Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prywatnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 września 2011

O spadaniu, śmierci i zespołowym oszustwie...

Byłem dziś na siłowni! Odkrywałem to miejsce krok po kroku, ostrożnie nie chcąc stracić niczego z jego egzotyki. I czułbym się wspaniale, gdybym wcześniej nie zajrzał do książki Svena Lindqvista „Wytępić całe to bydło”. Natknąłem się na fragment o nieprzygotowaniu do śmierci i zawładnął on moimi myślami. Siłownia chyba jest dziś ostatnim miejscem, gdzie wypada sobie pozwolić na taką chwilę słabości. Gdyby przy wejściach ustawione były skanery myśli pewnie nie zostałbym nawet wpuszczony... W świątyni nieśmiertelnych ciał nawet najmniejsze napomknięcie o śmierci jest równie nie na miejscu, jak pochwalenie Lucyfera przed ołtarzem Bazyliki Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu. Tak mi się przynajmniej wydaje...

Lindqvist wspominając swoje młode lata napisał o śmierci jako czymś zmuszającym nas do robienia rzeczy istotnych. Tak wtedy myślał, co więcej, uważał, że krótkie życie „chroni przed chaosem i powierzchownością naszej egzystencji”. Tego typu herezje niestety zapanowały nad światem i czynią spustoszenie w inteligenckich głowach. Pozostała zdrowa część społeczeństwa wykupuje karnet na siłownię i tematem śmierci się nie zajmuje. No chyba, że trzeba iść na pogrzeb jakiegoś zapomnianego krewnego... Cała ta konsumpcja pogrzebowych wspaniałości niestety kosztuje niemało.


Lindqvist zmienił zdanie. Chyba? Nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Ubolewa tylko nad brakami w swojej edukacji, mimo jej staranności nigdy nie nauczył się umierać... Wyobrażam sobie, że w chwili gdy człowiek czuje zbliżający się koniec taka wiedza mogłaby pomóc w zachowaniu spokoju i uczynić umieranie czymś znacznie bardziej profesjonalnym. Zapewne dlatego w chwili słabości wraca do wykładu profesora Tonnessena, w którym uczestniczył w czasach swojej młodości. Przywołuje jego słowa:

Urodzić się, to jak skok ze szczytu wieżowca
Życie jest nieprzerwanym biegiem ku śmierci...

Wszystko co tworzy człowiek, jest jego zdaniem wielkim oszustwem, próbą ucieczki od myśli o nieuchronności śmierci. Blogowanie nie jest wyjątkiem. Cały czas spadamy i nie jest nawet ważne ile czasu nam pozostało... Lindqvist jak na obdarzonego zdrowym rozsądkiem Skandynawa przystało, pyta profesora Tonnessena o płynący z jego metafory wniosek. Oczywiście jest on dla niego w tamtym momencie absolutnie nie do przyjęcia. Śmierć zdaniem profesora czyni każde nasze działanie bezsensownym, nie warto robić niczego... Dopiero gdzieś na Saharze, w środku burzy piaskowej, kiedy śmierć staje się czymś realnym Lindqvist czuje owo spadanie.

Hmmm, jakie wnioski płyną z tego co napisałem? Nie wiem. Czy to ważne? Cóż innego może powiedzieć wyznawca - choć mocno nieortodoksyjny - filozofii bierności. Lindqvist nawet nie podaje imienia profesora Tonnessena, zapewne go nie pamięta. Nie zaskakuje mnie to, świat w swoim zapomnieniu poszedł zapewne jeszcze dalej. Niech każdy zajmie się własnym spadaniem.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Ana Moura w Warszawie, czyli o festiwalu Skrzyżowanie Kultur raz jeszcze...

Smęciłem ostatnio co niemiara, dziś więc dla odmiany będzie radośnie i optymistycznie. Nie może być inaczej ponieważ do Warszawy zjeżdża sama Ana Moura! To jedna z moich ulubionych wokalistek, nie tylko dlatego, że w dużej mierze to dzięki niej zapoznawałem się z fado jako takim. Oczywiście ten sentyment jest szalenie istotny ale nie na wiele by się on zdał gdyby nie jej fantastyczny głos. Teraz będę miał po raz pierwszy okazję posłuchać Anę Mourę na żywo. Tworzona przez nią muzyka, zresztą jak i całe fado ma bardzo emocjonalny charakter. Słuchając jej płyt można wniknąć w głąb siebie i poczuć emocje, których istnienia człowiek się nawet u siebie nie spodziewał. Na koncercie będzie można zobaczyć piękną kobietę emanującą wręcz własnymi emocjami, która co więcej bez problemu zaraża nimi innych. To tylko może jeszcze pogłębić odbiór jej muzyki oraz dać szansę na zupełnie nowe doznania...
Dlatego wszystkich zachęcam do przyjścia na koncert. Cena biletu jest mniej więcej taka jak tego do kina (raczej mniej) a to co w zamian dużo bardziej niezwykłe i rzadkie. Sam koncert odbędzie się za dwa tygodnie (14 września 2009), tuż przy Pałacu Kultury i Nauki. Bilety chyba jeszcze są, już co prawda nie online (sami sprawdźcie) ale w kasie Estrady przy Marszałkowskiej. Dodatkowym atutem będzie koncert Marcio Faraco, którego muzyki niestety nie znam zbyt dobrze. Po pobieżnym zapoznaniu się z nią mam jednak wielką ochotę na więcej. Wracając do Any Moury, warto jeszcze wspomnieć o jej pracy nad nowym albumem. Nie wiem czy to w jakiś sposób znajdzie swój wyraz na koncercie ale warto mieć nadzieję.
Skupiam się na jednym koncercie, który ma się odbyć jednego konkretnego dnia. Warto jednak dodać w tym miejscu, że odbędzie się on w ramach festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Trwać on będzie przez cały tydzień począwszy od 13 września (w Sali Kongresowej wystąpi wielka gwiazda festiwalu - Youssou N'Dour). Wystąpi naprawdę wiele ciekawych zespołów z różnych stron świata, tak jak na skrzyżowanie kultur przystało. Warto więc zapoznać się z programem festiwalu. To już jego piąta edycja i jak się wydaje ma się on świetnie. Mam nadzieję, że nie sprofesjonalizuje się na tyle by przenieść w całości z namiotu festiwalowego do Sali Kongresowej. Tymczasem u mnie staje się on już stałym punktem w kalendarzu. Ciekawe kto za rok? Może Mafalda Arnauth? Nie miałbym nic przeciwko temu...
Zdjęcie Any Moury zamieszczam za zgodą Jeronimo. Pochodzi ono z koncertu w Belgii, zainteresowanych obejrzeniem następnych zachęcam do odwiedzenia ich twórcy na flickerze. Można przez chwilę otrzeć się o to co może być naszym udziałem w Warszawie. Jeśli ktoś czytający ten wpis nie bardzo wie czym jest fado zachęcam do poszukiwań, również na moim blogu. Do zobaczenia na koncercie!

sobota, 15 sierpnia 2009

Poczułem w sobie moc...

Mój sąsiad w tajemnicy zdradził mi, że dziś wielkie święto. Ponoć sama Madonna ma zstąpić i z tej okazji zaśpiewać. Będzie okazja do wniebowzięcia, przynajmniej dla podpitych fanów. Z Madonną to nie wiadomo jeszcze, podobno znów z Żydami zaczęła się zadawać... Miejsce wybrała optymalnie, na lotnisku nic jej w tym zstępowaniu/wstępowaniu nie przeszkodzi. Pan prezydent podobno swój najlepszy garnitur otrzepał z naftaliny i chłopaków z okolicznych jednostek na plac zwołał, by żołdu za darmo nie przejadali i święto pomogli uczcić odpowiednio. Wystroili się panowie wojskowi, ordery poprzypinali i piersi dumnie powypinali. Brakuje tylko czołgów, które by rozjechały tak pieczołowicie ostatnio remontowane ulice.
Mam mały mętlik w głowie, w jakiś dziwaczny sposób miesza się religia, nacjonalizm (dobry czy zły, dziś mam to gdzieś) i kiepska rozrywka. Nie wiem tylko co ma jedno do drugiego, o ile wiem Madonna nigdy w armii nie służyła i poglądy miała raczej pacyfistyczne. Chyba, że ta cała ucieczka do Egiptu to wielka ściema, która miała ukryć jej pracę dla wywiadu. Nie pytam nawet którego, są tacy co takie rzeczy od razu wiedzą, ich pytajcie... Z pewnością mamy dziś jednak święto więc na wszelki wypadek wywieszam flagę, oczywiście Indii bo przynajmniej wiem co Hindusi właściwie dziś świętują...
Ale nie o tym miał być ten wpis. Jak zwykle mam problemy z proporcjami i cała para idzie w gwizdek/wstęp. Tak jak napisałem w tytule wpisu poczułem w sobie moc. Mniej więcej rok temu umieściłem na FotoForum GW dwa zdjęcia zrobione niedaleko miejsca, w którym przyszło mi doświadczać cudu jakim jest życie. Można było na nich zaobserwować boisko do koszykówki z chwiejącymi się na wietrze koszami. Z niezrozumiałych dla mnie względów (przecież w kosza gra się najlepiej na ubitej ziemi) miejscowa młodzież omijała to miejsce. W pewnym momencie jacyś dobrzy ludzie zaczęli w tym miejscu zostawiać samochody. Parking dobrze służył wielu osobom, pół boiska pozostawało do dyspozycji ewentualnych graczy. Samochody nie parkowały tam ponieważ najmniejsze opady deszczu zamieniały teren w bajoro. Drogie samochody, drogie buty, drogie skarpety... Nie bez powodu bogaci ludzie są bogaci.
Zdjęcia zatytułowałem „rewitalizacja według władz dzielnicy Warszawa Wola”. Zobaczyło jej ze 150 osób zanim je z forum wykasowałem. Niezbyt wielki sukces... Rok później przechodząc tamtędy ze zdumieniem zobaczyłem, że nie ma tam już parkingu. Całe boisko zostało zwrócone graczom w koszykówkę. Pięknie odmalowane słupki skutecznie bronią dostępu kierowcom niezależnie od ich statusu społecznego, ba nawet płci. Tak, to wtedy poczułem moc i jeszcze teraz trochę mnie trzyma. Poczułem się jak Superman, który zamienił na chwilę pracę w kopalni kryptonitu na zwyczajne fedrowanie. Wprawdzie tak na chłodno trudno mi jest dostrzec związek przyczynowo skutkowy między opublikowaniem zdjęć a działaniami podjętymi przez władze dzielnicy ale na razie staram się o tym nie myśleć. Boisko wygląda super. Ewentualni gracze muszą się jednak pospieszyć. Powoli tworzy się tam bardzo unikalny ekosystem i być może już wkrótce teren ten zostanie objęty programem Natura 2000. Tak czy inaczej po raz wtóry jestem dumny, z tego gdzie dane jest mi mieszkać!!!!!

środa, 25 lutego 2009

Śniąc o bezsenności, czyli również o tym jak Woody Allen rozprawia się ze złudzeniami...

Nie wiem dlaczego Amerykanie traktują Europę jako krainę nie do końca „zepsutą” cywilizacją, w której wciąż pamięć o tym co ważne jest żywa. Tu wciąż jest żywe to co za oceanem dawno zostało zapomniane. Jednocześnie Europa jest krainą dziwną, dziką i pełną zagrożeń, gdzie w cieniu wyszukanej kultury czyha coś atawistycznego i pierwotnego. Dla niektórych jest to szansa na odrodzenie, znalezienie sensu, dla innych wręcz przeciwnie, najprostsza droga do unicestwienia. Dobrym przykładem tego drugiego sposobu myślenia jest Hostel, film, który do wybitnych nie należy i nie przejdzie pewnie do historii kina. Z pewnością jednak w ekstremalnej formie wyraża lęki Amerykanów przed Europą...


Woody Allen w filmie Vicky Christina Barcelona jest dużo subtelniejszy. Emanuje wprost pięknem, występujących w nim kobiet, obrazów Barcelony w tle i cudownych dźwięków. Wszystko to na nic bo to najsmutniejszy film jaki mi było od dawna oglądać. Nie ma w nim nawet cienia nadziei, nikogo w nim Barcelona nie uleczy. Na końcu zostanie tylko przygnębienie i poczucie porażki. Bo Allen nie opowiada tylko o dwóch dziewczynach na wakacjach w Hiszpanii ale również o niemożności powrotu ze świata zachodniej racjonalności do pierwotnej emocjonalności.
Zarówno Christina jak i Vicky odrzucają go ostatecznie, i choć robią to z różnych względów to w obu przypadkach powodem jest współczesna cywilizacja, której obie są przecież produktem. Nie łudźmy się, tak naprawdę nie ma dwóch dziewczyn. Jest tylko Allen leżący na kozetce i rozmyślający o dwóch ekstremalnych przypadkach pustki jaką niesie współczesny racjonalny świat. Nie chcemy już rozumieć, nie chcemy czuć. To co daje nam bezpieczeństwo to porządkowanie przestrzeni wokół nas. Bez zbędnych emocji, za to w sposób przewidywalny. Christina buntuje się przeciwko temu ale i tak nic to nie da. Poszukiwanie ekstremalnych doznań nie ma sensu, bo nie ma ona szans na poczucie czegokolwiek. Może co najwyżej kolekcjonować doznania, nie ma jednak możliwości nadania im znaczeń. Nie wie czego chce, skazana jest na wieczne poszukiwanie.
Vicky akceptuje poukładany świat, ale wystarczy jedna „noc w Oviedo” by straciła cały dotychczasowy spokój ducha. Tak długo jednak ignorowała emocje, że gdy wreszcie pozwoliła się im ponieść stała się wobec nich bezbronna jak dziecko. Ostatecznie nie mogła ich znieść i wróciła przerażona do swojego uporządkowanego życia. W dzień będzie pewnie utwierdzać się w przekonaniu o słuszności swojego wyboru a po nocach śnić o tym co mogło być jej udziałem. Tak jak jej ciotka Judy...
Jak bardzo inna od Amerykanek jest Maria Elena. Możemy podziwiać jej żywiołowość, pasję życia i temperament. To nie tylko Woodego Allena sen o prawdziwej kobiecie. Postrzega ona świat poprzez emocje i wyraża się poprzez nie a nie puste rozważania o niczym. Jest w niej jakaś pierwotna prawda, to co robi jest czyste i piękne. Podziwiamy ją ale jednocześnie przeraża nas swoją intensywnością. Reagujemy tak jak Vicky, niepokojem oglądając jej obraz albo podobnie jak Christina po próbie samobójczej wysyłamy ją do psychiatry. Jej zachowanie może jest i piękne ale jakieś takie przerysowane, nieracjonalne. Gdyby tak zdobyła się na odrobinę dystansu, przemyślała pewne sprawy, poszukała innych rozwiązań... Uporządkowała świat wokół siebie.
Ktoś (i to nie byle kto) powiedział mi ostatnio, że za dużo myślę. Nie tylko ja niestety, to również przypadłość Woodego Allena i całego zachodniego świata. Za dużo myśli Vicky, która zamiast zacząć żyć woli o życiu tylko myśleć. Rozum wykorzystuje by minimalizować to co nieprzyjemne nawet kosztem szczęścia. Za dużo myśli Christina, która nie potrafi cieszyć się z tego co ma. Szybko się nudzi i zaczyna myśleć o tym co jeszcze może „poczuć”. Współcześnie nie buntujemy się już przeciwko swojej tożsamości, my ją tworzymy wybierając poszczególne elementy. Nie ma w nas pasji, robimy wszystko to co będzie dla nas dobre. Nie to jednak czego pragniemy... Stajemy się powoli zombi, bez własnych pasji i marzeń. By coś ze sobą zrobić potrzebujemy kogoś takiego jak Maria Elena, która może nas zainspirować tak jak to uczyniła z Christiną. Sami z siebie jesteśmy zaprogramowani na robienie rzeczy mało istotnych za to zgodnych z prawidłami racjonalnego myślenia.
Film Woodego Allena jest właśnie dlatego przygnębiający bo dowodzi, że nie ma odwrotu. Nie potrafimy przełamać zaklętego kręgu pozornej racjonalności i odwołać się również do emocji. Allen nie tylko grywa intelektualistów, on nim po prostu jest. Zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń, ale nie ma dość siły by je zmienić. Może co najwyżej o tym porozmawiać, napisać scenariusz czy nakręcić film. Bo przecież w sumie ni ma nic złego w byciu nieszczęśliwym, znacznie gorzej jest narazić się na śmieszność. A o nią szczególnie łatwo, gdy ktoś w sposób tak zachłanny jak Maria Elena bierze z życia wszystko co ono niesie. Bez rozgraniczania na to co dobre i złe. Nawet gdy to wszystko do nas dotrze nie potrafimy nic zrobić. Bo to wymaga wiary, czegoś w czasach kiedy sceptycyzm jest religią niemożliwego.
Nawet przejrzenie się w oczach drugiej osoby i zdanie sobie sprawy z własnej śmieszności nie uzdrawia ale rani. Kiedy wszystkie te wypracowane przez lata „mądrości” okazują się stekiem bzdur rodzi się poczucie wstydu i chęć ucieczki. Własne pragnienia tak długo ukrywane, wyciągane na światło dzienne unieszczęśliwiają. Uciekamy tak jak Vicky w nadziei, że ten misternie budowany fałszywy świat jeszcze się nie rozpadł całkowicie i będzie go można odbudować. Nie ma dla nas ratunku... Ja jeszcze może się uratuję bo przecież Allen nie musi mieć racji. Dobrze, że na świecie są jeszcze Marie Eleny, które nawet z zupełnego zombi mogą znów zrobić człowieka. Bardzo chcę wierzyć. Może nie będę musiał śnić przez resztę życia snu o bezsenności...

niedziela, 21 grudnia 2008

Przedświąteczne refleksje o blogowaniu...

Wraz ze zbliżaniem się końca roku zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie. Wiem, to trochę irracjonalne. Z doświadczenia wiem, że styczeń to jeden z najmniej przyjemnych miesięcy w roku. Nie ma takich atrakcji jak w grudniu a nadzieja na wiosnę jeszcze nawet nie kiełkuje w sercu. Ale znów wybiegam w przyszłość... Zmęczenie ma to do siebie, że nie jest łatwo zmobilizować się do działania. Zazwyczaj pomaga „głaskanie po główce” i słowa zachęty. Tak odbieram maile, które dostaję od czasu do czasu z propozycją zarabiania na mojej radosnej blogowej twórczości. Najbardziej podoba mi się oczywiście początek, w którym pada zawsze sporo ciepłych słów o mojej Enklawie. Czuję się wtedy jakbym zwędził w sklepie lizaka. Cieszę się bo już myślę o przyjemności jaką przyniesie mi jego konsumpcja ale jednocześnie gdzieś w tyle głowy pojawiają się wątpliwości i wyrzuty sumienia...
Naszą czujną policję zapewniam na wszelki wypadek, że lizaków w sklepach nie kradnę. Namierzanie mojego numeru IP jest całkowicie nieuzasadnione. Nie umieszczam również na blogu reklam, czemu wydawało mi się dawałem wielokrotnie wyraz. Częściowo robię to z obawy o moją dziewiczą duszę, na którą czyha zepsuty Babilon. Głównie wynika to jednak z mojej niechęci do ograniczania się. Cenię sobie wolność, nawet jeśli wyraża się ona w niepublikowaniu czy doborze całkowicie nieatrakcyjnych dla czytelników tematów. Wklepując na bloga przez godzinę najnowsze wieści z Kanady nie chcę zastanawiać się jaki mój nowy tekst wygeneruje ruch. W sposób całkowicie zamierzony nie chcę być profesjonalny i ukierunkowany na sukces. To co robię ma sprawiać mi przyjemność, wszystko inne jest wtórne.
Skomercjalizowanie bloga odwraca proporcje. A ja nie wiem czy potrafię przymilać się do czytelników, przynajmniej robić to w sposób szczery. Moja mizantropia i introwertyczność nie sprzyja temu. A nieco idealistycznie zakładam, że robienie nieszczerych rzeczy nie ma sensu... Już wyobrażam sobie, jak „pęcznieję” i się nadymam. By mnie poważnie traktowano wstawiam na bloga jakąś łacińską sentencję, mądrą rzecz jasna bo nie wymyśloną przeze mnie. Podpieram się cytatem z jakiegoś czcigodnego nieboszczyka, nazwą uczelni lub dotychczasowymi osiągnięciami ( do moich najokazalszych należy wygrana w tenisie stołowym z mistrzem dywizji oraz drugie miejsce w turnieju o puchar wójta w piłce nożnej więc nie podskakujcie czytelnicy szanowni). Tak uzbrojony muszę wzbudzać posłuch, tym bardziej, że codziennie przeglądam fora by znaleźć temat wywołujący największe kontrowersje. A potem już tylko teksty komercyjne na zlecenie, rozreklamowane niezależnie od tego czy są dobre czy nie...
Wizja sławy i pełnej kieszeni (miedziaków:)) mami ale nie na tyle by o tym poważnie myśleć. Nawet teraz, kiedy kryzys sieje spustoszenie na świecie a ja rozglądam się za pracą. Dlatego dziękuję za miłe słowa o mojej Enklawie ale z propozycji korzystać nie zamierzam. Tak jak teraz jest dobrze. Nawet jeśli pojawiają się kpiące głosy co do mojego blogowania. Jeden z moich znajomych, którego nieopatrznie do Enklawy zaprosiłem z ironią ocenił, że mam szansę odnieść tak samo spektakularny sukces jak TVP Kultura. Mile połechtał tym moje ego, pewnie trochę wbrew swoim intencjom.
I na koniec trochę ogłoszeń parafialnych. Po pierwsze zmienił się trochę wygląd bloga. Mam nadzieję, że nowy design nikogo nie irytuje. Miałem już trochę dość starego i muszę przyznać, że teraz blog jest dużo lepiej przystosowany do wciąż wydłużających się wpisów...
Po drugie zacząłem swoje teksty publikować na redakcja.pl. Na razie jest to miejsce dość elitarne co dla mnie akurat nie jest zarzutem. Dzięki temu unikam komentarzy w stylu „ale i tak jesteś głupi a pod twoim brzuszyskiem ukrywa się mizerny kutasik”. By nie być posądzony o plagiat to ta druga część o brzuszysku i ukrywaniu się to fragment "arcydzieła" Bronisława Wildsteina. 
I tak zręcznie przechodzę do tego co po trzecie. Zdecydowałem się już nie umieszczać tekstów na salonie24. O powodach pewnie coś skrobnę w pożegnalnym wpisie, jak będę miał czas i ochotę...
I na koniec najważniejsze. Zbliżają się święta i nawet jeśli się ktoś bardzo stara to nie może tego faktu nie zauważyć. Dlatego życzę wszystkim by spełniły one wasze oczekiwania, podobnie zresztą jak Nowy Rok. I proszę nie zarzucać mi, że tak minimalistyczne składam życzenia bo na to jakie Wasze oczekiwania będą to ja już wpływu nie mam...

czwartek, 11 września 2008

Fado w Warszawie, czyli Raquel Tavares na festiwalu Skrzyżowanie Kultur...

Pojawiają się u mnie pierwsze oznaki jesiennej depresji. Jednego dnia siedzę i wygrzewam się na słońcu a drugiego szarości i wilgoć wokół przyprawia mnie o ból głowy. W takiej sytuacji nie wiem czy powinienem polecać koncert Raquel Tavares. Ale co mi tam, przecież w fado to nie tylko smutek ale i sposób na jego oswojenie. Może więc to wcale nie taki głupi pomysł jak mi się z początku wydawał. Raquel Tavares jest przedstawicielką najmłodszego pokolenia śpiewającego fado. Wielce utalentowaną przedstawicielką, zdobywczynią wielu nagród i nadzieją tego gatunku. Ja osobiście słyszałem jak dotąd tylko jedną jej płytę (Bairro) i jestem na razie na etapie oswajania się. Całkiem miłe to uczucie...
Niektórzy być może widzieli Raquel Tavares przy okazji ekscytowania się występem jednego z Mroczków i Edyty Herbuś na konkursie tańca Eurowizji. Reprezentowała w nim Portugalię, podobno z kiepskim skutkiem. Mam nadzieję, że nie zniechęci ta informacja do wybrania się na koncert. Każdy popełnia błędy... Co prawda kiczowaty konkurs i fado to sprawy wymagające zupełnie odmiennej wrażliwości ale może niektórzy potrafią się w tym odnaleźć. Skoro nikogo nie dziwią aktorzy szekspirowscy naparzający innych szekspirowskich aktorów telefonami komórkowymi po głowie w hollywoodzkich superprodukcjach to i Raquel można chyba wybaczyć niewinny udział w tym dość marnym widowisku...
Ale do rzeczy... Koncert odbędzie się w piątek 19 września w ramach 4. Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Wstęp jest wolny ale trzeba wcześniej zarezerwować wejściówki. Będzie to można również zrobić przed samym koncertem w namiocie koncertowym, sam jednak chyba bym się nie zdecydował na takie dodatkowe emocje... Początek o 19.00 więc proszę się ubrać ciepło.

wtorek, 29 lipca 2008

Dobry człowiek, czyli o tym dlaczego to ja zgarnę 35 mln...

Pora losowania Lotto zbliża się nieubłaganie. Większość z tych, którzy wystali swoje w kolejkach i zakupili los już planuje jak wydać pieniądze. Suma 35 mln robi wrażenie, nawet na kimś takim jak ja, kto wmawia sobie, że pieniądze to nie wszystko. Może dlatego dałem się ponieść zbiorowemu szaleństwu i również zakupiłem los. I to po raz drugi z rzędu... Za pierwszym razem zgarnąłem 16 złotych, więc teraz może być tylko lepiej.
Nie jestem hazardzistą i gram tylko wtedy, gdy kumulacja osiąga sumę powyżej 10 mln i to nie zawsze. Skreślam sześć cyfr, zawsze tych samych i jak wszyscy liczę na cud. Wygrana w Lotto to byłoby coś, potwierdzenie wyjątkowości. Przecież ot tak sobie nie wygrywa się 35 milionów. Musi stać za tym siła wyższa, a któż nie chciałby by być namaszczony przez Boga. Zresztą dlaczego miałbym, nie wygrać, myję codziennie uszy, mówię „dzień dobry” sąsiadom i co roku przeznaczam 1% podatku na potrzebujących. Jestem prawie jak św. Franciszek bo tak jak on kocham zwierzęta, może oprócz gryzoni, węży, słoni (strasznie śmierdzą), kaczek (inne pierzaste też nie wzbudzają u mnie zachwytu), żab, królików (ten ich seksoholizm), psów, kotów, chomików, hipopotamów... Ale kocham wiewiórki, czy to nie czyni mnie godnym wygranej?
Tak jak inni obiecuję sobie, że nie wpadnę w depresję jak przegram, przecież niezbadane są wyroki boskie. To tak jak z tym Hiobem, wcześniej czy później i tak będę bogaty... Prawdopodobnie raczej później (mam nadzieję, że zdążę bo ten system emerytalny mnie trochę niepokoi). Wiara ponad wszystko. A ci co się czepiają muszą przyznać, że to najbardziej racjonalna strategia bo w przeciwnym wypadku nie należałoby wcale grać. Bo to całe prawdopodobieństwo to jakiś szwindel jest...

środa, 25 czerwca 2008

Minął rok...

I któż by się spodziewał, że ten mój rok na bloggerze upłynie tak szybko. Wydaje się, że klimat mi tu służy... Jak na enklawę przystało blog znajduje się trochę na uboczu blogowego świata. Trafiają tu często zbłąkani podróżni, który po wychyleniu szklanki wody (lub czegoś mocniejszego) ruszają w dalszą drogę by już tu nigdy nie powrócić... Mam nadzieję, że przynajmniej zachowują w pamięci sielski obrazek tego zakątka:).
Utwierdza mnie w tym przekonaniu fakt dodawania mojej Enklawy do różnych agregatorów o czym zazwyczaj dowiaduję się poniewczasie. Tak było na blox.pl, kiedy odkryłem się na liście Blogów Politycznych, tak jest i teraz na bloggerze. Na BlogNews nie ma chyba nawet możliwości dodać swojego bloga, tym powodów do radości więcej, chociaż umieszczenia mnie w kategorii media to ja nie rozumiem...
Trochę brakuje mi tu ostrych dyskusji, złośliwej wymiany zdań. Chyba dlatego bardziej polityczne wpisy umieszczam od jakiegoś czasu równolegle na salonie24. Jak zauważyłem ma to sens, bo wpisy na bloggerze mniej popularne rozgrzewają emocje na salonie i odwrotnie ignorowane tam tu cieszą się większa popularnością . Trochę zaskakuje mnie, że każdy mój tekst na salonie ostatnio ląduje na stronie głównej (ciekawe, czy administratorzy wiedzą, że zdarzało mi się wcześniej mieć teksty na pierwszej stronie portalu gazeta.pl., brrrr...). Nie wiem jeszcze na ile wynika to z jakości mojego blogowania a na ile z determinacji administratorów by salon chociaż stwarzał pozory miejsca, w którym wyrażane są bardzo różne opinie. Ludzie niezwiązani z PiS szerzej z prawicą emigrują stamtąd w ekspresowym tempie i stwarzają mi szanse na zaistnienie.
Niestety nie wykorzystuję tego w pełni bo brakuje w moich tekstach tej zrozumiałej dla wszystkich agresji. Chyba nie potrafię dopasować się do poziomu polskiego blogowania politycznego:). Obce też mi są strategie pozyskiwania nowych czytelników. Przez chwile myślałem nawet by w serwisach społecznościowych pozostawiać wpisy w stylu: "chcesz obejrzeć moje nagie fotki kliknij tutaj". I oczywiście podpisać się Doda czy inny symbol seksu rozgrzewający serca polskich internautów. Okazało się jednak, że inni byli pierwsi:). A pomysłów odgrzewanych to ja nie akceptuję w mojej enklawie...
Przez najbliższy rok będzie tu tak jak dotąd. Nie będę eksperymentował, przez prawie trzy lata mojego blogowania dopracowałem się pewnego stylu i nie chcę tego zmieniać. Niekonsekwencja w doborze tematów, nieregularność i zbyt rozlazłe, nudne wpisy stały się znakiem rozpoznawczym Enklawy. Niektórym się to podoba, najbardziej chyba mnie;). Stworzyłem „markę”, czego można chcieć więcej. Zresztą po co aż tak daleko wybiegać w przyszłość... Jednego wszyscy mogą być pewni, na blogu nie będzie reklam. No to czas zgasić świeczkę...

sobota, 26 kwietnia 2008

Koncertowa wiosna, czyli Lura i Bonga w Warszawie...

Na starość człowiek podobno łagodnieje. W moim przypadku nie do końca się to sprawdza, chociaż muszę przyznać muzycznie coraz bardziej cenię subtelne dźwięki. A tych tej wiosny w Warszawie będzie można usłyszeć sporo. Sporym wydarzeniem będzie koncert Lury w Sali Kongresowej 29 kwietnia. Niestety nie będzie mnie na nim z przyczyn ode mnie niezależnych. Może zachęcę jednak kogoś do wybrania się na koncert „następczyni Cesari Evory”. Tym bardziej, że dzień wcześniej będzie można zrobić to również w Poznaniu.

Lura po raz pierwszy zaistniała w mojej świadomości piosenką „Ponciana”. Dalej było już banalnie, nie mogłem przestać jej słuchac, potem była cała płyta. Mniej więcej wtedy Lura była w Polsce na swoim pierwszym koncercie. Pochodzi z Zielonego Przylądka chociaż urodziła się i mieszka w Portugalii. Muzycznie jest jednak silnie związana z krajem swojego pochodzenia.
Morna bo tak określa się wykonywaną przez nią muzykę bywa porównywana do fado. Nie jest prawdą, że jest ona tylko jego odmianą. Morna powstawała niezależnie chociaż warunki ku temu miała podobne. Dużo w niej melancholii jednak w moim odczuciu również energii. Fado moim zdaniem jest dużo bardziej minimalistyczne... W Afryce cierpi się chyba trochę inaczej.

Dziennik donosi również o koncercie Moyry Andrade. Szkoda, że nie podaje więcej faktów bo to moja „ostatnia miłość”. Na wszelki wypadek polecę również jej koncert. Moyra to przyszłość morny, dopiero co wydała swoją pierwszą płytę „Navega” a już sporo namieszała. A ja nie mogę się przestać zastanawiać jak to możliwe by Wyspy Zielonego Przylądka, które zamieszkuje niespełna pół miliona obywateli (dalsze 700 tys. mieszka za granicą) wydawały aż tak wielu utalentowanych artystów...
Przy tych dwóch paniach Bonga to już weteran. Co prawda nie pochodzi z Cabo Verde ale Angoli a jego muzyka jest nieco inna to jednak łączą go z nim liczne związki. Przykładem niech będzie jego piosenka Mulemba Zangola nagrana z Lurą. Trochę to dziwne, że jego koncert będzie miał miejsce w kinie Palladium (dziś czyli 26.04) podczas gdy Lura zaśpiewa w Kongresowej. W Polsce jednak to nic zaskakującego, że świat staje na głowie. Mam nadzieję, że udało mi się kogoś zainteresować. Więcej o wykonawcach (nie tylko tych) na stronach www.afryka.org. Czekam na recenzje...

wtorek, 20 listopada 2007

Zawieszam działalność

Niestety jestem zmuszony zawiesić swoje blogowanie z przyczyn technicznych. Nie mam na razie dostępu do netu i nie wiem kiedy to się zmieni. Pisywanie bloga w kafejkach internetowych mija się z celem, aż tak bardzo nie jestem zdeterminowany...
Mam nadzieję, że szybko uda mi się rozwiązać problemy techniczne i wtedy będę mógł nie tylko opublikować nowe wpisy ale również odpowiedzieć na zaległe komentarze. Na koniec mogę tylko smętnie skomentować: Lepsze jest wrogiem dobrego...

poniedziałek, 5 listopada 2007

Cmentarne refleksje, czyli nie tylko o przemijaniu...

Nie sposób sobie chyba wyobrazić święta zmarłych w inny niż jesienny dzień. Poczucie przemijania tylko wtedy staje się tak rzeczywiste. Liście spadające z drzew zmuszają do przemyśleń na temat upływu czasu i cyklu życia. Dlatego chyba na cmentarzach tak dużo ich rośnie. Bez szumu gałęzi dojmująca na cmentarzach cisza nie byłaby tak pełna i doskonała.
Pierwszym cmentarzem, który pamiętam z odległych już dość czasów dzieciństwa był ten w malutkiej miejscowości K. Mając cztery czy pięć lat nie myśli się o śmierci. Cmentarz to było fantastyczne miejsce, spokojne i pełne kryjówek. Kojarzy się przyjemnie z kwiatami, drzewami i ślicznymi kamiennymi budowlami, które ponoć są czyimiś domami. Na cmentarzu w K. było dużo drzew, w tym kilka naprawdę starych i wielkich. Szczególnie w okolicy, gdzie swój grób miała rodzina miejscowego dziedzica. Po wojnie ich dwór przejęty przez państwo zamienił się w szkołę, oni sami wyjechali na zachód. O ich istnieniu przypominały tylko grobowce, zupełnie inne od pozostałych grobów, niszczejące i opuszczone. Zarastały sobie tak w malowniczy sposób póki w K. nie zaczęło brakować miejsca na nowe pochówki. Pierwszą ofiarą braku miejsca padły licznie rosnące na cmentarzu bzy, później porozrzucane po cmentarzu drzewa. Pomniki wznoszono jeden obok drugiego nie kierując się żadną logiką. Grobami zaczęły wypełniać się nawet alejki przez co chodzenie po cmentarzu nabrało niemal wyczynowego charakteru.
Owo poczucie nadmiaru potęgowane było jeszcze przez wciąż rosnące nagrobki. Niektóre groby zmieniały się w w okazałe zamczyska. Wszak im większy nagrobek tym większy prestiż dla zmarłego i jego rodziny. Każdy przecież chce mieć swój własny Taj Mahal i nie ma aż takiego dużego znaczenia czy budowniczy kieruje się miłością czy pychą. W każdym razie cmentarz w K. nie przypomina już miejsca znanego mi z dzieciństwa.
Na terenie rodzinnego grobowca dziedzica dawniej odgrodzonego łańcuchem pojawiły się już pierwsze groby. Potencjalnych chętnych nie odstraszył nawet wypadek jaki miał miejsce w ubiegłym roku. Otóż w czasie pogrzebu trumna wpuszczana do grobu nagle gdzieś zniknęła. Okazało się, że wpadła do podziemnej krypty grobowca owego dziedzica... Ostatnie wolne resztki przestrzeni są zagospodarowywane. Na razie nie ma pomysłów na zniszczenie grobowca, wykorzystuje się tylko wolną przestrzeń wokół niego. Inne stare groby mają mniej szczęścia. Część już zniknęła, inne “walczą o życie”. Grób geodety, który dokonywał komasacji gruntów w całej gminie jeszcze w latach dwudziestych jest pod ciągłym ostrzałem. Dla mieszkańców jest on przeszkodą do powiększania swoich pomników a nie częścią ich historii. Skoro rodzina owego geodety już nie żyje to jaki jest sens zachowywać o nim pamięć (jego żona zmarła w 1979 i jest pochowana na warszawskim Cmentarzu Północnym).
Z drzew ostały się już tylko trzy, wszystkie tuż obok starego grobowca. Nie wiem na jak długo bo jak słyszałem pojawiła się społeczna inicjatywa by je usunąć. Jak się okazuje liście lecące z drzew spadają na drogie pomniki i je niszczą. Ciągle trzeba je sprzątać z grobów. Jest to nie do zaakceptowania tym bardziej, że liście nie mają wyczucia czasu i spadają akurat w okolicach dnia wszystkich świętych, kiedy porządek jest najbardziej potrzebny...
Cmentarz pęka w szwach i nic nie zapowiada poprawy sytuacji. Co prawda już od ośmiu lat jest nowy cmentarz po drugiej stronie drogi ale nikt się nie kwapi by tam spocząć. Tymczasem zarasta on lasem czekając na pierwszego ochotnika. Kościelny ma co robić bo tak co cztery pięć lat musi karczować to co tam wyrośnie.
Bardzo długo nurtowało mnie pytanie dlaczego ludzie nie chcą spocząć na nowym cmentarzu. Najczęściej pojawiają się dwie teorie. Pierwsza ma związek z ceną kwater wyznaczoną przez miejscowego proboszcza. Skądinąd jest to kuriozalna sytuacja bo cmentarz powstał za pieniądze gminy. Ale taka już nasza polska rzeczywistość...
Druga teoria wyjaśnia zdecydowanie więcej. Otóż powszechnie się wierzy, że pierwsza pochowana na nowym cmentarzu osoba będzie się czuła samotna i dlatego dla towarzystwa “ściągnie” sobie najbliższych i przyjaciół. Oczywiście w jakimś stopniu dotyczy to i następnych osób. W całej parafii jak dotąd brakuje śmiałka, który by się odważył i pochował kogoś bliskiego w nowym miejscu. Na razie wszyscy robią dobrą minę do złej gry i wskazują na pierwszą teorię. Nie wypada się przecież przyznać do strachu, lepiej więc czepiać się niewielkiej różnicy w cenie niż ośmieszyć się publicznie.
Tymczasem stary i urokliwy cmentarzyk na skraju wsi, tuż pod lasem zmienia się w kamienną pustynię. Coraz rzadziej dopadają mnie tam myśli nad przemijaniem i kruchością ludzkiego losu. W zamian pojawia się wyprana z wszelkiej duchowości wizja cmentarza jako miejsca gnicia ludzkich szczątków w zimnych kamiennych grobach. Swoisty wyraz rozbuchanego ego żyjących, miejsce które jest niczym więcej niż śmietniskiem dla ciał zmarłych. Może jest to bardziej prawdziwe od śmierci opisywanej przez poetów, a może to tylko mdły wyraz wrażliwości współczesnych. Sam nie wiem co gorsze...

czwartek, 4 października 2007

Kocham pana, panie Ziobro...

Niepostrzeżenie zapadł zmrok. Z coraz większym trudem przychodziło mi czytanie. Litery powoli zaczęły się zlewać. Jak tak dalej pójdzie to czeka mnie wizyta u okulisty. Utratę wzroku tylko w niewielkim stopniu zrekompensuje mi głęboka bruzda na czole i zmarszczki wokół oczu. Zacznę wyglądać wreszcie jak intelektualista i to jest zawsze coś. Trudno mi było się skupić na panu Jose i zakamarkach Archiwum Głównego. Pomyślałem, że już ten cholerny komunista dostanie za swoje a jego książki zostaną po cichu wycofane z bibliotek. Zawraca mi głowę takimi pierdołami... Nie byłem w najlepszym nastroju, oj nie byłem.
Trudno jednak cieszyć się życiem leżąc w łóżku. Właściwie nie czuję się źle, mam niewielką gorączkę i zapchane zatoki. To mnie dodatkowo irytuje bo co ze mną jest nie tak, że nawet chorować nie potrafię na poważnie.W końcu musiałem odłożyć książkę bo zapadające ciemności już nie pozwalały mi na czytanie. Najbliższa żarówka była w odległości dobrych 2 metrów więc szybko doszedłem do wniosku, że nie jestem jeszcze gotowy na tak duży wysiłek. Przez chwilę pomyślałem by chociaż włączyć jakąś płytę. Pilot leżał na wyciągnięcie ręki, zrezygnowałem jednak bo miałem już dość płyty Bat For Lashes. Zmiana na inną oczywiście wiązałaby się ze zbyt dużym wysiłkiem...
Gdy moja depresja sięgnęła szczytu usłyszałem jak moja komórka łączy się z siecią. Moja wieża jest na to szalenie czuła. Łzy radości napłynęły mi do oczu, bo zrozumiałem, że nie muszę być wcale sam. Być może po drugiej stronie jest minister Ziobro i wsłuchuje się w moją niedolę. Instynktownie doprowadziłem się do porządku, poprawiłem włosy i poduszkę. Poczułem, że ten mój bezruch i milczenie musi być dla niego strasznym zawodem. Chciałem rzucić chociaż parę ciepłych słów ale nie potrafiłem... Wszystkie te moje ataki na PiS, bluźniercze myśli i słowa sprawiły, że poczułem się niegodny.
Doceńcie moi kochani iluminację, to jedyny niezawodny sposób dochodzenia do prawdy. Najlepiej osiągnąć to poprzez kontemplację słów pana Ziobro przy 38 stopniowej gorączce. Wyznawcy szkoły Prawdy na Skróty, zastępują umartwianie się, które do owej gorączki prowadzi alkoholem. Jednak ta metoda nie jest aż tak skuteczna, niemniej pozwala na osiągnięcie co najmniej zrozumienia słów pana ministra. Innych metod nie polecam bo często są niezgodne z prawem.
To czego ja doświadczyłem było cudowne. Zrozumiałem dlaczego PiS cieszy się aż takim poparciem, dlaczego wszystkie te niekochane przez swoich wnuków babcie tak kochają naszego pana Ziobrę, dlaczego wszyscy samotni i opuszczeni przez Boga i historię oddają mu taką cześć. Otóż on jest zawsze z nimi/nami, w naszych telefonach komórkowych, skrzynkach mailowych, zus - owych archiwach. Pyta o nas naszych sąsiadów, znajomych a nawet bliskich. Jest jak dobry ojciec, za zło ukarze a za dobro nagrodzi. On nas zauważa, nadaje naszemu życiu sens, daje siłę. Chce towarzyszyć każdemu z nas niezależnie od pory i okoliczności. Nietzsche może sobie oznajmiać śmierć Boga, jest on nam już niepotrzebny bo mamy jego, pięknego młodzieńca z Krakowa, który jest zawsze z nami.

czwartek, 13 września 2007

Knut chciwy hochsztapler...

Świat staje na głowie. Jak donosi na ostatniej stronie dzisiejszy Dziennik, niedźwiadek Knut z berlińskiego zoo, symuluje kontuzję by przyciągnąć słabnącą uwagę publiczności. Dla mnie to poważny cios bo w ten sposób została nadszarpnięta moja wiara w prawdę. Skoro nawet Knut oszukuje, to jak tu wymagać uczciwości od ludzi. Sam już nie wiem czy mam pozostać nieudacznikiem czy może wziąć przykład z niedźwiadka i zarobić trochę kasy. Sukces w pewien sposób degeneruje i nie wiem czy chcę by mi tak jak Knutowi grożono śmiercią, bo nadwaga to mi raczej nie grozi. Trochę to potrwa zanim przewartościuję swój stosunek do świata. Nie ma jednak tego złego... Z pewnością poprawi to moje relacje z kobietami.

piątek, 31 sierpnia 2007

BlogDay w Enklawie

Nie znoszę obchodzić świąt, bo i tak na co dzień życie jest wystarczająco ciężkie. Dodatkowy wysiłek jaki trzeba w to włożyć jest całkowicie sprzeczny z moją filozofią życiową. Jednak czasem warto się trochę potrudzić. Dziś przypada po raz trzeci BlogDay, o czym dowiedziałem się od Quaero. Sam już bloguję prawie trzeci rok więc wysiłek jest w moim interesie.
Nie zamierzam wychwalać swojej twórczości (bo w sumie to jakaś taka marna jest), ale zgodnie z tradycją zaproponować swoim czytelnikom pięć interesujących blogów. Jak się dowiedziałem przed chwilą w Trójce, większość blogerów czytuje wciąż te same blogi. Niechętnie szuka w sieci czegoś nowego przywiązując się do tego co już znane. Dlatego nie będę proponował blogów, które mam na wąskiej szpalcie (z małymi wyjątkami) bo większość z nich promocji nie potrzebuje. Proponuję więc blogi mniej znane bądź te, które dopiero odkrywam:
1. Na swój sposób - Sokratejczyk pisuje o polityce ale w sposób wyważony, unika łatwych sądów i nadmiernej egzaltacji. Przez co jest bardzo wiarygodny. Mam słabość bo blogujących piszących o polityce, którzy kierują się rozumem a nie emocjami. Jest tam również sporo oryginalnych przemyśleń co nadaje blogowi osobisty charakter...
2. Okiem Studyty - na ten blog trafiłem przypadkiem wieki temu. Studyta nie pisuje już na bloxie i podobnie jak ja (tylko wcześniej) przeniósł się na bloggera. Bardzo lubię jego niekonsekwencję w doborze tematów. Z założenia blog dotyczy prawosławia i tematów z nim związanych. Nie brak jednak innych ciekawych spraw. Np. rozważań nad wątkami chrześcijańskimi w Harrym Potterze. Warto zaznaczyć, że nie jest to blog religijny ale o religii, kulturze prawosławnej i jej miejscu we współczesnym świecie.
3. Archeoblog - ten blog polecam wcale nie na podobieństwo naszych nicków. Zith pisuje o archeologii a więc o czymś o czym zawsze marzyłem. Szkoda, że ostatnio robi to stosunkowo rzadko...
4. Komentarz polityczny - Akwilon dopiero co przeniósł się na bloxa i zdaje się mu to służyć. Zawsze starałem się wspierać "młodych" blogerów w miarę moich bardzo skromnych możliwości bo pamiętam jak mi było na początku ciężko. Człowiek myśli, że może dać światu tak dużo, a świat ma to gdzieś... W blogu podoba mi się szczególnie pasja za którą idzie co istotne wiedza. Warto dopisać go do listy rss:).
5. Moje słuszne poglądy na wszystko:) - to moje najnowsze odkrycie. Cieniem na dobrą ocenę tego bloga kładzie się tylko miejsce zamieszkania blogującej. Jednak jeśli zapomnę na chwilę o rywalizacji między Warszawą a Krakowem to nie mam wyjścia i muszę polecić bloga:). Elenoir pisuje głownie o polityce. Do tego bardzo wiele jej odczuć jest podobnych do moich. Zresztą jak tu nie polecać fanki Pearl Jam...
Szkoda, że tradycja nakazuje przedstawić tylko pięć blogów. Mam wyrzuty sumienia bo co najmniej kilka innych blogów zasługuje by się tu znaleźć. Może za rok:).

wtorek, 28 sierpnia 2007

Fado czyli o pięknie fatalizmu

Zapewne Jose Socrates nie byłby zachwycony tytułem tego wpisu. W International Herald Tribune premier Portugalii przyznaje, że co do fado to ma mieszane uczucia. Zachwyca się pięknem tej muzyki ale z drugiej strony podkreśla, że “dusza Portugalii” skażona melancholią i pewną dawką fatalizmu sprawia, że kraj nie radzi sobie gospodarczo najlepiej. Ze wszystkich państw strefy euro gospodarka portugalska rozwija się najwolniej. Oczywiście nie jest temu wina muzyka, tylko stosunek do życia, którego emanacją wydaje się fado. Wiara w przeznaczenie, ślepy los, który wcześniej czy później przyniesie nieszczęście jest kluczem do zrozumienia tej muzyki. Zresztą to właśnie oznacza słowo fado – los, przeznaczenie.
Nie ma jednak pan premier racji do końca. Portugalia się zmienia i zmienia się jej stosunek do fado. Staje się ono coraz bardziej popularne za granicą przy jednoczesnym słabnącym zainteresowaniu w kraju. Mnie najbardziej podoba się prostota, dwie gitary i piękny kobiecy głos. Przynajmniej tak wykonywane jest klasyczne fado (istnieje również fado z Coimbry, które śpiewają mężczyźni). Jednak lata dziewięćdziesiąte, które przyniosły renesans tej muzyki i wykreowały szereg nowych gwiazd zmieniły podejście do wykonywania fado. Zaczęto wzbogacać instrumentarium, pojawiły się instrumenty smyczkowe, fortepian a nawet akordeon...
Ja po raz pierwszy usłyszałem fado w filmie Wima Wendersa Lisbon Story. Całość muzyki wykonuje w nim Teresa Salgueiro i zespół Madredeus. Piękno takich utworów jak Ainda czy Guitarra sprawiły, że chciałem więcej. Potem pojawili się inni wykonawcy, tacy jak królowa i w pewien sposób symbol klasycznego fado Amalia Rodrigues, Misia czy Dulce Pontes (poniżej utwór pt.: Cancao da Mar). 
Początkowo podobały mi się bardziej nowoczesne i z pozoru bogatsze brzmienia, później jednak coraz bardziej zacząłem doceniać prostotę i nieskrywane pod wielością dźwięków emocje wokalistek. Doskonale to robi najmłodsze pokolenie piosenkarek, wszystkie one są piękne i obdarzone niezwykłym głosem. Zrywają z nadmiernym eksperymentowaniem (czego symbolem jest kiepska płyta zespołu Madredeus pod tytułem Electronico) i wracają do korzeni. Teraz najchętniej słucham Cristiny Branco, Mafaldy Arnauth, Katii Guerreiro czy pochodzącej z Mozambiku Marizy. Zachęcam do obejrzenia ich stron internetowych, są zrobione w bardzo profesjonalny sposób. Znajdują się na niej nie tylko ciekawe informacje ale i niektóre utwory...
Na koniec nie zaprezentuję jednak utworu żadnej z wymienionych wokalistek. Musi to być moja ulubiona Ana Moura. A ponieważ wybór na YouTube jest ograniczony niech będzie to Os Buzios z wydanej w tym roku płyty Para Alem Da Saudade.

Prawda, że pięknie...

wtorek, 14 sierpnia 2007

Detektyw Monk czyli o starzeniu się...

Obejrzałem dziś detektywa Monka. Podoba mi się ten serial za klimat i inteligentne poczucie humoru. Oglądam go od momentu pojawienia się na naszych ekranach. Wtedy jeszcze nie zrobił takiej kariery jak teraz. Puszczany był wtedy na tvn7, w dość późnych godzinach nocnych. Teraz to co innego, wszystkie kanały biją się o to by go pokazać...
Dopadła mnie jednak smutna refleksja. Początkowe serie były jednak lepsze. Teraz formuła serialu zaczęła się niemal niezauważalnie ale jednak zużywać. Coraz więcej w nim rzeczy niezbyt świeżych. Nadal oglądam go z przyjemnością ale chyba scenarzystom zaczyna brakować pomysłów. A może to moja wina, rzeczy, które dotąd mnie śmieszyły spowszedniały.
Mam wrażenie, że podobnie jest z moim blogiem. Pierwsze wpisy, mimo że jeszcze nie tak dobre od strony formalnej mają w sobie dużo więcej życia, więcej w nich radości i wreszcie więcej mnie samego. Pomysły na wpis były oryginalniejsze, dobór tematów bardziej szeroki i zaskakujący. Czasem myślę, że to co najciekawsze zdążyłem już napisać.
Zresztą podobnie jest z samym życiem. Czuję jakbym już tylko realizował z mniejszym lub większym entuzjazmem wcześniejsze pomysły. Owszem robię to i owo i to nawet pewnie dużo lepiej ale brak mi świeżości. A może człowiek nie umiera z powodu chorób czy starości ale po prostu odchodzi, kiedy nie może wymyślić powodu dalszego istnienia. Bo ile można wciąż robić to samo nawet przy założeniu, że coraz lepiej...

środa, 27 czerwca 2007

Muzycznie...

Z założenia nie chcę pisywać o rzeczach, o których nie mam pojęcia. Nie jestem ekspertem w dziedzinie muzyki chociaż jak każdy mam swoje upodobania. Spokojnie, nie zamierzam zrobić z bloga playlisty z filmami z YouTube. Niemniej chciałbym podzielić się swoimi ostatnimi "obsesjami". Nie zrobiłbym tego gdybym nie nauczył się wstawiać filmów na bloga. Zaowocowało to już w starej Enklawie gdzie uzupełniłem notkę o Eskimosie geju o film z utworem grupy grupy Corky And The Juice Pigs. Na pewno pozwoli to na lepszy odbiór tego co tam napisałem więc zachęcam do jego obejrzenia... Mój entuzjazm jest jednak tak wielki, że muszę się nim podzielić i w tym miejscu. Postanowiłem dlatego na samym dole bloga umieścić parę utworów, które każdy będzie mógł sobie włączyć w trakcie czytania notek.
Zdaję sobie sprawę, że to trochę przypomina promocję w supermarkecie, gdzie na przykład do każdej zakupionej butelki wody dodaje się środek na przeczyszczenie. Różnica jest tylko taka, że ja nie zmuszam do zabierania każdej torebki ze sobą, ale tylko układam je na widoku i pozostawiam każdemu wolny wybór...
Na koniec już tylko utwór, który nie daje mi ostatnio spokoju. Amy Winehouse dla wszystkich: