Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanada. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lutego 2009

NFB/ONF udostępnia filmy, czyli o kształtowaniu świadomości...

Ledwie tydzień temu Benjamin Barber przekonywał, że „kultura odgrywa ogromną rolę w rozwoju niekomercyjnej sfery społeczeństwa”. W smutnych czasach rozszalałego kryzysu, kiedy nie tylko złoty traci na swojej wartości ale również nasze piłkarskie gwiazdy poruszanie takich kwestii wydawać się może szaleństwem. Mnie jednak przekonał, przynajmniej na tyle, że nie myślę już o kulturze jako o sposobie zabijania czasu przez spasionych burżujów, na którym proletariaccy artyści mogą zarobić trochę grosza na rewolucję. Może ma rację i należy zainteresować się nieco bardziej tym wszystkim, czego nie można kupić za pieniądze...
A jest tego sporo. Od niedawna można na przykład obejrzeć ponad 700 filmów (głównie dokumentalnych ale zdarzają się również animacje) nie wydając na to nawet centa (oczywiście tego kanadyjskiego). W ten sposób The National Film Board of Canada postanowiła uświetnić rocznicę 70-lecia istnienia. Są to bardzo różne filmy nakręcone przez cenionych twórców (choćby Denysa Arcanda), kręcone zarówno po angielsku i francusku. Obok filmu o losach imigranta z Haiti i próbach jego aklimatyzacji w Quebecu można obejrzeć historię bobrzej rodziny z początków XX wieku. Jest to zbiór bezcenny dla każdego, kto choć trochę interesuje się otaczającym go światem. Na stronach NFB/ONF są dostępne również trailery wielu innych filmów, które w przeważającej większości już wkrótce będzie można zakupić przez internet. Ja osobiście polecam trailer filmu Examined Life, który doskonale pasuje do tekstu Barbera i przedmiotu tego wpisu. Zresztą zawsze jest miło popatrzeć na filozofów wygnanych na ulicę by tłumaczyli w ludzkim języku „co i jak”.

Oczywiście czy przeklęci Kanadyjczycy muszą robić takie rzeczy. My w Polsce w ubiegłym roku obchodziliśmy przecież stulecie polskiego filmu. Wystarczyła okolicznościowa wystawa i parę zdjęć w necie. My w przeciwieństwie do nich nie musimy tak rozpaczliwie domagać się uwagi świata, jesteśmy świadomi wartości naszej kultury. Chyba tylko tym można tłumaczyć brak zaangażowania Polski w europejskie projekty, takie jak chociażby MIDAS ze swoim katalogiem. Wystarczy stwierdzić, że Polska nie należy do takiej czy innej organizacji i Filmoteka Narodowa traci szansę na bezcenny dla polskiej kultury udział w ciekawym projekcie. Podobnie jest zresztą z Europeaną, w której nasze uczestnictwo ma śladowy charakter. Dlatego bez przeszkód mogę sobie obejrzeć spacer ulicami Barcelony w latach dwudziestych ale już o Warszawie w 1945 mogę tylko pomarzyć.
Doskonale wiem, że nie tylko zła wola czy nieudolność urzędników jest tego powodem. Proces digitalizacji jest kosztowny i czasochłonny a w naszym kraju coś takiego jak „dziedzictwo narodowe” plasuje się na liście priorytetów dopiero gdzieś na 342 miejscu, tuż za lustracją zwierząt (np. psa Szarika donoszącemu komunistom patyki i takie tam) ale przed wspieraniem producentów buraka cukrowego. Taniej jest urządzić parę akademii lub defiladę a w szkołach patriotyzm wbijać do głów siłą. Systematyczne budowanie poczucia przynależności do wspólnoty w oparciu chociażby o poznawanie historii jest wręcz niebezpieczne bo tak już jest, że im więcej faktów tym trudniej o zwarty obraz całości. A tak nie może przecież być, istnieje tylko jeden naród i tylko jeden patriotyzm...
Kanadyjczycy są w dużo lepszej sytuacji, ich poziom zamożności pozwala im na takie fanaberie jak kultura narodowa. Co więcej zdają sobie sprawę, że tożsamość nie jest dana raz na zawsze. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie każdy wie co znaczy być Polakiem już od urodzenia. W Kanadzie nie wystarczy budować tożsamości narodowej w oparciu o niechęć do Niemców, Rosjan czy Żydów. Tam z racji odrębności Quebecu i napięć między mniejszością mówiącą po francusku i większością mówiącą po angielsku jest to wręcz szkodliwe. Dlatego zrozumienie dla takich inicjatyw jak ta podjęta przez NFB/ONF jest dużo większe. Tam dostrzega się potrzebę rozszerzania niekomercyjnej sfery publicznej bo inaczej definiuje się samą wspólnotę polityczną. Może gdy w Polsce zaczniemy odchodzić od dogmatów XIX wiecznego nacjonalizmu nie będziemy narażeni na to, że bezcenne dla naszej kultury filmy dokumentalne będą pleśnieć w ciemnych i wilgotnych magazynach...

sobota, 6 grudnia 2008

Kryzys polityczny w Kanadzie, czyli Stephena Harpera rozpaczliwa walka o przetrwanie...

Media czasem potrafią wywołać stan przedzawałowy. Oglądając sobie dziś jak Pan Bóg przykazał TVP INFO nawet nie dlatego, że to politycznie poprawne ale ze zwykłego skąpstwa bo do szału mnie doprowadza myśl, że abonament płacę za nic przeczytałem na pasku sensacyjną informację: Kanada: Premier Harper zawiesił parlament. Od razu zapachniało czymś co przypomina nam mieszkańcom kraju nad Wisłą stan wojenny. Gdy uspokoiłem się trochę a krew odpłynęła z mózgu na tyle, że mogłem znów w miarę normalnie myśleć zrozumiałem, że jednak płacę za nic. Zdaję sobie sprawę, że ograniczona ilość znaków wymusza uproszczenia ale w tym przypadku trochę przesadzono. Zawieszony nie został parlament a tylko jego sesja (do końca stycznia) i nie zrobił tego premier Stephen Harper ale gubernator Michaëlle Jean. I dlaczego podano tą informację dopiero dziś skoro decyzja zapadła już 4 grudnia...
Zawieszenie sesji parlamentu w Ottawie to nie początek „rewolucji” ale kolejna odsłona kryzysu jaki trawi kanadyjski system polityczny od dawna. Gdybym miał szukać źródeł wskazałbym na rok 1982 i przyjęcie wbrew woli Quebecu Aktu Konstytucyjnego. Od tamtej pory podejmowane są co jakiś czas próby zreformowania federacji w taki sposób by ta francuskojęzyczna prowincja go zaakceptowała. Oczywiście wszystkie nieudane. W polityce skutkowało to daleko idącym przemianom na scenie politycznej. Przełomowy okazał się rok 1993, kiedy to konserwatyści zniknęli niemal z Izby Gmin a rolę Oficjalnej Opozycji JKM przejął separatystyczny Bloc Québécois. Tak długo jak prawica była rozbita rządy bez problemów sprawowała Partia Liberalna. Zjednoczenie konserwatystów w grudniu 2003 roku doprowadziło do zablokowania się systemu. Od wyborów w 2004 roku (trzy razy) nie udało się wyłonić rządu większościowego. I nic nie wskazuje na to by w najbliższej przyszłości było to możliwe. Wobec w miarę wyrównanego poparcia dla dwóch największych graczy oraz istnienia silnego regionalnie Bloku Quebeckiego Kanada zdaje się skazana na rządy mniejszościowe...
Zamieszanie w ostatnich dniach jest pokłosiem tej niestabilności. Rząd Harpera obejmując władzę po raz pierwszy dogadał się z Blokiem i tylko dzięki temu uzyskał akceptację w Izbie Gmin. Tym razem się to nie udało. Nic więc dziwnego, że premier Harper nie spieszył się z przegłosowaniem wniosku o wotum zaufania. Wychodził ze słusznego skądinąd założenia, że największy konkurent jest rozbity po wyborczej klęsce i nie będzie dążył do wyborów. Wydawało się również, że Blok w końcu jednak udzieli poparcia bo przecież może na tym tylko zyskać...
Stało się jednak coś niespodziewanego, bez precedensu w historii Kanady. Dwa ugrupowania opozycyjne Partia Liberalna i Nowa Partia Demokratyczna dogadały się między sobą co do koalicji. Uzgodniły, że chcą stworzyć rząd na 30 miesięcy a koalicja nie będzie miała tylko charakteru parlamentarnego ale również rządowy. W nowym gabinecie Liberałowie mieliby osiemnastu ministrów a NDP sześciu. Niezwłocznie zaczęły przygotowywać wspólny projekt, który byłby podstawą dla polityki wspólnego rządu. Co więcej udziałem w rządzie zainteresowani są również Zieloni, którym mimo milionowego poparcia nie udało się wprowadzić swoich przedstawicieli do Izby Gmin. Elizabeth May rozmawiała nawet o tym z liderem Liberałów. Stéphane Dion zasugerował, że mogłaby on uzyskać miejsce w Senacie co otwierałoby jej drogę do ministerialnych funkcji...
Koalicja powstała w ten sposób i tak łącznie miałaby mniej mandatów (77 + 37) niż Torysi (143). Bez poparcia separatystów (49 mandatów) nie miałaby więc szans na przegłosowania wotum zaufania dla swojego rządu. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko rozpoczęło się sondowanie Bloku. Ku zaskoczeniu premiera Harpera separatyści zgodzili się wesprzeć koalicję Liberałów i NDP. Co prawda ograniczył swoje poparcie tylko do głosowania nad wotum zaufania oraz przegłosowania budżetu i mowy tronowej w innych sprawach deklarując pełną swobodę ale sprawiło to, że koalicja uzyskała większość. Nowo powstały rząd miałby również istnieć o rok krócej niż to zakładała umowa między koalicjantami bo tylko do czerwca 2010 roku. Sytuacja jest więc niezwykła, jeden rząd mniejszościowy nie zdobywa zaufania Izby Gmin, za to pojawia się szansa na następny również nie posiadający większości. I do tego koalicyjny. Na szczeblu federalnym pierwszy od I wojny światowej, chociaż ja osobiście nie chciałbym porównywać obu przypadków. Ciekawszy już wydaje się przykład Saskatchewan gdzie po wyborach z 1999 roku została utworzona formalna koalicja między rządzącą dotąd NDP a Partią Liberalną.
Winny całemu zamieszaniu moim zdaniem jest premier Harper. Za długo zwlekał z przegłosowaniem wotum zaufania. Przełożenie głosowania 28 listopada na 8 grudnia było bezpośrednim powodem podjęcia rozmów partii opozycyjnych o koalicji. Do tego był zbyt mało elastyczny, proponowane przez niego sposoby radzenia sobie z kryzysem, który przelewa się powoli przez amerykańską granicę były bardzo kontrowersyjne dla pozostałych partii. To właśnie one były powodem dla których separatyści nie poparli rządu Torysów. Od działań zmierzających do uzyskania wotum zaufania gorsza była tylko reakcja na wieść o dogadaniu się koalicji z separatystami. Minister Finansów Jim Flaherty komentując zawartą umowę stwierdził, że to „pakt z diabłem”. Ataki na Blok przypuszczane przez konserwatystów mają bardzo ostry charakter. Premier Harper w swojej furii zarzucił koalicji, że poprzez swoje działania „zdradza najlepiej pojęte interesy państwa”. W swojej krytyce konserwatyści nie są za bardzo wiarygodni, bo to przecież oni jako pierwsi podjęli z nimi współpracę. Co więcej dziennik „Globe and Mail” dotarł do informacji, że już w roku 2000 istniały plany koalicji Canadian Alliance (protoplasta Partii Konserwatywnej) z separatystami. Na wiarygodności cierpi również premier Harper, który w 2005 roku komentując przekładanie przez Paula Martina głosowania nad wotum zaufania mówił o „gwałceniu fundamentalnych konstytucyjnych wartości leżących u podstaw naszej demokracji”.
Tak bezpardonowy atak na Blok Quebecki nie jest rzeczą mądrą. Bezpośrednim tego skutkiem już jest mobilizacja zwolenników niepodległości przed wyborami do legislatury prowincjonalnej w Quebecu, które odbędą się już w poniedziałek. Tak ostry język nie przysporzy również poparcia torysom w tej francuskojęzycznej prowincji. Trzeba pamiętać, że wybory do Izby Gmin są bardzo realnym sposobem zakończenia tego konfliktu. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nawet jeśli udałoby się konserwatystom je wygrać to ponownie nie zdobędą większości. Znów będą musieli szukać poparcia u separatystów z Bloku Quebeckiego a ci są pamiętliwi...
Dużo zależy dziś od pani gubernator Michaëlle Jean. Najprawdopodobniej da czas torysom na szybka pracę nad budżetem do końca stycznia. Potem będzie już tylko mogła albo rozpisać nowe wybory albo powierzyć misję tworzenia nowego rządu liderowi Liberałów. Coś mi mówi, że ta pierwsza możliwość jest bardziej prawdopodobna chociaż od ostatnich wyborów upłynęło niewiele czasu... Koalicja, mimo iż jest praktycznie bezsilna w tej chwili z pewnością nie dopuści do przegłosowania rządowi Stephena Harpera wotum zaufania. Nie przy tym stanie emocji... Michaëlle Jean może również zdecydować się na dopuszczenie do głosowania nad wotum zaufania dla rządu Harpera już w poniedziałek. Ale to chyba najmniej realny scenariusz, za to najbardziej chyba pożądany dla Stéphane Diona. Przeciągający się kryzys zapewne spowoduje, że konwencja Liberałów zbierze się dużo wcześniej niż w maju i wybierze nowego lidera. Wtedy to on stanie się kandydatem do objęcia funkcji premiera...
Decyzja Michaëlle Jean o zawieszeniu sesji parlamentu jest kontrowersyjna i mocno kontestowana. Nie tylko przez opozycję ale również wielu konstytucjonalistów. Podobne wątpliwości miały ostatnio miejsce za czasów gubernatora Byng'a w 1925 roku. Wtedy wbrew większości powstał gabinet Arthura Meighen'a. Przetrwał tylko do pierwszego głosowania. Wtedy jednak rządy mniejszościowe stanowiły wyraz chwilowego rozchwiania, po którym jednak wszystko wracało do normy. Dziś wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych już nie gwarantują stabilności. Wygląda na to, że kanadyjski system polityczny wymaga głębokiej reformy. Czas na reformę systemu wyborczego i rządy koalicyjne. Nie będzie to łatwe bo do przeprowadzenia zmian potrzebna jest stabilna większość...

niedziela, 7 września 2008

Stephen Harper gra o większość, czyli o tym dlaczego Kanadyjczycy zagłosują już w październiku...

Wiele na to wskazuje, że dziś dowiemy się o terminie nowych wyborów do kanadyjskiej Izby Gmin. Na dzisiejszy poranek zaplanowano spotkanie premiera Harpera z panią Gubernator Michaelle Jean, na którym zostanie ustalona ich data. Najprawdopodobniej będzie to 14 października. Tym samym swój żywot zakończy już drugi z rzędu rząd mniejszościowy. I tak przetrwał bardzo długo, chociaż nie wiem czy można to uznać za sukces premiera Harpera. W brytyjskim systemie rządów, który z pewnymi różnicami istnieje w Kanadzie rządy mniejszościowe to anomalia, którą należy jak najszybciej wyeliminować. Premier czeka tylko właściwego momentu do przeprowadzenia wyborów, które dałyby mu większość i pozwoliły na efektywne sprawowanie rządów.
Nie wiem czy to jest ten moment. Sondaże dają rządzącym konserwatystom dużą przewagę nad liberałami. Wydaje się jednak, że nie na tyle dużą by zdobyć większość... Jej uzyskanie w Kandzie chyba już na trwałe będzie trudne, separatystyczny Blok Quebecki gwarantuje za każdym razem duże emocje. Silny regionalnie skutecznie zabiega o mandaty. Teraz jednak wydaje się słaby jak nigdy dotąd, daje to powody do optymizmu konserwatystom. Od 1993 roku Blok przegrał w Quebecu tylko raz (2000 r.) co od razu przełożyło się na znaczący wzrost liczby mandatów dla zwycięskiej partii (liberałów). Teraz sondaże dają separatystom jeszcze mniej, na razie w Quebecu prowadzą konserwatyści z ponad 30% poparciem.
To dość niezwykła sytuacja, bo torysom „od zawsze” nie za dobrze wiedzie się w tej francuskojęzycznej prowincji. Wydaje się jednak, że tylko oni prezentują jakiś w miarę spójny plan rozwiązania konfliktu między Quebekiem a resztą Kanady. Co więcej poczynił już pierwsze kroki chociażby poprzez uznanie Quebecois za naród wewnątrz zjednoczonej Kanady. Teraz zapowiadają dalsze kroki. Przynosi to efekty w prowincji, która zdaje się ograniczać dążenia separatystyczne licząc jednak w zamian na zwiększanie autonomii. Na sukces torysów ma zapewne również wpływ zmęczenie quebeckiego elektoratu rządami liberałów w tej prowincji...
Pora wydaje się również dobra ze względu na słabość Partii Liberalnej. Dwucyfrowa przewaga torysów (są sondaże, które dają wygraną liberałom) może być niemożliwa do odrobienia w toku kampanii wyborczej. Tym bardziej, że nie widać nawet przesłanek dla wzrostu poparcia dla liberałów. Istotnym problemem zdaje się być przywództwo. Stéphane Dion nie zdołał się zbyt dobrze zapisać w pamięci Kanadyjczyków co pokazuje tabela. Tylko 13% uważa, że byłby on najlepszym z kandydatów na stanowisko premiera. Lepszy wynik uzyskuje nawet Jack Layton, lider socjaldemokratów... Nie najlepszy moim zdaniem jest również dobór problemów na potrzeby kampanii wyborczej. Koncentrowanie się na ekologii może przynieść efekty o tyle, że odbierze głosy dynamicznie rozwijającym się ostatnio w Kanadzie Zielonym. Nie daje to jednak gwarancji wygranej...
Największym problemem liberałów zdaje się wiarygodność. Są mało przekonywający krytykując obecność wojsk kanadyjskich w Afganistanie bo sami je tam wysłali. Podobnie jest z gospodarką, która rozwija się nieźle skutecznie unikając groźby recesji. Owszem rząd Paula Martina również radził sobie na tym polu świetnie. Co z tego jeśli z tego okresu (i wcześniejszego również) pamięta się głównie afery korupcyjne... Utrata zaufania i zniechęcenie dla liberałów widoczne jest we wzroście poparcia dla socjaldemokratów i zielonych. Inaczej niż w latach dziewięćdziesiątych teraz to lewica jest podzielona a nie prawica. Liberałowie łącznie z socjaldemokratami i zielonymi mogą bowiem liczyć według sondaży na 54% głosów. W takiej sytuacji nie ma co liczyć na nawiązanie walki z torysami. System wyborczy jest bezlitosny i sprzyja silnym ugrupowaniom...
Zapewne jest również tak, że premier Harper chce „zdążyć” przed wyborami w USA. Ewentualna wygrana Baracka Obamy w wyborach prezydenckich nie pozostałaby bez wpływu na sytuację w Kanadzie. Entuzjazm z amerykańskich mediów mógłby się przelać przez granicę i skutkować spadkiem poparcia dla torysów. Ma chyba więc rację Harper decydując się na wybory. Na razie nic nie wskazuje na to by mógł je przegrać. Nie wiadomo tylko czy zdoła zdobyć wystarczającą liczbę mandatów do tego by stworzyć rząd większościowy... Trochę więcej będzie można powiedzieć po wyborach uzupełniających, które odbędą się w trzech okręgach wyborczych 8 i 22 września.

niedziela, 22 czerwca 2008

Szkoły wstydu, czyli o tym jak Kanada przeprasza za przymusową asymilację...

Przymusowa i bardzo agresywna asymilacja ludności autochtonicznej jaką prowadził rząd kanadyjski od roku 1874 należy do najczarniejszych kart w historii tego państwa. Poddano jej 150 tys. dzieci, czego dziś jeszcze żyje 80 tys. Robienie z autochtonów Kanadyjczyków polegało na odbieraniu ich rodzicom, wysyłaniu do szkół z internatem w odległe od domu miejsca i wychowywanie na nowo w nowej kulturze i religii. Zabraniano używać swojego języka, kontaktów z rodzinami i praktykowania własnych wierzeń religijnych. W szkołach, które najczęściej miały wyznaniowy charakter poddawano je przymusowej chrystianizacji. Wiele z nich doświadczyło złego traktowania, bicie i zamykanie w karcerze było normalną metodą wychowawczą, wykorzystywano je również seksualnie. Warunki w szkołach były fatalne, często świadomie umieszczano zdrowe dzieci z chorymi przez co wiele z nich zmarło na takie choroby zakaźne jak gruźlica.
Teraz Kanada próbuje zmierzyć się z przeszłością. Podczas specjalnej uroczystości w Izbie Gmin konserwatywny premier Stephen Harper uroczyście przeprosił i zapowiedział zadośćuczynienie. Następnie w podobnym tonie wypowiedzieli się przywódcy pozostałych ugrupowań politycznych. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem w świecie. W Polsce najciekawiej opisał cały problem ks. Andrzej Draguła w Tygodniku Powszechnym. Zwrócił uwagę na podstawowy moim zdaniem fakt braku poważnej pomocy dla wspólnot autochtonicznych. Jak zauważył bez tego z 60 rdzennych języków tylko trzy mają szansę przetrwać najbliższe 50 lat. Byłoby fatalnie, gdyby teraz tak bardzo potępiana przymusowa akcja asymilacyjna zdała swój egzamin. Zainteresowanych tematem polecam również artykuły w Gazecie, Rzeczpospolitej, Wprost czy Gazecie (Dziennik Polonii w Kanadzie).
Istotną sprawą jest również to w jaki sposób mają wyglądać relacje między rządem kanadyjskim a Pierwszymi Narodami (tak bowiem określają się przedstawiciele trzech rdzennych wspólnot: Indian, Innuitów i Metysów). Królewska Komisja do Spraw Aborygenów, która działała w latach 1991-96 postulowała zasadę równości ludzi i relacji naród - naród. Przedstawiciel autochtonów nie uczestniczyli w powoływaniu do życia konfederacji kanadyjskiej w 1867 roku. Początkowo traktowano poszczególne plemiona jako strony i zawierano z nimi traktaty, potem poddano władzy federalnej i wywłaszczono z ziemi nie dając nic w zamian (oprócz szkół, za które teraz rząd przeprasza). Nadal autochtoni nie posiadają nawet swojego przedstawiciela w Izbie Gmin. Postulat komisji by utworzyć Parlament Aborygenów raczej ma małe szanse na realizację, jednak coś w tej sprawie trzeba zrobić. Szczególnie pamiętając jaki los spotkał porozumienie z Meech Lake, które przepadło w dużej mierze z powodu oporów ludności autochtonicznej... W zasadzie zadecydował o tym Indianin Elijah Harper, który w parlamencie Manitoby stwierdził, że zanim uchwali się poprawki do konstytucji należy najpierw zrealizować żądania Pierwszych Narodów (procedura polegała na głosowaniu w Izbie Gmin a następnie w 10 legislaturach prowincjonalnych w określonym czasie).
W klimacie rozgrzeszania się z przeszłością rodzi się nowa nadzieja dla autochtonów w Kanadzie. Zaczyna się wielka debata, pojawiają nowe propozycje. Tymczasem wczoraj miał miejsce National Aboriginal Day, obchodzony hucznie w całej Kanadzie. Trwa proces odzyskiwania dumy z własnej tożsamości.

czwartek, 27 marca 2008

Zmierzch francuskiego Quebecu?

Publikacji po polsku o Kanadzie jest jak na lekarstwo. Z tym większym zainteresowaniem przyjąłem informację o artykule Marka Bieńczyka w Tygodniku Powszechnym. Sam tytuł był wielce obiecujący: „Z niepewnej krainy”. Polecam go wszystkim, którym ta tematyka jest bliska. Ja sam jestem trochę rozczarowany, za dużo w tekście sentymentalizmu a za mało rzetelnej analizy. Sam główna teza też wydaje mi się mocno naciągana.

Quebec jest laboratorium nowego modelu państwa. Tu biurokracja panuje nad
zatomizowanym światem bez cienia humanizmu. Mozaika rozpadła się na monady,
które nie tworzą żadnego społeczeństwa.

Te słowa opisywać mogą właściwie sytuację w większości szybko rozwijających się państwach świata. Rozpad tradycyjnych więzi i atomizacja społeczeństwa to temat nienowy. To właśnie w Kanadzie narodziła się chyba najnowsza krytyka filozofii liberalnej, której emanacją jest Kanada. Chodzi mi oczywiście o komunitaryzm, który bez obserwacji tego co w Kanadzie się dzieje byłby nie powstał. Wcześniej nie do końca dostrzegano konflikt między liberalnymi prawami indywidualistycznymi a prawami społeczności.
Obserwowanie Quebecu z perspektywy Montrealu jest wielce mylące. To miasto zawsze było w tej prowincji bardziej niż inne w tej prowincji anglofońskie. To tu pojawili się angielscy kupcy i finansiści po klęsce wojsk francuskich na Polach Abrahama, o której tak poetycko napisał Bieńczyk. Sam sobie zresztą trochę przeczy przywołując opowieść o profesorze Francois z anglofońskiego uniwersytet McGill, którego znajomość języka angielskiego jest na tyle uboga, że nie potrafi on w nim napisać artykułu naukowego...
Ma rację Bieńczyk, że Quebec wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze pod koniec XX wieku. Szkoda, że autor nie napisał chociaż paru słów o scenie politycznej. Sytuacja separatystycznej Parti Quebecois jest w kontekście jego słów wielce wymowna. Spadek na trzecie miejsce w jakimś stopniu oznacza właśnie to o czym Bieńczyk napisał, odejście od nacjonalizmu jaki narodził się w tej prowincji pod koniec lat 60-tych. Ja osobiście nie mam zbyt wielkiego poczucia straty. Szkoda, że Bieńczyk tak często powołując się na Arcanda nie dostrzega w jego filmach ironii, zbyt dosłownie przyjmując przesłanie jego filmów. W Inwazji Barbarzyńców nie chodziło przecież o wychwalanie pokolenia roku 68 ale również o pokazanie jego klęski. Jego syn symbolizujący nowy Quebec nie jest przecież kimś jednoznacznie złym. Wręcz przeciwnie, potrafi on dużo lepiej odnajdować się w owej rzeczywistości. Dobrze byc barbarzyńcą w barbarzyńskiej epoce....
Bieńczyk popełnia zasadniczy błąd uważając, że rozpad starego oznacza pustkę. Jest zupełnie inaczej, nowy Quebec wcale nie jest w defensywie.Dzięki zręcznej polityce uzyskuje od Kanady coraz większą niezależność. Drugą siłą stała się w Quebecu Action Democratique, która już nie fetyszyzuje niepodległości ale mówi o autonomii i wie jak o nią zabiegac. Nawet PQ deklaruje, że jeśli nawet wygra następne wybory skupi się na poszerzaniu autonomii i następne referendum niepodległościowe przeprowadzi dopiero po następnych wyborach.
Również odsądzana przez niego od czci i wiary polityka wielokulturowości nie zagraża aż tak bardzo francuskości tej prowincji jak sugeruje. W Quebecu odrobiono lekcję. W reszcie Kanady wielokulturowość tak czy inaczej prowadzi do asymilacji. Ludzie po prostu w sposób naturalny wybierają kulturę (również i język, który jest jej nośnikiem) dominującą. W Quebecu mimo lansowania wielokulturowości, nawet prounijni liberałowie nie chcą zniesienia sławnego prawa 101, o którym zresztą Bieńczyk wspomina. Owszem imigranci często wybierają angielski bo on daje im większą szansę awansu, ale dość umiejętna polityka Quebecu w doborze imigrantów zaczyna przynosić efekty. Promowana jest imigracja z krajów, w których mówi się po francusku (Afryka, Antyle) lub ewentualnie hiszpańsku czy portugalsku. To sprawia, że imigranci często wybierają francuski.
Pesymizm Bieńczyka wydaje mi się bardzo mocno przesadzony. Przemiany jakie mają miejsce w Quebecu w moim przekonaniu są niezbędne do zachowania francuskiej tożsamości tej prowincji. Wbrew jego intuicji coraz więcej mieszkańców czuje się Quebecois. Spadek poparcia dla separatyzmu w jakimś stopniu świadczy o normalności. Aspiracje narodowe są na razie zaspokajane i po prostu nie ma sensu decydować się na mocno niepewną niepodległość. Tym bardziej, że przykład Unii Europejskiej dobitnie pokazuje, że by liczyć się na świecie trzeba się raczej jednoczyć w większą całość niż dzielić.
Wolność jednostki naprawdę nie musi miec destrukcyjnego wpływu na społeczność. Może to trudne do zrozumienia ale zachowanie przez imigranta w pewnym zakresie kultury z kraju pochodzenia nie musi oznaczać w przypadku Quebecu rozpadu. Mozaika wbrew pesymizmowi Bieńczyka zawsze stanowi całość i to różnorodność w dużej mierze decyduje o jej pięknie i bogactwie.

wtorek, 4 marca 2008

Kanada dyskutuje o Kosowie...

No i stało się. Tak jak się można było spodziewać uznanie niepodległości Kosowa może stać się źródłem wielu problemów. Szczególnie dotyczy to państw niejednorodnych etnicznie, w których występują silniejsze bądź słabsze tendencje separatystyczne. Zaskakują mnie więc takie państwa jak chociażby Wielka Brytania, która tak łatwo decyduje się na uznanie prowincji, która przecież ogłasza niepodległość na podstawie jednostronnej decyzji. Oczywiście sytuacja Szkocji jest nieco inna niż Kosowa i trudno mi sobie wyobrazić jednostronną decyzję władz w Edynburgu. Niemniej jednak otwierają się całkiem nowe możliwości przed ruchami separatystycznymi...
W Kanadzie przed uznaniem Kosowa ostrzegał były premier Jean Chretien. Powoli staje się oczywiste, że precedens Kosowa może być wykorzystywany przez quebeckich separatystów. Po początkowej umiarkowanej akceptacji dla niepodległości Kosowa chyba powoli zaczyna przychodzić otrzeźwienie i rodzą się wątpliwości. Na razie wygląda na to, że rząd w Ottawie się jeszcze nie zdecydował. Jeśli uzna Kosowo to jeszcze nie raz będzie przeklinał tą decyzję...
Z innych kanadyjskich spraw należałoby wspomnieć o wyborach w Albercie. Nie mogę powstrzymać się i nie napisać, że kanadyjska (ale nie tylko) polityka zaczyna przechyla się coraz bardziej na prawo. Może poza Stanami, ale tam przecież wynik wyborów wcale jeszcze nie jest przesądzony i wcale republikanie nie są już przegrani. W Albercie wygrał Ed Stelmach i jego konserwatyści (w całej Kanadzie też są bliscy większości jak wskazują sondaże) i jest to już jedenaste zwycięstwo tej formacji z rzędu w tej prowincji ropą płynącej. O tym dlaczego tak się stało można przeczytać tutaj...
I na koniec krótki raport, który mile łechce kanadyjską dumę. Miło jest pewnie przeczytać, że aż 91% Amerykanów uważa, że w Kanadzie są lepsze warunki do życia niż w Stanach. Czyli jest niemal tak samo dobrze jak w Polsce.

czwartek, 8 listopada 2007

Najnowsze wieści z Kanady...

O tym, że Quebec nie jest tylko jedną z kanadyjskich prowincji nie muszę przekonywać. To co się tam dzieje, jest o wiele ważniejsze od tego co ma miejsce w innych prowincjach. W ostatnich dniach pojawiła się groźba przedterminowych wyborów. Z inicjatywą wotum nieufności wobec mniejszościowego rządu tworzonego przez miejscowych liberałów wystąpił lider ADQ Mario Dumont. By jednak cała inicjatywa mogła mieć szansę na powodzenie konieczne było współdziałanie z separatystyczną PQ. Ta jednak ma nieco inne cele. Na razie nowa lider PQ Pauline Marois pracuje ciężko nad przebudową partii i odzyskaniem przez nią dawnego poparcia. Nic więc dziwnego, że odmówiła...
Za to w innej sprawie doszło do zgodnej współpracy nie tylko między ADQ i PQ ale również Partią Liberalną. Otóż przedstawiciele tych trzech partii wydali wspólne oświadczenie w sprawie ewentualnej reformy Senatu. Zgodnie stwierdzili, że “żadne zmiany dotyczące kanadyjskiego Senatu nie mogą być przeprowadzone bez zgody rządu w Quebecu i Zgromadzenia Narodowego”. Jest to odpowiedź na zapowiedź premiera Stephena Harpera przeprowadzenia referendum w sprawie reformy Senatu. Tak jak przewidywałem na tym blogu w nie tak odległej przeszłości przekonanie Quebecu do nawet niewielkich zmian będzie bardzo trudne. Jeszcze gorszy wydaje się pomysł referendum. Może bowiem dojść do powtórki z Aktem konstytucyjnym z 1982 roku, który obowiązuje w całej Kanadzie ale nie w Quebecu. W tej sytuacji może być jednak jeszcze trudniej bo bojkotowanie nowej izby wyższej przez jedną z prowincji może doprowadzić do konstytucyjnego paraliżu. A w konsekwencji nawet do wzrostu tendencji separatystycznych i ponownego referendum niepodległościowego w tej francuskojęzycznej prowincji...
Tymczasem na zachodzie w prowincji Saskatchewan odbyły się wybory, w których wygrała Saskatchewan Party(SP). Przegrała dotąd rządząca NDP ale również Partia Liberalna, która nie uzyskała ani jednego mandatu. Żal jest tym większy, że liderem liberałów jest David Karwacki. Mogłoby być ciekawie, gdyby w Albercie rządził Ed Stelmach a tuż za miedzą Karwacki... Moje niedopieszczona narodowa duma byłaby większa niż po kolejnym zwycięstwie Małysza.
SP jest partią centroprawicową, powstałą w 1997 roku ze zjednoczenia torysów i części liberałów (wigów). Tym samym tylko w Saskatchewan doszło do wytworzenia się systemu partyjnego podobnego do tego w Wielkiej Brytanii. Jest to pierwsze wyborcze zwycięstwo tej partii, co więcej po raz pierwszy od 16 lat premier tej Saskatchewan nie będzie socjaldemokratą. Rząd stworzy lider SP Brad Wall. Tak czy inaczej jest to wydarzenie przełomowe dla tej prowincji.

niedziela, 28 października 2007

Polacy w Kanadzie również głosowali...

Opadają powoli emocje po wyborach. Można spokojnie przeanalizować jak głosowali Polacy. Niestety na razie na stronach PKW nie ma wizualizacji wyników w poszczególnych powiatach czy wręcz gminach. Są protokoły aż tak bardzo zdeterminowany nie jestem... Może jeszcze się coś takiego pojawi tak jak w roku 2005.
Niestety próżno również szukać wyników z obwodów zagranicznych. W prasie były informacje co do wyników w Stanach Zjednoczonych czy niektórych państwach europejskich. Jak zwykle zabrakło informacji o Kanadzie. Nie wiem jak można tak ignorować państwo, w którym swoje polskie pochodzenie deklarowało w 2001 roku ponad 817 tys. osób. Oczywiście związki z krajem z czasem się rozluźniają. Młodsze pokolenie przyznaje się do polskości ale najczęściej już nie mówi po polsku...
W Kanadzie utworzono pięć komisji obwodowych. Jedną w ambasadzie w Ottawie, dwie w konsulatach w Toronto i Vancouver oraz dwie w konsulatach honorowych w Edmonton i Calgary. Nie bawiąc się w subtelności w tych 5 obwodach oddano 4 714 ważnych głosów. Najwięcej oczywiście w Toronto (3298), potem w Vancouver (481), Ottawie (415), Edmonton (368) i Calgary (252). Wszędzie zdecydowanie wygrywał PiS. Najmniejsze poparcie uzyskał w Vancouver ale i tak zagłosowało tam na tą partię prawie 50% wyborców. Nie będę przedstawiał wyników w każdym obwodzie, zainteresowani mogą kliknąć na linki powyżej. Przedstawię tylko zbiorcze zestawienie:
  • PiS – 69,28%, PO – 24,12%, LiD – 3,10%, LPR – 2,02%, PSL – 0,55%, Partia Kobiet – 0,38%, PPP – 0,36%, Samoobrona – 0,19%.
Zasadniczo taki wynik wyborów nie budzi zdziwienia. Mamy do czynienia z wynikiem analogicznym do tego w Stanach Zjednoczonych. Stara emigracja, której patriotyzm jest tym większy im związek z krajem staje się słabszy zawsze głosuje na patriotyczną prawicę. Wcześniej przegrywało tam SLD teraz PO. Przez ocean PO wydaje się podejrzana bo nie dość patriotyczna. Nie pomogło również nie zauważone poparcie Lecha Wałęsy. Polonia kanadyjska nie bawi się w subtelności tylko głosuje na głównych graczy. W tych wyborach był to PiS i PO. Pozostałe partie zdobyły wynik czysto symboliczny. Gdyby nie “stare sldowskie złogi” w naszych placówkach dyplomatycznych pewnie LiD nie dostałby nawet 3%.
Zawsze jak patrzę na wyniki wyborów w obwodach zagranicznych zastanawiam się czy ich istnienie jest zasadne. Wliczanie głosów z zagranicy do obwodu warszawskiego (w którym mieszkam) wydaje mi się niesprawiedliwe. Oczywiście tych 4 714 głosów nie ma prawie wpływu na wynik końcowy ale i tak pytanie wydaje się zasadne. Niektórzy postulują odebranie prawa do głosowania Polakom, którzy mieszkają za granicą i tam płacą podatki. Zresztą wielu nie tylko mieszkających za wielką wodą Polaków odmawia sobie tego prawa. Moim zdaniem niesłusznie. Utrzymywanie związków z polonią może przynieść Polsce wiele wymiernych korzyści. Udział w wyborach umacnia związki polonii z krajem. Tylko dlaczego kosztem Warszawy? Dlaczego nie przeznaczyć jednego miejsca w Sejmie (ewentualnie paru miejsc w Senacie) dla polonii. Byłoby to dużo bardziej czytelne. Co więcej stwarzałoby szansę na rzeczywisty wybór przez polonię swojego przedstawiciela. Oczywiście za granicą nie głosują tylko osoby zamieszkałe za granicą. Sam głosowałem w wyborach do PE w Londynie. Ci niech sobie dalej głosują na listę warszawską...

środa, 12 września 2007

O tym czy Senat powinien zostać zniesiony

Bez wątpienia z oddali pewne rzeczy widać wyraźniej. Co więcej łatwiej wydawać wtedy bardziej zdecydowane sądy, bo “domowe piekiełko” jest daleko a ludzie wokół są mili jak to dla gościa. Dowodem jest chociażby ostatni wywiad prezydenta Kwaśniewskiego. Cieszę się, że nasz premier ma awersję do wyjeżdżania z tego najpiękniejszego kraju na Ziemi bo a nóż wpadłby na to by zlikwidować parlament i zachować tylko wybory prezydenckie. Patrząc na dzisiejszy stan społecznej świadomości większość mogłaby być za...
Na podobny pomysł wpadł premier Stephen Harper podczas swojej wizyty w Australii. Oczywiście nie chce on znieść całego parlamentu ale tylko zlikwidować jedną z jego izb, która nie czerpie swojej legitymizacji z wyborów (Senatu). Tak czy inaczej słowa Harpera to istna rewolucja, wcześniej jeszcze nikt z poważnych kanadyjskich polityków nie powiedział tego głośno. Istnienie Senatu w obecnym kształcie jest krytykowane niemal od jego powstania. Niemal każde wybory przynoszą debatę nad zniesieniem wyborów większościowych w jednomandatowych okręgach wyborczych i debatę nad reformą Senatu. Premier Harper zmęczony jest już chyba trochę oporem tej izby przed zmianami. Dlatego wypalił, że albo podda się ona reformie albo zniknie. Miejsce na wygłoszenie takiego kategorycznego sądu jest idealne bo Australia już dawno zreformowała swoją izbę wyższą. Przekaz jest więc jasny, skoro udało się im to dlaczego nie nam...
Trzeba przyznać, że opór przed reformą Senatu jest trochę niezrozumiały, szczególnie w kontekście reformy brytyjskiej Izby Lordów. Całkowicie niedemokratyczny sposób jej wyłaniania jest anachronizmem i nie pozwala skutecznie wypełniać jej funkcji. Wydaje się jednak, że zniesienie Senatu w państwie federalnym jakim jest Kanada to mówiąc oględnie kiepski pomysł. Dlatego sądzę, że Harper chce tylko wymusić reformę i jego zamiarem nie jest znoszenie Senatu. Jeśli jednak ten blef nie wypali to wszystko może się stać...
Premier jednak moim zdaniem zabiera się do problemu od niewłaściwej strony. Trwanie takiego archaicznego tworu jakim jest Senat nie byłoby możliwe, gdyby nie kryzys kanadyjskiego federalizmu. Bez jego rozwiązania trudno o jakiekolwiek zmiany. Na razie jednak nie są podejmowane próby dogadania się z Quebeckiem a wiadomo, że ta prowincja nie zgodzi się na przyjęcie lansowanego przez konserwatystów modelu amerykańskiego. Dzisiejsza formuła dzieląca kraj na cztery regiony jest niezrozumiała i trudna do obrony. Brak jest realnych propozycji zmian, które mogłyby być podstawą do negocjacji między prowincjami. A nie ma wątpliwości, że potrzebna jest sprawna izba federalna. Na razie trochę jej kompetencje wypełnia Rada Federacji, w której zasiadają przedstawiciele prowincjonalnych egzekutyw ale ma ona na razie na wpół oficjalny charakter. Zmiany są więc konieczne, ale muszą mieć one kompleksowy charakter. Po klęsce porozumień z Meech Lake i Charlottetown nikt jednak nie ma ochoty na podjęcie się tak trudnego zadania. Dlatego ja odbieram słowa premiera Harpera trochę jako wyraz bezsilności...
Niemniej jest jednak szansa na to, że pewne zmiany wprowadzić się jednak uda. Założenia częściowej reformy Senatu polegające na wprowadzeniu jej kadencyjności i wybieralności nie naruszają zasadniczo status quo i nie powinny budzić zbyt dużych emocji. Tym bardziej, że w niektórych prowincjach eksperymentowano już z wyborami kandydatów do Senatu, chociaż formalnie po wyborach zostawali oni do tej izby dopiero mianowani... Tak ograniczone zmiany jednak nie zmienią zasadniczo sytuacji, chociaż może na razie dobre i to. Wzmocni to trochę pozycję Senatu ale chyba nie na tyle by mogła ona zacząć skutecznie wypełniać rolę izby federalnej.

sobota, 18 sierpnia 2007

Nunavut? - Nie Nunavik!!!

Muszę przyznać, że w pewien sposób podziwiam anglosasów. Potrafią rozwiązywać sprawy nie nie troszcząc się o pryncypia. Dzięki swojemu pragmatyzmowi przeprowadzane zmiany może trwają dłużej ale nie mają rewolucyjnego charakteru. Ale przez to są przeprowadzane mniej boleśnie. Jedną z takich "wielkich spraw" jest w Kanadzie samorząd dla ludności autochtonicznej. Póki co brak sensownych propozycji na kompleksowe rozwiązanie tej kwestii. Rząd jednak nie ogranicza się do wskazania niemożliwości działania ale stara się wychodzić na przeciw oczekiwaniom organizacji autochtonicznych.
Pierwszą taką inicjatywą na dużą skalę było wydzielenie z Terytoriów Północno Zachodnich Nunavutu. Teraz nowe ziemie zostaną przekazane Innuitom we władanie. Tym razem sprawa jest jednak bardziej skomplikowana bo cała operacja dotyczy nie zarządzanego przez Ottawę terytorium ale części prowincji i to nie byle jakiej bo Quebecu. Nunavik obejmie aż jej 1/3 powierzchni. Będzie podlegał jej władzom ale jednocześnie cieszył się dość daleko posuniętą autonomią. To w gestii władz Nunavik będzie szkolnictwo, podatki, służba zdrowia i lotniska. Co więcej 21-osobowe Zgromadzenie będzie mogło uchwalać własne prawo...
Na olbrzymim terytorium Nunavik żyje tylko 11 tys. Innuitów mieszkających w 14 osadach (nie śmiem określić ich miastami). Eksperyment z autonomią powinien się jednak udać zważywszy na olbrzymie bogactwa naturalne jakie się tam znajdują. Oficjalne powstanie Nunavik jest planowane na rok 2009. Pomysł na wydzielenie części terytorium Quebecu nie wszystkim się podoba. Może mieć to bowiem pewne znaczenie przy ewentualnym referendum niepodległościowym. Innuici raczej zagłosowaliby przeciw co mogłoby być pretekstem do odłączenia terytorium autonomii od Quebecu...

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Ignatieff o polityce

Oglądając naszych polityków nie mogę pozbyć się wrażenia, że nasza demokracja cierpi na brak dobrej rekrutacji elit. Politycy, bo o nich chodzi, niczym nie różnią się od tych, którzy na nich głosują. Partie polityczne niestety nie potrafią wypełnić jednej ze swoich podstawowych funkcji jaką jest dobór odpowiednich ludzi na odpowiednie stanowiska. Dochodzi po prostu do podziału łupów. Nic dziwnego, że nasza klasa polityczna jest tak źle oceniana, nie tylko przez społeczeństwo ale co mnie bardziej interesuje przez intelektualistów. Życie w “demokracji zhunizowanej” jest bowiem szczególnie przykre dla tych, którzy są świadomi czym jest polityka w tym kraju.
W życiu publicznym język jest bronią na wojnie używaną z całkowitym brakiem wzajemnego zaufania. Liczy się tylko to, co mówisz, a nie, co myślisz. Polityka to świat obłąkanej dosłowności.
Wrażenie to nasiliło się we mnie po przeczytaniu tekstu Michaela Ignatieff'a w weekendowej GW (11-12.08.07). Niestety nie jest on dostępny w wersji elektronicznej (jest to przedruk z New York Times'a), więc mogę tylko zachęcić do sięgnięcia po papierowe wydanie lub odesłać do tekstu bez tłumaczenia na Globeandmail. Znawcy spraw kanadyjskich doskonale wiedzą kim jest Ignatieff, pozostałym śpieszę wyjaśnić, że był on kandydatem na lidera Partii Liberalnej. Ostatecznie przegrał wyścig mimo, że wydawał się prowadzić we wszystkich rankingach. Nie jest łatwe życie faworyta...
Roztropni przywódcy zmuszają się do wysłuchania w równej mierze zwolenników, jak i przeciwników działania, które planują. Nie zakładają, że dobre intencje zapewniają im równie dobre skutki. Nie zakładają, że wiedzą wszystko, co powinni wiedzieć. Jeśli władza degeneruje, degeneruje ów szósty zmysł samoograniczenia, z którego bierze się rozwaga.
Tekst Ignatieff'a polecam wszystkim zarówno tym, którzy na politykę patrzą z pozycji badacza jak i uczestnika. Zawarte w nim rozważania mimo, że dotyczą kwestii raczej amerykańskich i kanadyjskich mają uniwersalny charakter. Sporo w nim refleksji na temat współczesnej polityki. Są one tym bardziej ciekawe, że Ignatieff jest nie tylko niespełnionym jak na razie politykiem ale również intelektualistą, politologiem zajmującym się historią idei o utrwalonej pozycji w świecie akademickim. Myślę, że właśnie z tych powodów tekst jest szczególnie autentyczny i wart polecenia. Międzyczasie wyobrażam sobie Andrzeja Leppera opowiadającego ze swadą o różnicach w podejściu do polityki między Machiavellim a Constantem. Przekomiczne...

piątek, 3 sierpnia 2007

Amerykanie też imigrują...

Sympatyków LPR uspokajam, Amerykanie na cel swojej imigracji nie wybierają Polski. Nie grozi nam więc zalew wszelkiego lewactwa, niezadowolonego z “najlepszego od 16 lat” prezydenta Busha. Jak pokazują badania przeprowadzone przez ACS wśród imigrujących najwięcej jest osób dobrze wykształconych, którzy za granicą mają po prostu nieco lepsze widoki na karierę. Po raz drugi uspokajam tym razem nieco szerzej zwolenników istniejącej koalicji (najlepszej od 16 lat) nie grozi mam najazd butnych i aroganckich wykształciuchów, którzy zawsze wszystko wiedzą najlepiej. Badania dotyczą tylko imigracji Amerykanów do Kanady. Kto by pomyślał, że z raju też można chcieć wyjechać.
Kanadyjczycy się cieszą bo do ich kraju przyjechało w 2006 roku 10 942 osób zza ich południowej granicy. Najwięcej do Ontario a potem Kolumbii Brytyjskiej i Quebecu. To wynik całkiem niezły, zważywszy, że w porównaniu z rokiem 2002 liczba Amerykanów przyjeżdżających do Kanady wzrosła dwukrotnie. Na nas pewnie nie robi to wrażenia ale czego można się spodziewać po kraju z którego wyjeżdża rocznie pewnie z pół miliona obywateli... Radość wśród Kanadyjczyków jest tym większa, że większość z nich jest doskonale wykształcona. Mają więc Kanadyjczycy odrobinę satysfakcji bo przez lata to USA “wykradało” im najlepiej wykształconych obywateli. Zresztą nie tylko, kto śledzi chociażby rynek muzyczny czy filmowy ten pewnie zauważył mnogość Kanadyjczyków, którzy dla swojej kariery musieli ruszyć na południe. Zważywszy, że Kanada to kraj o olbrzymim terytorium i stosunkowo małej liczbie ludności (32 852 849 – stan na kwiecień 2007) imigracja do Stanów zawsze była dla tego państwa istotnym problemem. Już w XIX wieku liczne rzesze imigrantów przyjeżdżały do brytyjskiej Kanady tylko po to by ruszyć dalej na południe. A przecież wciąż istnieją w tym kraju miejsca aż się proszące o zaludnienie, szczególnie w prowincjach preryjnych. Temu zresztą służy dość skomplikowana polityka imigracyjna jaką prowadzi Kanada, polegająca np. na uzależnianiu przyjęcia imigranta od zamieszkania na “wsi” i uprawie niemal podarowanej przez rząd ziemi.
Radość Kanadyjczyków jednak nie jest do końca uzasadniona. Nadal więcej osób wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych niż stamtąd przyjeżdża. W 2006 roku ubytek netto to 12 971 osób. Nieco mniej niż w roku poprzednim ale nadal przecież to liczba większa od liczby imigrujących ze Stanów. Nie podam więcej danych statystycznych, bo jak sugerują niektórzy robię to za często. Zainteresowani nich po prostu wejdą na strony ACS i przeczytają sobie raport. A swoją drogą szkoda, że nie ma w nim za dużo o przyczynach takich zachowań. Sam byłbym ciekawy na ile decydują o tym czynniki ekonomiczne a na ile polityczne. Dla Amerykanów, którym się wydaje, że nie istnieje nic poza USA nawet wyjazd na stałe do nieodległej Kanady musi być sporym wyzwaniem...

czwartek, 19 lipca 2007

Niesatysfakcjonująca równowaga

Opublikowane przez Globeandmail wyniki sondażu w jakimś stopniu potwierdzają wnioski zawarte w moim poprzednim wpisie o sytuacji politycznej w Kanadzie. Żadna z dwóch dużych partii nie jest w stanie oderwać się od przeciwnika w tym nieustającym wyścigu o władzę. Zarówno liberałowie jak i konserwatyści cieszą się według sondażu 31% poparciem wyborców. Oczywiście nie jest to takie proste, bo w przypadku Kanady ważna jest również geografia poparcia. System większości względnej w jednomandatowych okręgach wyborczych nierzadko potrafi znacznie wypaczyć wyniki wyborów. Ale o tym pisywałem już wielokrotnie...


Patrząc na wyniki badań zaskakujące wydają się wyniki poparcia dla poszczególnych partii politycznych w zestawieniu z płcią. Otóż aż o 10% kobiet więcej chce głosować na liberałów. Analogicznie wygląda sytuacja w przypadku mężczyzn i Partii Konserwatywnej... Autor artykułu wskazuje na różnicę w poparciu dla obecności wojsk kanadyjskich w Afganistanie. Tylko 27% Kanadyjek popiera ją co przy 46% Kanadyjczyków jest znaczącą różnicą. Chyba jednak nie tylko to jest powodem. Spadek poparcia dla konserwatystów wśród kobiet jest widoczny już od dłuższego czasu. Rok temu było ono większe o 5%. Właściwie od zawsze więcej kobiet głosowało na liberałów niż konserwatystów.
Powody takiego postępowania są więc pewnie głębsze niż stosunek do obecności wojsk kanadyjskich w Afganistanie. Co ciekawe znacznie spadło również poparcie wśród Kanadyjczyków mówiących po francusku. Ta część społeczeństwa również zawsze sprzyjała liberałom. Teraz konserwatystów popiera tylko 17% frankofonów co przy 25% rok temu poważnie osłabia ich pozycję. Liberałowie prowadzą również w Ontario co również powoduje, że gdyby wybory odbyły się teraz to w nich należałoby upatrywać zwycięzców. Oczywiście na rząd większościowy nie ma szans żadna z partii. Trwa więc niesatysfakcjonująca żadnej ze stron równowaga. Wypada więc chyba powtórzyć, że o ile coś się nie zmieni to raczej nie ma co liczyć na wybory w tym roku.

niedziela, 15 lipca 2007

Przedterminowe wybory... w Kanadzie.

Niepokojąco zacząłem zaniedbywać na blogu sprawy kanadyjskie. Może dlatego, że za wielką wodą okres wakacyjny i niewiele ciekawego się tam dzieje. Niemniej obiecuję bardziej się przykładać i nieco uważniej przeszukiwać tamtejszą prasę.
Dziś może wrócę do już nie najnowszego ale właśnie z powodu wakacji nadal bardzo aktualnego artykułu w The Economist. Dotyczy on głównie sytuacji na kanadyjskiej scenie politycznej. Obraz jaki się z niego wyłania nie pozwala na zbyt wiele optymizmu co zresztą obrazuje zabawny rysunek. Widnieją na nim dwa bolidy formuły 1. Pierwszy pędzi niebieski (tradycyjny kolor konserwatystów) z Stephen'em Harper'em za kierownicą. Za nim czerwony (liberałowie) właśnie złapał awarię. Kierowca jest niewyraźny co pokrywa się z odczuciami Kanadyjczyków względem Stephane Dion'a. Harper jest uśmiechnięty ale nie zauważył, że jego bolid zaczyna płonąć...
Właściwie powinienem zamieścić rysunek na blogu ale nie wiem czy nie złamię prawa więc nic z tego:). Zupełnie na marginesie chciałem zauważyć, że inspiracją dla karykaturzysty był Andrzej Kubica bo artykuł ukazał się tuż po jego fatalnym wypadku na torze w Toronto. Zanim duma wypełni me serce do reszty (odcinając tlen) pokuszę się o parę słów komentarza. Ma chyba rację autor artykułu, że dwie największe partie polityczne przeżywają spory kryzys. Może wydawać się to dziwne, bo sytuacja ekonomiczna w Kanadzie jest bardzo dobra. Bezrobocie niemal nie istnieje. Wyborcy jednak nie są za to zbyt wdzięczni rządzącym konserwatystom. Zdają sobie pewnie sprawę, że sporą zasługę mają w tym rządy liberałów a szczególnie Paul Martin...
Opozycja również nie ma łatwego życia. Ostrze krytyki skupia się na wojskach kanadyjskich w Afganistanie. Tyle tylko, że to właśnie liberałowie je tam wysłali więc teraz w swojej krytyce są raczej mało wiarygodni. Do tego Dion nadal jest postacią niemal anonimową poza rodzimym Quebeckiem.
W sporym kryzysie są też mniejsze partie. Bloc Quebecois stracił mocno poprzez niezdecydowanie swojego lidera Gilles'a Duceppe, który najpierw zdecydował się walczyć o przywództwo w Parti Quebecois a potem się z tego wycofał...
Również NDP, która całkiem dzielnie sobie poczynała po aferach korupcyjnych, które odsunęły liberałów od władzy. Teraz cierpi z powodu pojawienia się nowego i bardzo dynamicznego przeciwnika jakim są Zieloni. Zdawało się, że już po ostatnich wyborach ekolodzy będą mieli swojego przedstawiciela w Izbie Gmin. W sondażach uzyskiwali już wtedy spore poparcie. Teraz może zdołają uzyskać reprezentację w parlamencie federalnym...
Sytuacja na scenie politycznej w Kanadzie przypomina mi trochę tą w Polsce. Tam jednak w przeciwieństwie do Polski "muszą" odbyć się przedterminowe wybory. Jeszcze nigdy rząd mniejszościowy nie przetrwał całej kadencji. Jednak podobnie jak i u nas żadna z partii politycznych do wyborów nie jest jeszcze gotowa. Trudno przewidzieć rozwój sytuacji i wskazać ewentualnego kandydata do zwycięstwa. Jeśli miałbym wróżyć z fusów to co najwyżej pokusiłbym się o stwierdzenie, że na wybory w tym roku się nie zanosi...

środa, 27 czerwca 2007

Pauline Marois przejmuje ster...

W Quebecu separatyści z Parti Quebecois (PQ) są w odwrocie od czasu przegranych wyborów z marca bieżącego roku. Poświęciłem im już wpis więc przypomnę tylko, że PQ zamiast je wygrać straciła status oficjalnej opozycji JKM na rzecz Action Democratique du Quebec (ADQ). Tak jak przewidywałem wtedy z funkcji lidera musiał ustąpić Andre Boisclair. Do wtorku tymczasowo funkcję tą pełnił François Gendron. Środowe wybory nie dostarczyły aż takich emocji tak jak chociażby to miało miejsce w przypadku wyboru lidera Partii Liberalnej. Pauline Marois była jedyną kandydatką więc jej wybór nie może budzić zdziwienia. Odrobinę niepewności wprowadzały tylko pogłoski o możliwym starcie w wyborach lidera Bloc Québécois Gilles'a Duceppe.

Muszę przyznać, że pani Pauline Marois jest osobą bardzo konsekwentną. W wyborach na lidera PQ brała udział po raz trzeci. Poprzednio w 1985 i 2005 roku nie odniosła sukcesu. Teraz stała się pierwszą kobietą jaka stanęła na czele PQ. Przed nią bardzo trudne zadanie. Musi odbudować pozycję partii w Quebecu. Pierwszym krokiem do tego jest zapowiedź odłożenia w czasie referendum niepodległościowego (Andre Boisclair zapowiadał, że rozpocznie przygotowania do niego dzień po wygranych wyborach). Mieszkańcy tej francuskojęzycznej prowincji zdają się mieć już dość separatystycznej retoryki i dlatego zagłosowali w ostatnich wyborach na domagającą się tylko większej autonomii w ramach "zjednoczonej Kanady" ADQ. Zamiast skupiać się na referendum Pauline Marois chce by PQ bardziej żywo zainteresowała się gospodarką...