenia czuje się królowa brytyjska...

piątek, 8 maja 2009

Kraków vs. Gdańsk, czyli o odwiecznej walce dobra ze złem...

W takie wiosenne dni jak ten dzisiaj lubię sobie siedzieć przy oknie i patrząc na mknących donikąd ludzi zastanawiać się kto zwycięży w walce wszech czasów, Ormuzd ze swoją kurzą ślepotą czy Aryman cierpiący dla odmiany na światłowstręt. Walczą tak sobie od początku świata i żaden nie uzyskuje znaczącej przewagi. Gdy jeden odzyska instytut prawd ostatecznych drugi natychmiast zawładnie ministerstwem racji bezspornych. Walka pewnie nieprędko się zakończy. Jedno jest pewne, Aryman to zupełne przeciwieństwo Ormuzda. Różni ich wszystko, jeden jest dobry drugi zły, jeden piękny drugi brzydki (jeden mądry drugi głupi?). W dawnych wiekach ludzie bardzo łatwo ich rozróżniali. Ten z rozwianym włosem siedzący na górze, zawsze przy włączonym świetle to Ormuzd, zaś ten ekscentryczny, stroniący od innych i zamieszkujący w otchłani to Aryman. Potem niestety nie do końca zdając sobie nawet sprawę ze swojego czynu Machiavelli napisał Księcia i się zaczęło...
Niemal z dnia na dzień stało się jasne, że skoro nie wszystko jest takie jak się wydaje to tym bardziej nie wszystko musi się wydawać takie jakie jest. Zaraz potem pojawili się artyści słowa, którzy za niewielkie pieniądze zaczęli kreować rzeczywistość zgodną z zamówieniem klienta. Zarówno Aryman jak i Ormuzd zawsze byli na bieżąco z wszelkimi nowinkami, wiadomo wojna wzmaga czujność. Szybko więc skorzystali z najlepszych agencji PR-owskich. W sumie to nic niezwykłego, dzielą przecież między siebie świat, zarówno ten duchowy ale i materialny. Z pewnością więc ich było na to stać...
Bardzo szybko obaj zmienili swój image, Aryman wziął kilka wizyt u psychoanalityka, poszedł na solarium, założył przeciwsłoneczne okulary i zaliczył korespondencyjnie kurs savoir-vivre'u. Ormuzd poddał się laserowej korekcie oczu, potem by zobaczyć jak wyglądają problemy zwykłych ludzi i pozbyć się tak nie lubianej przez innych wyniosłości obejrzał retrospekcję filmów Chucka Norrisa. Następnie wybrał się do centrum handlowego by kupić jakieś markowe ciuchy, ponieważ te, które dotąd nosił swoim nazbyt orientalnym wyglądem mogły wywołać zainteresowanie Urzędu do spraw Cudzoziemców. Przy okazji poduczył się codziennego języka i dowiedział o istnieniu jakiegoś lokalnego proroka Ferdka Kiepskiego.
Po takiej zmianie wizerunku mogli spokojnie przystąpić do dalszej walki. Niestety po tej przemianie ludzie nie są już w stanie ich odróżnić. Kto dziś patrząc w oczy Donalda Tuska może z czystym sumieniem powiedzieć, że należy on już do królestwa Arymana? Czy sprawność w wysławianiu się może świadczyć o związku prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Ormuzdem? Skoro zło może wyglądać jak dobro ale nie musi to jak je można jednoznacznie zidentyfikować? Oczywiście są ludzie wielcy duchem, podobni do żydowskich proroków czy islamskich sufich, którzy dzięki intuicji od razu wiedzą kto jest kim. Niestety my zwykli śmiertelnicy, o których jestestwo Ormuzd i Aryman toczą jeszcze swoją wojnę nie mamy stosownych instrumentów by zweryfikować prawdziwość ich słów. 
Mnie osobiście strasznie to męczy, skąd mam wiedzieć gdzie zgromadzą się Ci dobrzy 4 czerwca? Za kim mam się opowiedzieć w najbliższych wyborach? Czy postępując zgodnie z ustawami uchwalonymi przez PO (np. dotyczących ruchu drogowego) popadam w niewolę Arymana czy odwrotnie staję po stronie dobra? Sporo ludzi zadaje sobie podobne pytania w kraju nad Wisłą. Od odpowiedzi na nie zależy przecież nasza dalsza egzystencja. I czuję się trochę bezbronny ponieważ nie wiem jak w takiej sytuacji mogę dokonać rozsądnego wyboru. Wszystko staje się sprawą wiary, zarówno słudzy Ormuzda jak i Arymana nic innego nie robią tylko krzyczą: to my jesteśmy ci dobrzy, chodźcie do nas. W która stronę więc należy podążyć by nie pogrążyć się w ciemności na wieki...
Decyzja jest trudna ale powoli nabieram przekonania, że wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku. O wyborze zadecyduje przypadek, jak to w życiu gdzie nie sposób niczego przewidzieć. Optymizmem napawa mnie jednak coś innego. Dotąd walka między Ormuzdem i Arymanem przebiegała w każdym człowieku z osobna. To strasznie komplikowało sprawę i co najgorsze wywoływało powszechne zniechęcenie. Najczęściej bowiem nie można było wskazać jednoznacznie zwycięzcy. Teraz granice zaczynają przebiegać zupełnie inaczej. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie gdzie będzie się świętować rocznicę 4 czerwca. Ci w Gdańsku będą przynależeć do Ormuzda, albo Arymana... A Ci w Krakowie... w sumie nie jest to ważne do kogo, chodzi tylko o dokonanie wyboru. O jego konsekwencjach przecież i tak się przekonają na własnej skórze. Ale kto by się tym teraz przejmował... Wiara daje siłę i wyklucza popełnienie błędu. Wierzcie więc rodacy i wybierajcie. Ja tymczasem posiedzę sobie jeszcze przy oknie i popatrzę na zachodzące słońce.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Anna Fotyga sumieniem narodu, czyli dajcie jej wreszcie jakąś pracę...

„Człowiek o moim życiorysie jest naprawdę głęboko poraniony przyglądaniem się temu, co się dzieje z polską polityką zagraniczną”.
Anna Fotyga

Dopadła mnie mała depresja... Przyroda dosłownie eksplodowała czym nieuchronnie przypomina mi o cyklu życia. Znów się coś skończyło i zaczyna coś na nowo a ja jako „pielgrzym” na tej ziemi mam znów mniej czasu by odpowiedzieć sobie na pytania kłębiące mi się w głowie. Nawet nie takie zasadnicze dotyczące sensu istnienia czy kondycji ludzkiej bo na nie odpowiedzi raczej niestety nie ma ale takie przyziemne, gryzące w tyłek i zatruwające codzienną egzystencję. Doskonałym przykładem jest pytanie o nieustającą obecność pani Anny Fotygi w życiu publicznym. Tak, wiem niektóre zjawiska najlepiej ignorować i iść do przodu ale jak to robić skoro w mediach co jakiś czas była szefowa MSZ przypomina o sobie wypranymi z sensu działaniami. Irytacja powraca, podobnie jak pytanie o to co tacy ludzie jeszcze w polskiej polityce robią...
Przymioty intelektualne i osobowość byłej pani minister predestynują ją do objęcia funkcji bibliotekarki w jakieś uroczej małej miejscowości, w której mogłaby z właściwym sobie wdziękiem polecać tanie romanse i raz w miesiącu organizować kursy tańca portugalskiego. Okazuje się jednak, że dzięki odpowiednim znajomościom ciągle wraca i budzi na przemian śmiech i przerażenie. Trochę ją za to podziwiam bo niewiele osób jest w stanie w sposób tak całkowity ignorować wszystkie zarzuty jakie padają pod jej adresem. Co więcej, zamiast na nie odpowiadać woli atakować w ten sposób przykrywając własną niekompetencję. Wygląda to trochę groteskowo ale odnosi skutek. Wierni obrońcy dobrej bo naszej pisowskiej wizji świata będą znów mówić o nienawiści do swojej partii a pozostali śmiać się do rozpuku z tego przejawu „dyzmizmu” w polskiej polityce.
Wypowiedź pani minister przytaczana przeze mnie na początku wpisu doskonale oddaje jej talenty dyplomatyczne. Starając się o stanowisko, z własnej przecież i nieprzymuszonej woli, z pełnieniem którego przecież wiąże się realizowanie polityki konstytucyjnego rządu demonstracyjnie podkreśla jak bardzo się z nią nie zgadza. Rodzi się w mojej głowie pytanie, czy zatem nie była świadoma faktu, że ambasadorowie realizują wytyczne rządu? Czy jako „niezależny fachowiec” i „dyplomata” nie rozumie reguł gry? Być może to tylko głupota i przywiązanie do pisowskich szablonów, które wymuszają krytykę PO nawet jeśli rozmawia się o pogodzie. Swoim zachowaniem przekreśla jednak pewien układ, który jak się wydawało zawarł rząd z prezydentem. Czy chciał tego któryś z ośrodków? Sam szczerze wątpię, Anna Fotyga może jednak spać spokojnie. Na herbatce u głowy rodu Kaczyńskich „powie prawdę” jak bardzo była poddana presji. W sumie to zrozumiałe, że nie wytrzymała i powiedziała prawdę... Jak można pytać kobietę, tak kobietę o to jak zamierza pełnić swoją funkcję. Przecież prezydent przyklepał już jej nominację a tu jeszcze upokarzają wykazując niekompetencje. Sam bym dowalił...