czwartek, 27 marca 2008

Zmierzch francuskiego Quebecu?

Publikacji po polsku o Kanadzie jest jak na lekarstwo. Z tym większym zainteresowaniem przyjąłem informację o artykule Marka Bieńczyka w Tygodniku Powszechnym. Sam tytuł był wielce obiecujący: „Z niepewnej krainy”. Polecam go wszystkim, którym ta tematyka jest bliska. Ja sam jestem trochę rozczarowany, za dużo w tekście sentymentalizmu a za mało rzetelnej analizy. Sam główna teza też wydaje mi się mocno naciągana.

Quebec jest laboratorium nowego modelu państwa. Tu biurokracja panuje nad
zatomizowanym światem bez cienia humanizmu. Mozaika rozpadła się na monady,
które nie tworzą żadnego społeczeństwa.

Te słowa opisywać mogą właściwie sytuację w większości szybko rozwijających się państwach świata. Rozpad tradycyjnych więzi i atomizacja społeczeństwa to temat nienowy. To właśnie w Kanadzie narodziła się chyba najnowsza krytyka filozofii liberalnej, której emanacją jest Kanada. Chodzi mi oczywiście o komunitaryzm, który bez obserwacji tego co w Kanadzie się dzieje byłby nie powstał. Wcześniej nie do końca dostrzegano konflikt między liberalnymi prawami indywidualistycznymi a prawami społeczności.
Obserwowanie Quebecu z perspektywy Montrealu jest wielce mylące. To miasto zawsze było w tej prowincji bardziej niż inne w tej prowincji anglofońskie. To tu pojawili się angielscy kupcy i finansiści po klęsce wojsk francuskich na Polach Abrahama, o której tak poetycko napisał Bieńczyk. Sam sobie zresztą trochę przeczy przywołując opowieść o profesorze Francois z anglofońskiego uniwersytet McGill, którego znajomość języka angielskiego jest na tyle uboga, że nie potrafi on w nim napisać artykułu naukowego...
Ma rację Bieńczyk, że Quebec wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze pod koniec XX wieku. Szkoda, że autor nie napisał chociaż paru słów o scenie politycznej. Sytuacja separatystycznej Parti Quebecois jest w kontekście jego słów wielce wymowna. Spadek na trzecie miejsce w jakimś stopniu oznacza właśnie to o czym Bieńczyk napisał, odejście od nacjonalizmu jaki narodził się w tej prowincji pod koniec lat 60-tych. Ja osobiście nie mam zbyt wielkiego poczucia straty. Szkoda, że Bieńczyk tak często powołując się na Arcanda nie dostrzega w jego filmach ironii, zbyt dosłownie przyjmując przesłanie jego filmów. W Inwazji Barbarzyńców nie chodziło przecież o wychwalanie pokolenia roku 68 ale również o pokazanie jego klęski. Jego syn symbolizujący nowy Quebec nie jest przecież kimś jednoznacznie złym. Wręcz przeciwnie, potrafi on dużo lepiej odnajdować się w owej rzeczywistości. Dobrze byc barbarzyńcą w barbarzyńskiej epoce....
Bieńczyk popełnia zasadniczy błąd uważając, że rozpad starego oznacza pustkę. Jest zupełnie inaczej, nowy Quebec wcale nie jest w defensywie.Dzięki zręcznej polityce uzyskuje od Kanady coraz większą niezależność. Drugą siłą stała się w Quebecu Action Democratique, która już nie fetyszyzuje niepodległości ale mówi o autonomii i wie jak o nią zabiegac. Nawet PQ deklaruje, że jeśli nawet wygra następne wybory skupi się na poszerzaniu autonomii i następne referendum niepodległościowe przeprowadzi dopiero po następnych wyborach.
Również odsądzana przez niego od czci i wiary polityka wielokulturowości nie zagraża aż tak bardzo francuskości tej prowincji jak sugeruje. W Quebecu odrobiono lekcję. W reszcie Kanady wielokulturowość tak czy inaczej prowadzi do asymilacji. Ludzie po prostu w sposób naturalny wybierają kulturę (również i język, który jest jej nośnikiem) dominującą. W Quebecu mimo lansowania wielokulturowości, nawet prounijni liberałowie nie chcą zniesienia sławnego prawa 101, o którym zresztą Bieńczyk wspomina. Owszem imigranci często wybierają angielski bo on daje im większą szansę awansu, ale dość umiejętna polityka Quebecu w doborze imigrantów zaczyna przynosić efekty. Promowana jest imigracja z krajów, w których mówi się po francusku (Afryka, Antyle) lub ewentualnie hiszpańsku czy portugalsku. To sprawia, że imigranci często wybierają francuski.
Pesymizm Bieńczyka wydaje mi się bardzo mocno przesadzony. Przemiany jakie mają miejsce w Quebecu w moim przekonaniu są niezbędne do zachowania francuskiej tożsamości tej prowincji. Wbrew jego intuicji coraz więcej mieszkańców czuje się Quebecois. Spadek poparcia dla separatyzmu w jakimś stopniu świadczy o normalności. Aspiracje narodowe są na razie zaspokajane i po prostu nie ma sensu decydować się na mocno niepewną niepodległość. Tym bardziej, że przykład Unii Europejskiej dobitnie pokazuje, że by liczyć się na świecie trzeba się raczej jednoczyć w większą całość niż dzielić.
Wolność jednostki naprawdę nie musi miec destrukcyjnego wpływu na społeczność. Może to trudne do zrozumienia ale zachowanie przez imigranta w pewnym zakresie kultury z kraju pochodzenia nie musi oznaczać w przypadku Quebecu rozpadu. Mozaika wbrew pesymizmowi Bieńczyka zawsze stanowi całość i to różnorodność w dużej mierze decyduje o jej pięknie i bogactwie.

sobota, 22 marca 2008

Bojkot igrzysk w Pekinie, czyli o Tybecie, obłudzie i granicach przyzwoitości...

W ostatnich dniach rozgorzała debata na temat ewentualnego bojkotu igrzysk olimpijskich w Pekinie. Świat ze zdumieniem przeciera oczy i zupełnie nagle dostrzega, że ma do czynienia z odrażającym reżimem. To co się dzieje w Tybecie skłania nawet co wrażliwszych do opowiadania się za bojkotem. Inni, którzy chcieliby nazywać się „realistami” mówią, że owszem trzeba jakoś zamanifestować swój sprzeciw wobec przemocy i łamania praw człowieka ale sama olimpiada jest zbyt dużym świętem by z niej zrezygnować.
Jak zwykle w takich przypadkach pojawia się bezpośrednia presja na tych co do Pekinu się wybierają, czyli sportowców. To oni powinni zrezygnować w imię wyższych celów z tego co jest esencją ich pracy. Zaskakuje mnie powszechnie panująca w sprawie komunistycznych Chin hipokryzja. Olimpiada to tylko pewien znaczący symbol, dowód jak bardzo świat zachodu się zaprzedał. Jak bardzo poświęcił swoje wartości dla wymiernych korzyści. Gdy przyznawano organizację igrzysk Pekinowi starano się przekonywać nas wszystkich, że przyczynią się one do polepszenia sytuacji w Chinach. Ci co bardziej naiwni reagowali entuzjastycznie wyobrażając sobie demokratyzację, inni spuszczali głowy i liczyli ile im przybędzie w portfelach.
Smutna prawda jest taka, że istnienie komunistycznego reżimu i niemal wszystkie wypływające z tego skutki są na rękę „wolnemu światowi”. Mocarstwa i wielkie koncerny są zachwycone bo mają stabilną i przewidywalną sytuację. Jest o niebo lepiej niż w jakimś autorytarnym reżimie, bo przecież dyktatorzy umierają a partia jest wieczna. Koncerny są zachwycone bo rząd chiński dostarcza im na wpół niewolników, którzy za ułamek tego czego zażądałby pracownik w ich kraju pracują od zmierzchu do świtu. Nie muszą się również przejmować ochroną środowiska, którego dewastacja w Chinach przybiera monstrualne rozmiary. My oczywiście również jesteśmy zachwyceni bo mamy tańsze telewizory, biustonosze (w ich produkcji Chiny to prawdziwa potęga) i wszelkie śmieci sprzedawane za symboliczne 5 złotych. Kilku zabitych Tybetańczyków co dwadzieścia lat, łamanie praw człowieka, procesy dysydentów, wszechobecna cenzura, prześladowania religijne nie są wysoką ceną za wyprodukowany w Chinach markowy telewizor kupiony w promocji, na którym będzie można obejrzeć sobie olimpiadę. Zresztą tych „żółtych” jest tak wielu i oni sami tego chcą bo to taka inna kultura przecież jest, no kurna kolektywistyczna...
Chiny to doskonały przykład jak bardzo kapitalizmowi nie jest po drodze z demokracją i związanymi z nią wartościami. Pamiętam, że jeszcze parę lat temu panowało dość powszechne przekonanie, że wprowadzenie wolnego rynku musi skutkować powstaniem społeczeństwa obywatelskiego i w konsekwencji demokracji. Teraz już niewielu myśli tak na poważnie... Olimpiada doskonale obrazuje to wszystko to co już napisałem. Koncerny już zacierają ręce na myśl jak wiele osób zobaczy ich reklamy. Menadżerowie w McDonald's już dostają prawie orgazmu na myśl jak te miliony małych chińskich rączek po zobaczeniu złotych łuków w telewizji sięgają po hamburgery. MKOl liczy wpływy z reklam i zaciera ręce bo z biznesowego punktu widzenia wybór Pekinu był optymalny. Sportowcy są tu najmniej winni. Są tylko „małpkami”, które w tym cyrku mają dostarczać rozrywki. Większość z nich nie jest tego nawet świadoma. Chyba tylko dlatego słyszę głosy sportowców, że to tylko sport i nie należy go mieszac z polityką. Już od olimpiady w Berlinie wiadomo, że jest inaczej...
Co więc należy zrobić? Czy sportowcy powinni olimpiadę zbojkotować czy też nie? Dla mnie to problem drugorzędny. Żyjemy w epoce, w której każdy z nas jest bardziej konsumentem niż obywatelem. Nie jestem tym zachwycony, ale korzystajmy z możliwości jakie to nam daje. Olimpiada w Pekinie jest towarem, dla mnie w swojej nadbudowie odrażającym. Nie chcę z nią mieć nic wspólnego. Z całą pewnością nie wezmę urlopu by śledzic co się tam dzieje, nie będę jej oglądał w telewizji, nie będę o niej czytał w prasie. Od dawna już staram się nie kupować towarów wyprodukowanych w Chinach (no chyba, że w Republice Chińskiej), chociaż ze względu na globalizację nie zawsze jest to możliwe. Smutna prawda jest taka, że wszyscy korzystamy w pewnym stopniu z tego co się w Chinach dzieje, wszyscy jesteśmy w pewien sposób za to odpowiedzialni. Wywieranie presji na sportowcach jawi mi się jako hipokryzja.
Na koniec jeszcze parę słów o Tybecie. Właściwie chyba nie ma aktualnie przykładu bardziej rażącej niesprawiedliwości. Wolny kraj zostaje podbity i kolonizowany przez agresora przy całkowitej bierności świata. Tybet to niestety nie Kuwejt, a Chiny to nie Irak. Nie ma szans na zdecydowane działania. To wszystko jest tym bardziej niesprawiedliwe, że nie było chyba bardziej pokojowo nastawionego społeczeństwa niż tybetańskie. Religia zmieniła wojowników, których bała się cała Azja w łagodnych mnichów. Religia buddyjska była jedną z przyczyn tak łatwego podboju Tybetu. Prześladowania religijne i laicyzacja zmieniają społeczeństwo tybetańskie. To znamienne, że Dalajlama wydaje się byc przerażony przemocą a właściwie jej skalą. Tybetańczycy powoli przestają być łagodnymi ludźmi umierającymi w ciszy za swoje przekonania. Skąpe informacje jakie do nas docierają pokazują, że już nie wahają się przed chwyceniem kamieni w dłonie. Rodzi się tam powoli całkiem współczesny nacjonalizm, w którym religia będzie traciła na znaczeniu a wzmacniac się będzie czynnik etniczny. Nie zdziwiłbym się już chyba akcji terrorystycznej przeprowadzonej przez Tybetańczyka (może jeszcze nie teraz ale za rok czy dwa...). Paradoksalnie działania Chińczyków zmierzające do laicyzacji społeczeństwa tybetańskiego mogą miec dla nich nie najlepsze skutki. Warunki naturalne w Tybecie do prowadzenia walki są nawet lepsze niż w Afganistanie. To co się teraz tam dzieje może stac się impulsem do szukania nowych sposobów walki...

wtorek, 4 marca 2008

Kanada dyskutuje o Kosowie...

No i stało się. Tak jak się można było spodziewać uznanie niepodległości Kosowa może stać się źródłem wielu problemów. Szczególnie dotyczy to państw niejednorodnych etnicznie, w których występują silniejsze bądź słabsze tendencje separatystyczne. Zaskakują mnie więc takie państwa jak chociażby Wielka Brytania, która tak łatwo decyduje się na uznanie prowincji, która przecież ogłasza niepodległość na podstawie jednostronnej decyzji. Oczywiście sytuacja Szkocji jest nieco inna niż Kosowa i trudno mi sobie wyobrazić jednostronną decyzję władz w Edynburgu. Niemniej jednak otwierają się całkiem nowe możliwości przed ruchami separatystycznymi...
W Kanadzie przed uznaniem Kosowa ostrzegał były premier Jean Chretien. Powoli staje się oczywiste, że precedens Kosowa może być wykorzystywany przez quebeckich separatystów. Po początkowej umiarkowanej akceptacji dla niepodległości Kosowa chyba powoli zaczyna przychodzić otrzeźwienie i rodzą się wątpliwości. Na razie wygląda na to, że rząd w Ottawie się jeszcze nie zdecydował. Jeśli uzna Kosowo to jeszcze nie raz będzie przeklinał tą decyzję...
Z innych kanadyjskich spraw należałoby wspomnieć o wyborach w Albercie. Nie mogę powstrzymać się i nie napisać, że kanadyjska (ale nie tylko) polityka zaczyna przechyla się coraz bardziej na prawo. Może poza Stanami, ale tam przecież wynik wyborów wcale jeszcze nie jest przesądzony i wcale republikanie nie są już przegrani. W Albercie wygrał Ed Stelmach i jego konserwatyści (w całej Kanadzie też są bliscy większości jak wskazują sondaże) i jest to już jedenaste zwycięstwo tej formacji z rzędu w tej prowincji ropą płynącej. O tym dlaczego tak się stało można przeczytać tutaj...
I na koniec krótki raport, który mile łechce kanadyjską dumę. Miło jest pewnie przeczytać, że aż 91% Amerykanów uważa, że w Kanadzie są lepsze warunki do życia niż w Stanach. Czyli jest niemal tak samo dobrze jak w Polsce.

środa, 6 lutego 2008

Akcja widelec, czyli o tym jak kompromitują się policjanci...

Współcześnie zdaje się panować przekonanie, że wszystko już było. Historia zatoczyła koło i ponownie przeżywamy to wszystko co było udziałem przeszłych pokoleń. Widoczne jest to w kulturze, gdzie wciąż na nowo odgrzewane są stare mity. Coraz trudniej wymyślić coś nowego więc coraz większą wartość ma oryginalność. Zjawisko potęguje się dzięki coraz szybszemu przepływowi informacji. Bombardowani milionami informacji powoli tracimy zdolność dostrzegania tych ważnych. Koncentrujemy się na tych, które się wyróżniają, już nawet nie treścią ale formą. Odnosi się to nie tylko do kultury, gospodarki czy polityki. Zaczyna być to innamentną cechą naszej kultury. Dlatego twórcy reklam zarabiają dziś grube miliony, podobnie zresztą jak specjaliści od wizerunku. Dziś by zaistnieć nie wystarczy mieć ważnego przesłania ale trzeba ładnie je opakować i zaprezentować. Czasem można nawet nic nie mieć byle tylko zrobić show (patrz konferencje Ziobry i spółki).
Próby takich działań widzieliśmy podczas ostatniej kampanii wyborczej, kiedy to politycy przynosili na konferencje różne gadżety i starali się przekonać używając chwytów stosowanych gdzie indziej jakieś ćwierć wieku temu, że w sposób zabawny potrafią zdyskredytować przeciwników. Liczyli, że tym samym w społecznej świadomości utrwali się "przesłanie" i na trwałe oponentom politycznym przypisze się pewne negatywne skojarzenia.. Stało się chyba inaczej i akcje polegające na obdarowywaniu się mydłem czy tanim winem budzą bardziej politowanie niż uznanie...
Media i my ich konsumenci stajemy się coraz bardziej wybredni. Nic więc dziwnego, że by zaistnieć wymyśla się coraz więcej zaskakujących akcji. Niektóre są genialne, jak chociażby akcja zapoczątkowana przez kilku nastolatków przed wyborami 2007. "Schowaj babci dowód" w sposób wręcz genialny wpisywała się w nastroje społeczne i opisywała stosunek młodych ludzi do decydowania o sprawach ważnych ponad ich głowami. W podobnym kierunku zamierzali iść policjanci inicjując "akcję widelec". O ile jednak ta pierwsza inicjatywa może być wzorem skutecznej akcji społecznej o tyle działania policjantów są klasycznym przypadkiem nieudolności i braku polotu. Słuchając wczoraj radiowej Trójki ze zdziwieniem stwierdziłem, że sami policjanci nie wiedzą dlaczego wybrano widelec. W dzisiejszym Dzienniku było już lepiej. Widelec zdaniem policjantów jest przedmiotem tak absurdalnym, że doskonale symbolizuje bezsens funkcjonowania policji. Zastanawiam się czy bardziej absurdalny nie byłby np. korniszon czy skrobaczka do marchwi. Nie wiem jak można zdecydować się na akcję medialną i nie być w stanie powiązać symbolu jakim jest widelec z celem protestu. Do głowy przyszło mi kilka propozycji:

  • Widelec nie być potrzebny. Przecież wszysko jeść rękami, widelec strata czasu. Widelec symbol biurokracja. Dużo działań nieważne, mało czasu dla ważne. Mieć pełny brzuch bez widelca, być dobry policjant bez czytania i pisania. Widelec to nadmierne wymagania, znaczy się biurokracja.
  • Widelec jako symbol kiepskiego uzbrojenia policji. Sprzęt jest tak w marnym stanie, że uniemożliwia to pracę policjantom. Wysyłane do Komendy Głównej widelce są w takim stanie, że nie mogą być już skutecznie wykorzystywane w służbie. Taki widelec to nawet tchawicy złoczyńcy nie przebije. Dlatego policjanci domagają się lepszego wyposażenia i szlifierek na każdym komisariacie!!!
  • Widelec jest odsyłany na znak, że od tej pory policjanci obiecują wziąć się do roboty. Przestają się obżerać i zaczynają działać. Będzie to dobre nie tylko dla społeczeństwa bo wreszcie będzie widać policjantów na ulicach ale również dla samych policjantów, którzy przestaną mieć kłopoty z nadwagą. O teraz złapanie przestępcy z połamanymi nogami i przestrzelonym płucem nie będzie już graniczyło z cudem...
Strasznie zdenerwowała mnie amatorszczyzna policjantów. Akcja narodziła się na forum internetowym co samo w sobie jest pozytywne bo świadczy o możliwości zorganizowania się. Z drugiej strony jeśli inne akcje policji podejmowane są z takim wyczuciem i rozmachem to radzę wszystkim zakupić akcje zorganizowanych grup przestępczych bo one z pewnością nie pójdą w dół mimo ewentualnego krachu giełdowego w Stanach. Policjanci pewnie są zaskoczeni stosunkowo słabym oddźwiękiem swojej akcji w mediach. Właściwie powinni się cieszyć bo jest ona doskonałym pretekstem do nowej fali dowcipów o nierozgarniętych smurfach. A można było chociażby wysłać przed kamery długonogą policjantkę z długim warkoczem i czarującym uśmiechem, która powiedziałaby mniej więcej coś takiego:

Akcja widelec ma na celu uświadomienie opinii publicznej sytuacji w policji. W ten sposób chcieliśmy zwrócić uwagę na fakt, że z "tortu" jakie w tym roku rządzący przeznaczyli na unowocześnienie policji nic nie trafia do zwykłych policjantów. Jeśli nie dostajemy nawet kawałka tortu w postaci lepszego wyposażenia czy wyższych płac to nie są nam również potrzebne widelce do jego zjedzenia. Większość pieniędzy zostaje w Komendzie Głównej więc tam przesyłane przez nas widelce przydadzą się dużo bardziej. Akcja być może zwróci wreszcie uwagę na niesprawiedliwy podział dodatkowych pieniędzy jakie w ostatnim czasie wpłynęły do policji.

Koniec!!! Może to nie gejzer intelektu ale zawsze jakieś wytłumaczenie podejmowanych działań. Z korniszonem byłoby łatwiej...

niedziela, 3 lutego 2008

Dziennikarstwo w IV RP, czyli nie tylko Tomasza Wołka osąd krytyczny...

Znaczna część naszych obywateli uważa, że polityka jest brudna. Dlatego za punkt honoru stawia sobie nie branie udziału w wyborach, nie słuchanie polityków i rezygnację z jakiejkolwiek formy aktywności, która z polityka może być kojarzona (paradoksalnie może by to nawet rezygnacja z przynależności do związków zawodowych). Stara się ignorować coś co istnieje w nadziei, że to coś zniknie. W liberalnej demokracji jest to możliwe, często nawet opłacalne. Czy nie przyjemniej jest urządzić sobie wyprzedażowe polowanie zamiast wysłuchiwać niedorzeczności wygłaszanych z emfazą przez polityków. Przyznam się, że i mnie dopadają podobne odczucia. Stąd poniekąd (ważniejszy jest brak wolnego czasu) moja mała aktywność na blogu. Czasem mam wrażenie, że moje wpisy przypominają trochę sondy badawcze wysłane w kosmos bez konkretnego celu ale z nadzieją, że gdzieś dolecą. I zwykle dolatują ale niestety nie tam gdzie mi się marzy...
Czy zatem polityka jest czymś złym? Aż chciałoby się odpowiedziec jednym słowem, zdecydowanie i bez namysłu. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej skomplikowana. To nie polityka jest bowiem zła, ale ludzie którzy ją tworzą. To przez nich staje się brutalną grą pełną kłamstw i nienawiści, cynicznym zabieganiem o władzę za wszelką cenę. Reagując obrzydzeniem i odwróceniem się od tego co "polityczne" niestety tylko wzmacniamy ludzi, którzy w taki sposób politykę uprawiają.
Nie podoba mi się polska polityka. Nie jestem naiwnym idealistą ale wierzę, że mogą istnieć standardy przestrzegane dla dobra nas wszystkich. O takie właśnie standardy upomina się Tomasz Wołek w weekendowej GW. Czyni to w odniesieniu do środowiska dziennikarskiego wychodząc jednak z podobnych do zawartych w tym wpisie przesłanek. Jest to wystąpienie bardzo odważne i bezkompromisowe, doskonale opisujące to co się w Polsce działo w ostatnich dwóch latach pod rządami PiS. Moim zdaniem bardzo potrzebne chociażby do tego by zmienił się sposób pisania o polityce.
Dziś czytając tekst Piotra Zaremby o łamaniu standardów w polityce miałem wrażenie jakbym czytał swoje wpisy sprzed paru miesięcy, kiedy to PiS rościł sobie prawo do decydowania o zasadności wystawianych przez PO kandydatów. Trudno mu w nim odmówić racji, ale zestawiając go z jego komentarzem do słów Jarosława Kaczyńskiego jakie padły w wywiadzie dla Faktu o Adamie Michniku czuję zażenowanie. Piotr Zaremba wprawdzie zastrzega, że sam by tak nie powiedział ale przecież... i tu mamy formalne usprawiedliwienie wypowiedzi godnej lidera jakiejś ekstremistycznej partii prawicowej a nie partii, która ma szansę na wygranie następnych wyborów. Nawet on stosuje bardzo prymitywny choć skuteczny chwyt "fałszywej symetrii", o którym napisał Wołek. Bo przecież GW to GW i ma swoje grzeszki na sumieniu... Tyle tylko, że w ten sposób można usprawiedliwić nawet Hitlera.
Jak napisałem dobrze się stało, że ktoś odważył się na tak zdecydowane wystąpienie. Mam nadzieję, że nie stanie się ono gwoździem do trumny redaktora Tomasza Wołka, którego bardzo cenię. Dostanie mu się w poniedziałkowej prasie oj dostanie i dlatego chociaż w ten sposób chcę go wesprzeć. Tym bardziej, że oprócz przeszłości przedmiotem jego zainteresowania jest również przyszłość. Sam system stworzony przez IV RP jest bowiem groźny. Jest to zauważalne nie tylko w środowisku dziennikarskim ale wszędzie tam, gdzie władza ma instrumenty na to by wpływać na działania z pozoru niezależnych instytucji. Kto nie wierzy niech zobaczy jak zmieniła się prokuratura po dojściu PO do władzy, jak zmienił się sposób orzekania sądów. Lekcja z ostatnich dwóch lat została odrobiona...

wtorek, 4 grudnia 2007

Prezydenta sny o potędze, czyli nie tylko o ataku na MSZ...

Trochę się rozleniwiłem ostatnio. Odcięcie od netu może mieć zbawienny wpływ na skołatane nerwy. Świat realny wydaje się wtedy dużo bardziej przyjaznym miejscem. Czas „marnowany” przed ekranem komputera można wykorzysta na lekturę, wyjście do kina czy telefon do od dawna nie widzianych przyjaciół. Dlaczego więc zdecydowałem się na nowy wpis? Sam nie wiem, pewnie nałóg okazał się ode mnie silniejszy:).
W ostatnich tygodniach cała Polska żyje „sporem” pomiędzy prezydentem a rządem o politykę zagraniczną. Wykorzystywane są bardzo różne chwyty by tylko przekonać „oświecone społeczeństwo” do swoich racji. Prezydent jak to ma w zwyczaju wykorzystuje szereg „obrażonych” min, premier powtarza jak mantrę zdanie o „potrzebie dialogu” podczas gdy toczy się brutalna walka o ustalenie granicy kompetencyjnych. Lech Kaczyński stara się jak najwięcej wyrwać dla siebie nie za bardzo oglądając się na konstytucję. Wciąż marzy mu się ustrój prezydencki, który jest przecież wyłania się z PiS-owskiego projektu nowej konstytucji. Jeśli nie można więc załatwi tego poprzez parlament to może uda się poprzez utrwalenie określonej praktyki ustrojowej. Dlatego minister Kamiński robi z siebie idiotę, podobnie zresztą jak pani Fotyga bo cel jest zdrożny. Zawsze może coś się uda osiągnąć...
Paradoksalnie te działania zdają się odnosić pewne sukcesy. Co prawda Donald Tusk trzyma się mocno i nie zamierza iść na jakiekolwiek ustępstwa. Jego strategia polegająca na tym by postępować literalnie z konstytucją i ustawami jest jak najbardziej słuszna. Niemniej prezydent ugrał swoimi działaniami parę punktów u elektoratu. Jak wynika z sondażu SMG/KRC przeprowadzonego dla telewizji publicznej (bodaj programu Forum) na pytanie o to kto powinien mieć decydujący wpływ na polską politykę zagraniczną aż 25% wskazało na prezydenta... Trochę mnie to zdumiewa, bo świadczy tylko o nieznajomości systemu politycznego w Polsce. Oczywiście samo pytanie jest sformułowane w sposób szalenie nieprecyzyjny. Część pewnie wskazała prezydenta bo uważa, że ustrój prezydencki byłby lepszy chociaż teraz to faktycznie polityka zagraniczna leży w gestii rządu. Niemniej i tak wyniki są zaskakujące bo wyraźnie pokazują, że w imię partyjnej solidarności można bez problemu ignorować fakty...
Właściwie nie mam specjalnego żalu do naszego niewykształconego społeczeństwa. Zamówienie jednak takich badań przez „reżimową” telewizję uważam za skandal. Nie wiem tylko czy zadanie takiego anie innego pytania wynika z ignorancji czy ma podłoże polityczne. W obu przypadkach nie świadczy to dobrze o telewizji publicznej. Równie dobrze można by zapytać Polaków o to czy decydujący wpływ na długość lata powinny mieć siły natury czy ogół społeczeństwa. Dla mnie zasady ustrojowe zapisane w konstytucji są równie trwałe jak prawa natury. Nie znaczy to oczywiście, że są one niezmienne. Istnieje przecież określona procedura zmiany konstytucji. Jednak zadawanie pytania o to kto powinien mieć decydujący wpływ na polską politykę polityczną podczas gdy konstytucja nie pozostawia co do tego wątpliwości może prowadzi tylko do anarchizacji życia politycznego. Nie można w sposób tak bezpośredni podważać istniejących zasad ustrojowych. Oczywiście podział kompetencji zapisany w konstytucji nie jest do końca określony. Dobrze by było, gdyby zajął się tą sprawą Trybunał Konstytucyjny. Nie wierzę jednak by prezydent mimo wcześniejszych zapowiedzi zwrócił się do niego w tej sprawie. W jego interesie leży, by było jak najwięcej wątpliwości bo tylko wtedy ma nadzieję na poszerzenie swoich kompetencji.
Na koniec podam pozostałe odpowiedzi w sondażu SMG/KRC. Na rząd wskazało 67% zaś do braku zdania przyznało się 8%. Można powiedzieć, że w pewien sposób poglądy polityczne zaważyły na tym jakie padały odpowiedzi. Nie wiem czy te 67% wskazywało rząd dlatego, że tak dobrze zna konstytucję czy też może tylko „nie lubi” prezydenta. Coś mi mówi, że ten drugi powód mógł mieć znacznie większe znaczenie. Co to jednak za demokracja, w której prawo ma się za nic a w swoich osądach ludzie kierują się infantylną odrobinę sympatią.

wtorek, 20 listopada 2007

Zawieszam działalność

Niestety jestem zmuszony zawiesić swoje blogowanie z przyczyn technicznych. Nie mam na razie dostępu do netu i nie wiem kiedy to się zmieni. Pisywanie bloga w kafejkach internetowych mija się z celem, aż tak bardzo nie jestem zdeterminowany...
Mam nadzieję, że szybko uda mi się rozwiązać problemy techniczne i wtedy będę mógł nie tylko opublikować nowe wpisy ale również odpowiedzieć na zaległe komentarze. Na koniec mogę tylko smętnie skomentować: Lepsze jest wrogiem dobrego...

wtorek, 13 listopada 2007

Moje NIE dla systemu większościowego...

Powoli wyłania się rząd i tworzą się zręby programowe koalicji. U niektórych oburzenie wywołuje fakt, że PO rezygnuje ze swoich sztandarowych postulatów: systemu większościowego i podatku liniowego. Zapewnienia marszałka Komorowskiego, że jest inaczej nie brzmią wiarygodnie. Ja osobiście się cieszę bo jestem przeciwnikiem obu tych propozycji. Podatek liniowy jest dla mnie (jak to określił Jacek Żakowski) niczym więcej niż tylko “ modą intelektualną “ powstałą na początku lat 90-tych i mającą swoje źródło w fascynacji neoliberalizmem. Wiara w jego cudowną moc jest moim zdaniem złudna. Jestem za obniżaniem i upraszczaniem podatków, ale powinien pozostać progresywny podatek dochodowy.
System większościowy bierze się z podobnych źródeł. Fascynacja anglosaskim modelem politycznym czy ściślej nawet modelem amerykańskim prowadzi wielu ludzi do wiary w ozdrowieńczą moc wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych. O ile w moim przekonaniu podatek liniowy może co najwyżej prowadzić do zwiększenia się dysproporcji społecznych przy jednoczesnym wszakże szybszym wzroście gospodarczym to zmiana systemu wyborczego może przynieść tylko negatywne skutki. Pisywałem o tym wielokrotnie więc może zamiast się powtarzać zacytuję niemal w całości swój wpis sprzed ponad roku (http://ith.blox.pl). Myślę, że zachowuje on nadal aktualność i może być dobrą podstawą do dyskusji. Przepraszam za brak polskich liter ale wtedy taką miałem koncepcję prowadzenia bloga.
Znaczna czesc spoleczenstwa popiera propozycje Platformy Obywatelskiej i system wiekszosci wzglednej w jednomandatowych okregach wyborczych. Taka zmiana ich zdaniem doprowadzi do znacznej poprawy na scenie politycznej. Pomyslalem wiec, ze warto przyjzec sie blizej funkcjonowaniu systemu wiekszosciowego w innych krajach...
PO odwoluje sie najczesciej do doswiadczen amerykanskich co nie jest moim zdaniem uzasadnione. Mam wrazenie ze spora czesc zwolennikow systemu wiekszosciowego nie potrafi uwolnic sie od utopijnej mysli ze wprowadzenie go musi doprowadzic automatycznie to sytacji takiej samej jaka ma miejsce w Stanach Zjednoczonych. Ja uwazam ze mamy zupelnie inne spoleczenstwo, inna kulture polityczna, tradycje, instytucje i tego wzorca nie mozna powielic. Szczegolnie istotna roznica jest brak potrzeby istnienia stabilnej wiekszosci w Kongresie popierajacej "rzad". Konsekwentny rozdzial wladzy wykonawczej i ustawodawczej stwarza szanse na wiekszosc niezaleznosc kongresmenow nie tylko od wladzy wykonawczej ale i od partii do ktorych naleza.
Bardziej przydatne wydaje sie obserwowanie takich krajow jak Wielka Brytania. Tam rzad jest odpowiedzialny przed Izba Gmin i bez jego poparcia nie moze funkcjonowac. Miedzy bajki nalezy jednak wlozyc teze, ze ludzie w swoim wyborze kieruja sie cechami danego kandydata a nie przynaleznoscia partyjna. Co wiecej, w coraz wiekszym stopniu Bytyjczycy glosuja na osobe premiera niz na partie polityczne. Poslowie podlegaja daleko idacej dyscyplinie nad ktora czuwaja specjalnie wybrani w tym celu whipowie. Jest to tym latwiejsze, ze bez poparcia partii politycznej ponowny wybor jest niemal niemozliwy.
Nie do konca potwierdza sie rowniez teza, ze system wiekszosciowy gwarantuje stabilnosc. W Kanadzie juz po raz drugi z rzedu nie udalo sie wylonic po wyborach rzadu wiekszosciowego. System ten bowiem sprzyja ugrupowaniom silnym regionalnie. Po wprowadzeniu systemu wiekszosciowego w Polsce mozna sie wiec spodziewac, ze takie ugrupowania jak PSL i Samoobrona wcale nie musza zniknac z Sejmu... Prawda jest jednak, ze systemy wiekszosciowe sa zazwyczaj bardziej stabilne niz proporcjonalne.
Warto sie jednak zastanowic za jaka cene. Po pierwsze dzieje sie to kosztem bardzo duzych deformacji. Czasem wiekszosc uzyskuje partia, ktora w skali kraju zdobyla mniej glosow od tej, ktora de facto wybory wygrala. Doskonalym przykladem owych deformacji sa wybory w Kanadzie w 1993 roku. Silny regionalnie Blok Quebecki zdobyl 13,5% glosow co dalo mu 50 mandatow. Ogolnokrajowa Partia Postepowo - Konserwatywna zdobyla poparcie rzedu 16% co przelozylo sie na tylko 2 mandaty. Takie znieksztalcenia powoduja, ze coraz czesciej odchodzi sie w krajach anglosaskich od systemow wiekszosciowych. W 1993 roku zrezygnowala z systemu wiekszosciowego Nowa Zelandia, wczesniej zrobila to Irlandia, RPA i Australia. W Kanadzie juz wkrotce zdecyduja sie na to pierwsze prowincje. W Wielkiej Brytanii system wiekszosciowy nie jest juz wykorzystywany w wyborach do Parlamentu Europejskiego oraz Parlamentu Szkockiego i walijskiego Zgromadzenia.
W Europie kontynentalnej od systemu wiekszosciowego zrezygnowano duzo wczesniej uznajac go z powodu jego niereprezantatywnosci za malo demokratyczny. Jego genezy nalezy szukac jeszcze w feudalizmie. W ten sposob wybieralo sie przedstawicieli okreslonych ziem a nie reprezentantow spoleczenstwa. System taki od biedy moze funkcjonowac w krajach o dlugich tradycjach demokratycznych. Wazne by okres demokratyzacji poprzedzil okres liberalizmu. Jesli tak sie nie dzieje demokracja jest przez ludzi utozsamiana z rzadami wiekszosci. Tak jak na Bialorusi, gdzie oczywiscie ma zastosowanie system wiekszosciowy. W ten sam sposob wybierani sa rowniez przedstawiciele w wielu postsowieckich republikach i niemal zawsze sprzyja to powstawaniu rzadow autorytarnych bo podzielona opozycja nie jest w stanie przejac wladzy. A kiedy jej to sie uda to zaczyna zachowywac sie w taki sam sposob jak rezim z ktorym walczyla.
Nie wiem czy nasze spoleczenstwo jest gotowe na zmierzenie sie z systemem wiekszosciowym. Demokracja jeszcze tu nie okrzepla na tyle by miec gwarancje, ze ten system bedzie wykluczal ekstremizm a nie sprzyjal szerzeniu sie populizmu. Nie mamy gwarancji, ze po kazdych wyborach partie polityczne nie beda chcialy budowac kolejnej Rzeczpospolitej i niszczyc wszystkiego co dotad zbudowano. System proporcjonalny jest moim zdaniem o tyle lepszy, ze wymusza kooperacje. Dla mnie w tak nieuksztaltowanej demokracji jak nasza to zaleta a nie wada. Niestety elity nie potrafia i nie chca wspolpracowac kierujac sie wlasnym interesem politycznym. Jednak zamiast co i raz zmieniac zasady gry moze czasem warto poczekac az system zacznie funkcjonowac...

czwartek, 8 listopada 2007

Najnowsze wieści z Kanady...

O tym, że Quebec nie jest tylko jedną z kanadyjskich prowincji nie muszę przekonywać. To co się tam dzieje, jest o wiele ważniejsze od tego co ma miejsce w innych prowincjach. W ostatnich dniach pojawiła się groźba przedterminowych wyborów. Z inicjatywą wotum nieufności wobec mniejszościowego rządu tworzonego przez miejscowych liberałów wystąpił lider ADQ Mario Dumont. By jednak cała inicjatywa mogła mieć szansę na powodzenie konieczne było współdziałanie z separatystyczną PQ. Ta jednak ma nieco inne cele. Na razie nowa lider PQ Pauline Marois pracuje ciężko nad przebudową partii i odzyskaniem przez nią dawnego poparcia. Nic więc dziwnego, że odmówiła...
Za to w innej sprawie doszło do zgodnej współpracy nie tylko między ADQ i PQ ale również Partią Liberalną. Otóż przedstawiciele tych trzech partii wydali wspólne oświadczenie w sprawie ewentualnej reformy Senatu. Zgodnie stwierdzili, że “żadne zmiany dotyczące kanadyjskiego Senatu nie mogą być przeprowadzone bez zgody rządu w Quebecu i Zgromadzenia Narodowego”. Jest to odpowiedź na zapowiedź premiera Stephena Harpera przeprowadzenia referendum w sprawie reformy Senatu. Tak jak przewidywałem na tym blogu w nie tak odległej przeszłości przekonanie Quebecu do nawet niewielkich zmian będzie bardzo trudne. Jeszcze gorszy wydaje się pomysł referendum. Może bowiem dojść do powtórki z Aktem konstytucyjnym z 1982 roku, który obowiązuje w całej Kanadzie ale nie w Quebecu. W tej sytuacji może być jednak jeszcze trudniej bo bojkotowanie nowej izby wyższej przez jedną z prowincji może doprowadzić do konstytucyjnego paraliżu. A w konsekwencji nawet do wzrostu tendencji separatystycznych i ponownego referendum niepodległościowego w tej francuskojęzycznej prowincji...
Tymczasem na zachodzie w prowincji Saskatchewan odbyły się wybory, w których wygrała Saskatchewan Party(SP). Przegrała dotąd rządząca NDP ale również Partia Liberalna, która nie uzyskała ani jednego mandatu. Żal jest tym większy, że liderem liberałów jest David Karwacki. Mogłoby być ciekawie, gdyby w Albercie rządził Ed Stelmach a tuż za miedzą Karwacki... Moje niedopieszczona narodowa duma byłaby większa niż po kolejnym zwycięstwie Małysza.
SP jest partią centroprawicową, powstałą w 1997 roku ze zjednoczenia torysów i części liberałów (wigów). Tym samym tylko w Saskatchewan doszło do wytworzenia się systemu partyjnego podobnego do tego w Wielkiej Brytanii. Jest to pierwsze wyborcze zwycięstwo tej partii, co więcej po raz pierwszy od 16 lat premier tej Saskatchewan nie będzie socjaldemokratą. Rząd stworzy lider SP Brad Wall. Tak czy inaczej jest to wydarzenie przełomowe dla tej prowincji.

poniedziałek, 5 listopada 2007

Arogancja usprawiedliwiona, czyli rozgrzeszanie Ludwika Dorna...

Niektóre dni już z założenia bywają ciekawsze od innych. Dla kogoś zainteresowanego polityką taki dzień miał miejsce dziś. Pierwsze posiedzenie sejmu zawsze jest czymś co wzbudza emocje. Zawsze początek niesie za sobą jakieś nadzieje. Co więcej pierwsze gesty i działania stają się swoista wróżbą na przyszłość. Myślę, że uważny obserwator już dziś może przewidywać jak będzie wyglądała polityka w najbliższych miesiącach. Ja jednak nie zamierzam dokonywać jakiejś wnikliwej i całościowej analizy. Oglądając telewizję nie myślałem nad dalszym losem naszej demokracji ale skupiałem się na drobnych gestach wykonywanych przez polityków. Muszę przyznać, że czerpałem z tego dużo przyjemności...
Któż nie rozczuliłby się bezradnością pana premiera podczas żywiołowego powitania nawet przez członków PiS Lecha Wałęsy. Jakie słodkie było wzgardliwe wydęcie ust przez pana prezydenta, gdy do słów przysięgi Donald Tusk dodał “Tak mi dopomóż Bóg”. Albo zakłopotanie prof. Widackiego i prof. Filara gdy poszli w ślady Donalda Tuska zupełnie inaczej niż ich koledzy z LiD. Przebił to chyba tylko zasępiony wyraz twarzy posła Kurskiego zesłanego niemal do ostatniego rzędu...
Mnie jednak szczególnie zainteresował Ludwik Dorn. Z prawdziwą przyjemnością patrzyłem na byłego już marszałka sejmu gdy nie mógł ukryć rozbawienia podczas przedstawiania życiorysu jednego z kandydatów na swojego następcę. Mierzwił przerzedzoną już nieco czuprynę, zasłaniał usta starając się nie wybuchnąć śmiechem. Kręcił z niedowierzaniem głową bawiąc się setnie. Arogancja, która już nieodłącznie będzie się z jego wizerunkiem politycznym kojarzyć błyszczała. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby przedstawiano życiorys Bronisława Komorowskiego. Było jednak inaczej, bo to poseł Kuchciński zachwalał Krzysztofa Putrę...
Przez te kilka minut zrozumiałem skąd się owa słynna arogancja Ludwika Dorna bierze. Jeśli otaczają cię ludzie tacy jak Kuchciński, Putra, Szczygło, Fotyga, Brudziński, Szczypińska, Dudziński, Girzyński, Hofman i wielu innych po prostu nie można nie stworzyć teorii o wykształciuchach. Na codzień obcując z ludźmi z pozoru wykształconymi (oprócz Putry, który skończył edukację na poziomie technikum i bodaj Szczypińskiej), którzy jednak na każdym kroku wykazują ignorancję i podstawowe braki w logicznym myśleniu po prostu nie można inaczej. Że nie wspomnę już o pewnej kulturze, która w odległej przeszłości wiązała się z wykształceniem...
W takich okolicznościach bardzo łatwo nabawić się przekonania o własnej niezwykłości i marności intelektualnej innych. Słuchając bzdur o tym, że pan Putra “reprezentuje ogólnonarodową większość” czy hymny pochwalne na temat jego działalności opozycyjnej (szef komitetu zakładowego) i jego tradycji rodzinnych (tatuś poseł) w sposób naturalny pojawia się poczucie własnej wyższości. Bo skoro wybrańcy narodu reprezentują tak niski poziom intelektualny by nie widzieć absurdalności wypowiadanych przez siebie słów to jak “głupi” musi być naród, który ich wybrał. Tym bardziej, że poseł Kuchciński starał się w pewien sposób zestawić życiorys Putry i Komorowskiego. Nie muszę dodawać, że tylko ktoś kto ma polityczne skłonności samobójcze może sobie na to pozwolić...
Dlatego Ludwik Dorn jak na konserwatystę przystało jest trochę mizantropem, a trochę dobrym ojcem, który wie lepiej czego chcą inni. Nie dziwi mnie więc jego “bunt”, na który zdecydował się wraz z Pawłem Zalewskim i Kazimierzem Michałem Ujazdowskim. Co by nie mówić są to ludzie, których z całą pewnością nie można nawyzywać od ignorantów. W ostatnich czasach w PiS ich jednak izolowano, było zapotrzebowanie bardziej na żołnierzy niż polityków, którzy mają własny kręgosłup i szare komórki. Teraz po wyborach są pierwsze tego widoczne efekty. Na następne trzeba będzie jednak poczekać jeszcze przynajmniej do powołania komisji śledczych...
A tymczasem bawię się setnie obserwując rozbawienie Ludwika Dorna. Całe szczęście, że zajmował on podczas tej debaty miejsce obok Bronisława Komorowskiego bo zapewne w innym przypadku nie zaobserwowałbym jego zachowania a Państwo nie czytaliby tych słów...

Cmentarne refleksje, czyli nie tylko o przemijaniu...

Nie sposób sobie chyba wyobrazić święta zmarłych w inny niż jesienny dzień. Poczucie przemijania tylko wtedy staje się tak rzeczywiste. Liście spadające z drzew zmuszają do przemyśleń na temat upływu czasu i cyklu życia. Dlatego chyba na cmentarzach tak dużo ich rośnie. Bez szumu gałęzi dojmująca na cmentarzach cisza nie byłaby tak pełna i doskonała.
Pierwszym cmentarzem, który pamiętam z odległych już dość czasów dzieciństwa był ten w malutkiej miejscowości K. Mając cztery czy pięć lat nie myśli się o śmierci. Cmentarz to było fantastyczne miejsce, spokojne i pełne kryjówek. Kojarzy się przyjemnie z kwiatami, drzewami i ślicznymi kamiennymi budowlami, które ponoć są czyimiś domami. Na cmentarzu w K. było dużo drzew, w tym kilka naprawdę starych i wielkich. Szczególnie w okolicy, gdzie swój grób miała rodzina miejscowego dziedzica. Po wojnie ich dwór przejęty przez państwo zamienił się w szkołę, oni sami wyjechali na zachód. O ich istnieniu przypominały tylko grobowce, zupełnie inne od pozostałych grobów, niszczejące i opuszczone. Zarastały sobie tak w malowniczy sposób póki w K. nie zaczęło brakować miejsca na nowe pochówki. Pierwszą ofiarą braku miejsca padły licznie rosnące na cmentarzu bzy, później porozrzucane po cmentarzu drzewa. Pomniki wznoszono jeden obok drugiego nie kierując się żadną logiką. Grobami zaczęły wypełniać się nawet alejki przez co chodzenie po cmentarzu nabrało niemal wyczynowego charakteru.
Owo poczucie nadmiaru potęgowane było jeszcze przez wciąż rosnące nagrobki. Niektóre groby zmieniały się w w okazałe zamczyska. Wszak im większy nagrobek tym większy prestiż dla zmarłego i jego rodziny. Każdy przecież chce mieć swój własny Taj Mahal i nie ma aż takiego dużego znaczenia czy budowniczy kieruje się miłością czy pychą. W każdym razie cmentarz w K. nie przypomina już miejsca znanego mi z dzieciństwa.
Na terenie rodzinnego grobowca dziedzica dawniej odgrodzonego łańcuchem pojawiły się już pierwsze groby. Potencjalnych chętnych nie odstraszył nawet wypadek jaki miał miejsce w ubiegłym roku. Otóż w czasie pogrzebu trumna wpuszczana do grobu nagle gdzieś zniknęła. Okazało się, że wpadła do podziemnej krypty grobowca owego dziedzica... Ostatnie wolne resztki przestrzeni są zagospodarowywane. Na razie nie ma pomysłów na zniszczenie grobowca, wykorzystuje się tylko wolną przestrzeń wokół niego. Inne stare groby mają mniej szczęścia. Część już zniknęła, inne “walczą o życie”. Grób geodety, który dokonywał komasacji gruntów w całej gminie jeszcze w latach dwudziestych jest pod ciągłym ostrzałem. Dla mieszkańców jest on przeszkodą do powiększania swoich pomników a nie częścią ich historii. Skoro rodzina owego geodety już nie żyje to jaki jest sens zachowywać o nim pamięć (jego żona zmarła w 1979 i jest pochowana na warszawskim Cmentarzu Północnym).
Z drzew ostały się już tylko trzy, wszystkie tuż obok starego grobowca. Nie wiem na jak długo bo jak słyszałem pojawiła się społeczna inicjatywa by je usunąć. Jak się okazuje liście lecące z drzew spadają na drogie pomniki i je niszczą. Ciągle trzeba je sprzątać z grobów. Jest to nie do zaakceptowania tym bardziej, że liście nie mają wyczucia czasu i spadają akurat w okolicach dnia wszystkich świętych, kiedy porządek jest najbardziej potrzebny...
Cmentarz pęka w szwach i nic nie zapowiada poprawy sytuacji. Co prawda już od ośmiu lat jest nowy cmentarz po drugiej stronie drogi ale nikt się nie kwapi by tam spocząć. Tymczasem zarasta on lasem czekając na pierwszego ochotnika. Kościelny ma co robić bo tak co cztery pięć lat musi karczować to co tam wyrośnie.
Bardzo długo nurtowało mnie pytanie dlaczego ludzie nie chcą spocząć na nowym cmentarzu. Najczęściej pojawiają się dwie teorie. Pierwsza ma związek z ceną kwater wyznaczoną przez miejscowego proboszcza. Skądinąd jest to kuriozalna sytuacja bo cmentarz powstał za pieniądze gminy. Ale taka już nasza polska rzeczywistość...
Druga teoria wyjaśnia zdecydowanie więcej. Otóż powszechnie się wierzy, że pierwsza pochowana na nowym cmentarzu osoba będzie się czuła samotna i dlatego dla towarzystwa “ściągnie” sobie najbliższych i przyjaciół. Oczywiście w jakimś stopniu dotyczy to i następnych osób. W całej parafii jak dotąd brakuje śmiałka, który by się odważył i pochował kogoś bliskiego w nowym miejscu. Na razie wszyscy robią dobrą minę do złej gry i wskazują na pierwszą teorię. Nie wypada się przecież przyznać do strachu, lepiej więc czepiać się niewielkiej różnicy w cenie niż ośmieszyć się publicznie.
Tymczasem stary i urokliwy cmentarzyk na skraju wsi, tuż pod lasem zmienia się w kamienną pustynię. Coraz rzadziej dopadają mnie tam myśli nad przemijaniem i kruchością ludzkiego losu. W zamian pojawia się wyprana z wszelkiej duchowości wizja cmentarza jako miejsca gnicia ludzkich szczątków w zimnych kamiennych grobach. Swoisty wyraz rozbuchanego ego żyjących, miejsce które jest niczym więcej niż śmietniskiem dla ciał zmarłych. Może jest to bardziej prawdziwe od śmierci opisywanej przez poetów, a może to tylko mdły wyraz wrażliwości współczesnych. Sam nie wiem co gorsze...