czwartek, 8 stycznia 2009

Kryminał bez aktów ale ze śmiercią straszliwą na końcu. Finał wieńczący opowieść o Metodym Mofarskim...

Metody Mofarski uważał się za szczęściarza, bo zawsze ilekroć przydarzało mu się coś złego jednocześnie towarzyszyło temu coś dobrego. Tak było i tym razem, jego martwe ciało znaleziono już następnego dnia późnym wieczorem, tak że nie zdążył naruszyć go jeszcze poważnie ząb czasu. Gdyby Metody Mofarski jeszcze żył byłby z tego bardzo zadowolony, smród rozkładającego się ciała byłby dla niego źródłem potężnego stresu a poczucie dyskomfortu z tego wynikające unieszczęśliwiłoby go na wiele miesięcy. Bez wątpienia miał szczęście, nie zapisał się w pamięci potomnych jako gnijący i bezkształtny kawał mięsa.

Zawdzięczał to gburowatemu lokatorowi spod czwórki, który wracają z porannych zakupów zobaczył stojący wciąż na schodach termos Metodego Mofarskiego i pełen dobrej woli postanowił mu go zwrócić co było w jego przypadku rzeczą dość niezwykłą. Być może decydujące znaczenie miał fakt jego nieszczelności ale tego nie może wiedzieć nawet omnipotentny narrator. Tak czy inaczej gburowaty lokator spod czwórki postanowił zapukać do drzwi Metodego Mofarskiego tuż po godzinie dwudziestej pierwszej. Wybór czasu był optymalny bo wtedy kończył się ulubiony serial telewizyjny Metodego Mofarskiego. Gburowaty lokator spod czwórki liczył, że po godzinie spędzonej z psem Szarikiem być może będzie on w na tyle dobrym nastroju, że mu przyniesiony termos z poczucia wdzięczności ofiaruje. Zaskoczyła go niepomiernie głucha cisza, która zapadła w odpowiedzi na jego pukanie. Nie miał wątpliwości, że zdarzyło się coś złego bo Metody Mofarski nie miał zwyczaju wychodzić z domu o tak późnej porze i co najważniejsze za nic w świecie nie uroniłby nawet minuty ze swojego ulubionego serialu. Gburowaty sąsiad spod czwórki nacisnął klamkę ale mieszkanie było zamknięte. Dla pewności zapukał jeszcze dwa razy i pełen poczucia grozy wezwał Metodego Mofarskiego do wyjścia. Zgodnie zresztą z oczekiwaniami nie przyniosło to rezultatu. Wrócił więc do swojego mieszkania i sięgnął po telefon.

Policja zjawiła się już po godzinie. Czynszowa kamienica na skraju miasta, w której mieszkał Metody Mofarski cieszyła się bardzo złą sławą i dlatego wszelkie dochodzące na jej temat informacje były na miejscowym komisariacie traktowane śmiertelnie poważnie. Dwaj funkcjonariusze, podobnie jak nieco wcześniej gburowaty sąsiad spod czwórki pukając do drzwi nie doczekali się reakcji Metodego Mofarskiego. Zgodnie z procedurą udali się do gospodarza kamienicy, który dysponował na wypadek nadzwyczajnych okoliczności dodatkowym zestawem kluczy do każdego mieszkania w kamienicy. Nie zareagował on dobrze na prośbę policjantów. Bez wątpienia w tym przypadku okoliczności jednak były nadzwyczajne i dlatego mimo protestów i narzekań gospodarz kamienicy w końcu zmuszony był sięgnąć po wielki pęk kluczy i podążyć z nimi do mieszkania Metodego Mofarskiego. Po otwarciu drzwi policjanci niepewnie przekroczyli próg rozglądając się czujnie i cicho wołając gospodarza. Znaleźli go dość szybko, leżał w łóżku zwinięty w kłębek a na nim jego wielka półka na książki. Ze zmiażdżonej czaszki wyciekła mieszanina krwi i mózgu tworząc na poduszce wielką czerwoną plamę, która niemal dokładnie pokrywała się z inną, starszą, prawdopodobnie pamiątce po rozlanym czerwonym barszczu.

*****

Bardzo słynny inspektor, który swoją markę zawdzięczał konsultacjom przy największych serialach szybko odrzucił możliwość wypadku. Haki, na których wisiała półka zostały podpiłowane, prawdopodobnie piłą wciąż jeszcze leżącą na parapecie. Inspektor kazał zlecić zdjęcie z niej odcisków palców zresztą jak z całego mieszkania. Następnie przystąpił do bardziej gruntownych oględzin miejsca zbrodni. Niestety nie znalazł nic ciekawego oprócz niezwykle rzadkiego tygrysa z 1967 roku, którego dyskretnie schował do kieszeni. Zadowolony pomyślał, że jak dobrze pójdzie to już wkrótce będzie miał całą serię. To była już trzecia ofiara kolekcjonująca tygrysy w tym miesiącu... Ze słów sąsiadów wynikało, że ofiara była samotnikiem stroniącym od ludzi. Oprócz niego nikt inny nie miał kluczy do mieszkania, oczywiście poza gospodarzem kamienicy co czyniło tego ostatniego głównym podejrzanym. Tym bardziej, że jak na razie innych nie było. Dlatego też inspektor bez wahania kazał go natychmiast aresztować i przesłuchać z całą surowością stosowaną w tego typu sprawach.

Gospodarz kamienicy bardzo długo nie chciał się przyznać do winy. Napływające dowody w postaci odcisków palców z miejsca zbrodni czyniły jego sytuację coraz trudniejszą. Analiza gróźb przesyłanych Metodemu Mofarskiemu dała nowy przełom w śledztwie. Okazało się, że wszystkie one były pisane na papierze służbowym a na odwrocie każdej z nich widniała pieczątka z imieniem i nazwiskiem, adresem i numerem telefonu gospodarza kamienicy. Gwoździem do trumny okazały się jednak zeznania jego żony. Opowiedziała ona o chorobliwej zazdrości męża i jego nienawiści do Metodego Mofarskiego, z którym to ponoć miała mieć romans. Jej zdaniem mąż był osobą niezrównoważoną, zdolną do popełnienia nawet najgorszych czynów. Inspektor z czystym sumieniem mógł zamknąć śledztwo, tym bardziej, że wkrótce sam gospodarz kamienicy ze skruchą przyznał się do winy. Podpiłowanie haków było wyrazem rozpaczy, bo dosypywana przez niego Metodemu Mofarskiemu do jedzenia trutka na szczury nie działała. Ten miał się dobrze jak nigdy dotąd co tylko jeszcze zwiększało pielęgnowaną do niego w sercu nienawiść. Nie mógł wiedzieć, że Metody Mofarski spędził połowę swojego dzieciństwa ukrywając się przed rówieśnikami w labiryncie piwnic pod starą kamienicą. Tam w wyniku wielu prób początkowo przymusowych a potem już dobrowolnych uodpornił się na zawartą w trutce na szczury kumarynę.

Na pogrzebie Metodego Mofarskiego nie pojawił się nikt. Smutna ceremonia przebiegła szybko i w absolutnej ciszy. Wśród ludzi, którzy go znali przeważało poczucie ulgi. Nawet jego matka ucieszyła się, że już nie będzie dostawać tych przeklętych czekoladek, przez które tak bardzo w ostatnim czasie utyła. Zadowolony był gburowaty lokator spod czwórki, który zachował termos i inspektor policji kompletujący swoją biblioteczkę. Nawet jego morderca nie krył radości i satysfakcji ze śmierci „tej podstępnej gnidy”. Najwięcej na śmierci Metodego Mofarskiego skorzystała żona gospodarza kamienicy. Śmiejąc się dawno temu z jego durnego dowcipu wzbudziła w mężu zazdrość, która teraz przyniosła jej wolność. Podsycała ją opisując w swoim pamiętniku intymne chwile, które mieli ze sobą spędzić. Wiedziała, że mąż wszystko czyta i aż kipi z nienawiści. Miała nadzieję, że w gniewie zamorduje Metodego Mofarskiego a ona będzie mogła wreszcie zacząć nowe życie. Nie sama oczywiście ale z łysym jubilerem spod jedenastki, z którym spotkania były opisywane tak szczegółowo w jej pamiętniku. Żona gospodarza kamienicy czuła wdzięczność dla Metodego Mofarskiego za jego poświęcenie. Wybierała się nawet na jego pogrzeb ale w nawale pracy spowodowanej przeprowadzką ostatecznie zrezygnowała. 

Znając wyrozumiałość Metodego Mofarskiego mogę śmiało przypuszczać, że nie miałby do niej o to żalu, zresztą jak i do nikogo innego. Żył on zawsze w zgodzie z własnymi zasadami i dzięki temu teraz po śmierci jego życie stało się inspiracją dla innych. Czy ktokolwiek z nas mógłby chcieć czegoś więcej...

Koniec

wtorek, 6 stycznia 2009

Kryminał bez aktów ale ze śmiercią straszliwą na końcu. Część czwarta, najsmutniejsza ze wszystkich...

Nie minęła jeszcze dwunasta a już Metody Mofarski uszczęśliwiony gratulował sobie pomysłu wyjścia z mieszkania. Od strony towarzyskiej osiągnął sukces niebywały. Potwierdzało to starą prawdę, że najlepsze rzeczy zdarzają się tak po prostu i nie można ich zaplanować. Najwięcej satysfakcji dostarczyła mu rozmowa z gospodarzem kamienicy. Biedak chodził po wszystkich klatkach schodowych roznosząc służbowe zawiadomienia, powiadomienia i przypomnienia. Zmarznięty ochoczo przyjął propozycję kubka ciepłej kawy, którą Metody Mofarski złożył dając tym samym dowód swojej niezwykłej empatii. No cóż, wielkość najlepiej się wyraża w małych, z pozoru nic nie znaczących gestach. Gospodarz kamienicy nie potrafił ukryć, jak bardzo dobrym i kulturalnym lokatorem jest Metody Mofarski. Ten zawstydzony tymi pochwałami z trudem powstrzymał się przed ucieczką. Niestety termos był nieszczelny i kawa okazała się ledwo ciepła. Wbrew obawom Metodego Mofarskiego nie zakończyło to tak dobrze zapowiadającej się pogawędki. Gospodarz kamienicy okazał się szalenie kulturalnym człowiekiem, szczerze zainteresowanym stanem jego zdrowia. Tak rozczuliło go to, że niemal nie zdradził przyczyny swoich kłopotów. W ostatniej chwili się powstrzymał, nie chcąc obarczać swoim ciężarem tego miłego człowieka, który okazał mu tak duże zainteresowanie.
Gospodarz kamienicy jak się okazało miał również swoje problemy. Do największych należała plaga szczurów, której mimo wielu wysiłków nie udało się nawet ograniczyć. Metody Mofarski bezskutecznie starał się znaleźć słowa, które by pocieszyły tego zacnego człowieka ale nie potrafił. Dlatego też dając upust swoim emocjom najpierw poklepał go po plecach a następnie przytulił. Na ten miły gest gospodarz kamienicy zareagował wzruszeniem i dalszymi zwierzeniami. Okazało się, że źródłem prawdziwego nieszczęścia nie był plaga szczurów ale żona, która nie darzyła już go takim uczuciem jak kiedyś. Flirtowała bezwstydnie z innymi mężczyznami co doprowadzało go do szaleństwa. Gospodarz kamienicy nie chciał stracić swojej żony bo czy widział ktokolwiek piękniejszą kobietę na świecie? Metody Mofarski z grzeczności nie zaprzeczył, chociaż Pani Gospodarzowa zupełnie mu się nie podobała. Była dwudziestopięcioletnią blondynką ze zbyt szerokimi ustami i nazbyt wąskim nosem. Przeraźliwie chuda i wysoka bardziej przypominała te chore dziewczyny z telewizji, zataczające się z braku sił na wybiegach mody niż jego ukochaną mamusię. Metody Mofarski czytał kiedyś, że ponoć miłość jest ślepa więc szybko wybaczył gospodarzowi kamienicy jego brak gustu. Poklepał go raz jeszcze po plecach i zapewnił, że tak szlachetnym i dobrym ludziom nie przytrafiają się naprawdę złe rzeczy, co najwyżej chwilowe przykrości, które przypominają im o zasłużonym i należnym szczęściu będącym ich udziałem na co dzień. Pokrzepiony jego ciepłymi słowami gospodarz kamienicy podziękował mu i pożegnał się, bo czas był najwyższy wracać do wypełniania należnych mu obowiązków.
W takich chwilach Metody Mofarski czuł zadowolenie, że posłuchał rad mamusi i nie pozwolił by kobiety stały się ważną częścią jego życia. Dzięki temu było ono pełniejsze, bo mógł realizować wiele pasji a nie tylko jedną i do tego skrajnie niebezpieczną. Jego mamusia nie miała wątpliwości, mężczyźni nie umierają z powodu chorób ale zawsze i nieodmiennie przez kobiety. Tak było z jego ojcem, który tak zamyślił się w wannie nad cudownymi kształtami nowej sąsiadki, że nie zauważył trzymanej w dłoniach i podłączonej do prądu suszarki do włosów. Fakty są nieubłagane, gdyby myślał o sposobiącym się do narodzin Metodym Mofarskim żyłby do dziś... Czarne myśli szybko uleciały z jego głowy bo uświadomił sobie, że wreszcie po tylu latach znów miał szansę na przyjaźń z prawdziwego zdarzenia. Gospodarz kamienicy z pewnością był osobą godną zaufania a jego miła powierzchowność oraz intelektualna sprawność dawały gwarancję satysfakcji. Metody Mofarski podjął decyzję, że przy najbliższej sposobności zapyta go, czy ten nie ma ochoty wybrać się z nim na wystawę pamiątek po psie Szariku. Jego czapka z mistrzem Yodą wskazywała na to, że był on wyrafinowanym znawcą kina i z pewnością doceni jego propozycję. Metody Mofarski był z siebie tak zadowolony, że mimowolnie zaczął nucić pod nosem najnowszy szlagier niezwykle utalentowanego artysty. Jego ciche „spracowane jak poranek, po kolejnej nocy zarwanej...” niosło się po całej klatce. Nim zdążył dobrnąć do drugiej zwrotki zobaczył wsadzoną między drzwi białą kartkę. Strach i wypita w dużych ilościach kawa doprowadziły do łatwych do przewidzenia skutków...
*****
Rozpacz jaka stała się udziałem Metodego Mofarskiego, po klapie wydawało się gwarantującej sukces akcji była tak wielka, że pozbawiła go największego atutu jaki posiadał: błyskotliwej umiejętności logicznego myślenia. Stracił nadzieję na wykrycie tożsamości swojego mordercy i tym samym na przeżycie Nie pozostawało mu nic innego niż czekać na śmierć. Rzucił się na łóżko licząc, że poczuje chociaż ułamek tej niesamowitej przyjemności, która do niedawna czyniła z niego człowieka szczęśliwego. Zamiast tego nie mógł pozbyć się myśli, że wkrótce straci to wszystko. Również cudowną pościel w kurpiowskie wzory, którą zakupił w NRD podczas swojego jedynego w życiu urlopu. Nabył wówczas aż sześć kompletów, za wszystkie oszczędności jakie miał przy sobie bo nie chciał dopuścić by jakiś Niemiec przytulał się do skarbów polskiej kultury. Jednego z nich pewnie nie użyje już nigdy... Niestety o powodach wspomniał innym urlopowiczom co zakończyło jego współpracę z Funduszem Wczasów Pracowniczych. Teraz nie był nawet w stanie przywołać tych wszystkich cudownych chwil jakie wtedy przeżył. Myślał tylko o śmierci i jej wpływie na swoją przyszłość. Bez dwóch zdań rysowała się ona w czarnych barwach. 
Zrozumiał, że wszystkie poczynione plany nie zostaną już nigdy zrealizowane. Wisząca nad jego łóżkiem półka z książkami będąca dla niego powodem do dumy i wyznacznikiem jego intelektualnych aspiracji już nie wzbogaci się o nowe pozycje. Bogaty księgozbiór, w tym dzieła wszystkie Jana Dobraczyńskiego, seria „tygrysów” w liczbie siedemnastu egzemplarzy i wiele innych pozycji, z których Metody Mofarski był równie dumny zostanie najpewniej rozsprzedany za bezcen. Jaka szkoda, że nie pomyślał o napisaniu testamentu. Pełen rezygnacji skonstatował, że dotąd nie dopuszczał myśli o własnej śmierci. Poczuł się przeraźliwie samotny, ileż by dał by w tej chwili była z nim jego mamusia. Łzy napłynęły mu do oczu i zapłakał gorzko Metody Mofarski nad swym dobiegającym kresu życiem. Z każdą minutą lżej robiło mu się na sercu i w końcu zasnął pogodzony z własnym losem. Jak się miało okazać po raz ostatni w swoim życiu...
cdn.

niedziela, 4 stycznia 2009

Kryminał bez aktów ale ze śmiercią straszliwą na końcu. Część trzecia, po której będzie już z górki...

Przełom nastąpił po dwóch miesiącach, morderca zaskoczony spokojem swojej przyszłej ofiary zdecydował się bowiem zwiększyć moc swojej groźby i wreszcie dokonał tak bardzo oczekiwanej przez Metodego Mofarskiego zmiany jej treści. Słowa nadal co prawda pozostawały takie same, ale na ich końcu pojawił się wielki czarny wykrzyknik. Tego zlekceważyć już się nie dało. Metody Mofarski zrewidował swoje plany na sobotę i zamiast wizyty na wystawie pamiątek po psie Szariku, zwinięty w kuleczkę w swoim łóżku poddał się rozmyślaniom nad swoimi dalszymi działaniami. Zezłościła go swoista asymetryczność relacji między nim a jego prześladowcą. Dlaczego tak pokornie się godzi na rolę ofiary? W jego głowie pojawił się iście szatański plan, a gdyby tak w swoich drzwiach zostawić dla mordercy kartkę z jeszcze straszniejszymi słowami niż te skierowane do niego. Wtedy obaj mieliby takie same podstawy do obaw i byłoby to dużo bardziej sprawiedliwe. Wiedział przecież, kiedy morderca pojawia się przed jego drzwiami i mógł dzięki temu ograniczyć do minimum możliwość dostania się napisanej przez niego kartki w czyjeś niepowołane ręce.
Ucieszyła go ta myśl niepomiernie, nie na długo jednak bo zrozumiał, że asymetryczność jest wpisana w naturę tego typu relacji. Przewaga prześladowcy nie wynikała z większej bezwzględności rzeczonego, Metody Mofarski już w swoim bogatym życiu zabijał nie raz i nie był tak niewinny jak z pozoru mogło się wydawać. Potwierdzić to może chociażby biedna mysz, która skuszona licznymi okruszkami zabłądziła pewnego razu do jego łóżka. Liczne rany kłute zadane jej tępym ołówkiem nadal pozostają niezaleczone. Tylko dzięki swojemu refleksowi zdołała zachować życie, chociaż swoją kiepską orientację w terenie i nadmierne łakomstwo okupiła ciężkim kalectwem. Inne zwierzęta, które weszły w drogę naszemu bohaterowi miały mniej szczęścia. Motyle, pająki, biedronki i wiele innych stworzeń bożych najpierw traciło swoje nadmiernie jego zdaniem liczne kończyny a potem było brutalnie rozdeptywanych. Tak, bezwzględności Metodemu Mofarskiemu nie brakowało, lecz cóż mu było po niej skoro nie wiedział w stosunku do kogo ma jej użyć. To decydowało o tym, że on pozostawał ofiarą a jego prześladowca myśliwym. Tylko odkrycie tożsamości mordercy mogło wyrównać szanse i uchronić go przed marną śmiercią. Zrozumiał, że musi zrobić wszystko by się dowiedzieć kto za tym wszystkim stoi. Analiza otrzymanych dotąd kartek nie pozwalała mieć nadziei, że ich autor może pewnego razu z rozpędu się po prostu podpisać. Nie pozostawało nic innego jak zacząć działać bardziej aktywnie by się tego dowiedzieć...
Pod wieczór, przekręcając się na drugi bok Metody Mofarski zaczął się nad sobą użalać. Gdyby miał takie możliwości jak James Bond lub chociaż łysy jubiler spod jedenastki mógłby zainstalować kamerę. Niestety jego skromne zarobki nie pozwalały mu na zakup choćby lornetki. Będący w jego posiadaniu magnetofon MK 235 mógł co najwyżej nagrać kroki prześladowcy. W tym celu jednak musiałby zostać w domu by co 45 minut zmieniać kasetę na nową. Metody Mofarski uznał, że nie jest to do końca złe rozwiązanie, tym bardziej, że jego szef już od dziesięciu lat bezskutecznie chce wysłać go na urlop. Ucieszyłby się zapewne słysząc jego prośbą o jeden dzień wolnego, może nawet nie trułby przez następny miesiąc o prawach pracowniczych...
*****
Wreszcie nadszedł dzień, z którym Metody Mofarski wiązał tak wielkie nadzieje. Gwiazdy nie sprzyjały mu jednak, przynajmniej zdaniem znanego astrologa, który przestrzegał go podobnie zresztą jak i resztę ludzi spod znaku Skorpiona przed siedzeniem tego dnia w domu. Miało to jego zdaniem wpędzać w depresję i rodzić niebezpieczne myśli o własnej śmiertelności. Metody Mofarski był zaskoczony trafnością przepowiedni, właściwie od czasu pierwszego anonimu bez przerwy o tym myślał. Z całą pewnością już dawno by cierpiał również na depresję, gdyby tylko wiedział co oznacza to słowo... Świadomy własnej siły był pewny, że sobie jednak poradzi i już wkrótce będzie się cieszył tak mu potrzebnym spokojem ducha. Wstał wcześniej, bo i tak nie mógł spać i zaczął przygotowania. Sprawdził wytrzymałość krzesła, wygrzebał stary termos i przygotował morze kawy. Potem zabrał się za sprawdzenie magnetofonu, wszystko działało bez zarzutu. Na próbę nagrał próbkę swojego głosu, nie bardzo wiedział co powiedzieć więc głośno zaszczekał. Nastęnie przewinął kasetę do tyłu i nacisnął przycisk „włącz”. W mieszkaniu rozległo się donośne i niezwykle melodyjne szczekania. Prze chwilę pomyślał, że to wielka szkoda, że nie jest psem. 
Na zapas skorzystał z toalety i zjadł obfite śniadanie, oczywiście poza łóżkiem. Rozluźniony ustawił krzesło na właściwym miejscu, obok postawił termos i poszedł po magnetofon. Po powrocie ku swojemu przerażeniu odkrył, że standardowy kabel od MK 235 ma tylko jeden metr i czterdzieści osiem milimetrów długości, czyli o jakieś dwa metry mniej niż potrzeba. Nagrywanie w takich warunkach nie miało niestety większego sensu. By nie stracić całego dnia Metody Mofarski postanowił siedzieć pod drzwiami i słuchać. Zrezygnowany wziął sobie gazetę, długie godziny oczekiwania łatwiej znieść gdy ma się zajęcie.
Z nudów przeczytał po raz drugi swój horoskop i nagle zrozumiał jaki błąd dotąd popełniał. Przecież nie musiał się ograniczać do usłyszenia prześladowcy, mógł go równie dobrze zobaczyć. Wymagało to tylko wyjścia z mieszkania tak jak to zalecał astrolog i prowadzenia obserwacji z drugiej strony drzwi. Szybko się ubrał, schował termos do kieszeni i wyszedł na klatkę schodową. Czujne oczy Metodego Mofarskiego bardzo szybko odnalazły właściwy schodek, na którym bez zbytnich ceregieli zasiadł. Był to doskonały punkt, niemal naprzeciwko drzwi oddalony od nich w odległości nie większej niż dwa metry gwarantował dobrą widoczność. Jak się później okazało pewnych trudności nastręczało mu wytłumaczenie mijającym go współlokatorom powodów swojej na klatce obecności. Na początku udzielał bełkotliwych odpowiedzi wypatrując czujnie czy jego rozmówcy nie ukrywają w dłoniach białej, starannie złożonej kartki papieru. Po godzinie jego wyjaśnienia stały się już spójne i precyzyjne. Zaczynał od narzekania na plagę much w tym roku a kończył pochwałą środka owadobójczego, którego dopiero co użył w mieszkaniu. Jego skuteczności dorównywała ponoć tylko jego szkodliwość i dlatego on, Metody Mofarski siedział na klatce czekają aż wstrętne owady się wytrują. Wszyscy jego rozmówcy ze zrozumieniem kiwali głowami, bo sami ledwie trzy miesiące temu przeżywali podobne problemy. Gratulowali mu determinacji i czasem nawet zapraszali do siebie na herbatę. Grzecznie wtedy odmawiał i bełkotliwie się usprawiedliwiał. Propozycje były jednak na tyle rzadkie, że tym razem nie zdołał się dopracować jednej spójnej wersji.
Cdn.

sobota, 3 stycznia 2009

Kryminał bez aktów ale ze śmiercią straszliwą na końcu. Część druga, w której akcja się rozwija...

Pierwszą myślą jaka przyszła Metodemu Mofarskiemu do głowy po dotknięciu głową poduszki było to, że powinien ją najpierw wytrzepać bo teraz przypominała kawał kamienia. Zreflektował się szybko i marszcząc brwi przystąpił wykorzystując cały swój intelekt do wymyślenia planu jak wybrnąć cało z zaistniałej sytuacji. Jeszcze pół roku temu nasz bohater zrzuciłby odpowiedzialność na policję. Teraz świadomy swoich przymiotów zdecydował się działać sam. Już w wieku dziesięciu lat Metody Mofarski przejawiał talenty detektywistyczne. Dzięki niezwykłemu zmysłowi obserwacji i intuicji tak potrzebnej w detektywistycznym fachu odkrył, że jego ojcem jest Święty Mikołaj. Nawet nie dlatego, że był to jedyny mężczyzna, który odwiedzał jego matkę bo było ich wielu. Tylko ten jednak okazywał cień zainteresowania małym Metodym Mofarskim i nawet czasem przynosił mu prezenty. Te piętnaście minut w roku ojcowskiej miłości wystarczało mu w zupełności i nie miał nawet za złe matce, że zamykała się potem z jego ojcem w sypialni i nie wychodzili stamtąd tak długo aż on nie padał znużony snem. Tamta zagadka była co prawda dużo łatwiejsza do rozwiązani bo tam nikt nikogo nie chciał zabijać. Metody Mofarski jednak nie był już chłopcem ale mężczyzną świadomym swojej wartości o bogatej i skomplikowanej przeszłości, która uczyniła z niego eksperta od meandrów ludzkiego życia. Wiedział wszystko, wystarczyło tylko zebrać poszczególne elementy by obraz ułożył się w całość. Tak pokrzepiony przystąpił do oględzin jedynego namacalnego dowodu jaki był w jego posiadaniu. Dla tych nieuważnych dodam, że chodzi o kartkę z groźbą. Litery były wyraźne chociaż trochę nierówne. Musiał je pisać mężczyzna bo kobiety są w tych sprawach dużo bardziej dokładne. Oczywiście nie wszystkie co sprawę płci mordercy pozostawiało otwartą. Tym bardziej, że morderca/morderczyni mógł/mogła użyć lewej ręki lub prawej jeśli był leworęczny/leworęczna by zmylić ślęczącego teraz nad tekstem Metodego Mofarskiego. 
Dużo bardziej przydatny okazał się kolor w jakim groźba została napisana. Nie był on przypadkowy, morderca wiedział co robi. Wybrał kolor czarny, który nieodłącznie towarzyszy śmierci i z tego prostego powodu musi w każdym wywoływać przerażenie. Z pewnością autor listu nie żartował, jego wybór wskazywał na wyrachowanie i silne przekonanie co do raz powziętych planów. Gorszy byłby tylko kolor czerwony, który świadczyłby o gwałtowności i niezrównoważeniu mordercy oraz jego zamiłowaniu do krwawych sposobów odbierania życia. Była to marna pociecha dla Metodego Mofarskiego, ale jednak znacząca bo któż z nas nie wolałby umierać śmiercią spokojną i szybką a nie gwałtowną, krwawą i pełną bólu. Tak, kolory mogą nam dużo powiedzieć... O ileż przyjemniej byłoby odczytywać te straszne słowa zapisane na żółto co niechybnie wskazywałoby na psikusa lub chociaż zielono co byłoby wyrazem niezdecydowania autora. Ale trudno, Metody Mofarski nie zamierzał jednak wybrzydzać, dostał kolor czarny i musi sobie z tym poradzić.
Dużo więcej wątpliwości wywołała w nim analiza treści groźby. Chociażby użycie słowa „menda”. Miał nadzieję, że nie jest to aluzja do jego higieny intymnej. Na wszelki wypadek pobiegł szybko do łazienki by to sprawdzić. Powrócił uspokojony, bo nie było podstaw do takiej interpretacji. Teraz już wiedział, że autor/autorka groźby zna slang i dlatego musi mieć proletariackie pochodzenie. Co prawda w miejscu, w którym mieszkał nie było to nic niezwykłego ale na początek dobre i to. Mógł z całą pewnością wyeliminować ze swojej długiej listy podejrzanych gburowatego sąsiada spod czwórki bo ten podobno kiedyś był inteligentem czy profesorem. Zresztą sama długość groźby nie wskazywała na niego bowiem przez całe swoje życie nie słyszał nikt w kamienicy by sąsiad spod czwórki wygłosił więcej niż jedno słowo naraz... Zresztą jako człowiek swego czasu w świecie bywały na pewno pamiętałby o interpunkcji. Nie dawało to Metodemu Mofarskiemu spokoju, gdzie autor groźby chciał wstawić przecinek. Czy po słowach „Mofarski ty mendo”, czy może później po „martwy ty już jesteś”. W drugim przypadku mogłaby być to również kropka... Sformułowanie groźby nadal pozostawało nie do końca jasne, chyba że jej autor pozostawał pod silnym wpływem mistrza Yody, co wydawało się naszemu bohaterowi naciąganą hipotezą... Tak czy inaczej słowo „martwy” pozostawało nadal kluczowe.
Zmęczony trochę ale w poczuciu dobrze wykonanego zadania Metody Mofarski postanowił się przespać, tym bardziej, że już dawno minęła północ a on następnego dnia miał ważne zadania do wykonania w pracy. Postanowił być czujny jak pantera i czekać na nowe fakty, które rzuciłyby więcej światła na całą sprawę. Okazało się jednak, że łóżko będące dotąd jego azylem stało się miejscem nieprzyjaznym. Przekręcał się z boku na bok ze złudną nadzieją na sen ale ten nie przychodził. Zmartwiło to Metodego Mofarskiego dużo bardziej niż groźba, którą otrzymał. Nie wykluczył jednak, że obie sprawy mogą się ze sobą wiązać. Nie chciał tylko o tym myśleć teraz bo miał ważniejsze rzeczy na głowie. Strudzony zasnął dopiero parę minut przed piątą, dokładnie wtedy, gdy w miejscowości oddalonej od jego mieszkania dokładnie o dwadzieścia pięć kilometrów wielki kogut karmazyn obwieścił światu wschód słońca.
*****
Jesień zbliżała się szybkimi krokami a sytuacja Metodego Mofarskiego nie ulegała zmianie. Regularnie raz w tygodniu w drzwiach jego mieszkania czekała na niego starannie złożona z nieodmiennie tymi samymi straszliwymi słowami kartka. Uśpiło to trochę czujność naszego bohatera. Po pewnym czasie odbieranie gróźb stało się czynnością rutynową, czymś tak naturalnym jak dodawanie kapusty do bigosu, jeszcze jednym punktem w jego napiętym terminarzu. Czytając po raz szósty straszliwe słowa nie czuł już przerażenia tylko irytację z powodu braku finezji mordercy, który zdawał się być na tyle głupi, że nie był w stanie wymyślić niczego nowego. Groźba coraz bardziej przypominała modlitwy znane z dzieciństwa, stawała się tak jak one coraz bardziej wyprana ze znaczeń, niemalże zwykłą formułką jaką deklamuje się na uroczystych akademiach.
cdn.

piątek, 2 stycznia 2009

Kryminał bez aktów ale ze śmiercią straszliwą na końcu. Część pierwsza ale nie wstęp...

Metody Mofarski lubił się wylegiwać w swoim łóżku i trzeba mu to przyznać robił to iście po mistrzowsku. To co go spotkało nie musi więc być w sposób absolutny uznawane za całkowicie straszne. Świat wokół z perspektywy poduszki był dla niego najbliższy ideałowi, nic więc dziwnego, że niechętnie godził się na wysiłek wstawania. Najchętniej spędzałby tak całe dnie i noce. Nie robił tego jednak bo silniejsza od jego miłości do ciepłej pościeli była jego nadzwyczaj silna wola. Tym, którzy w to wątpią szczerze polecam opowieść o nadludzkiej determinacji Metodego Mofarski, bardzo żywą przynajmniej jeszcze do niedawna wśród lokatorów kamienicy, w której zamieszkiwał nasz bohater. Zrozpaczone pijaństwem mężów żony czy ojcowie zniechęcający swoje latorośle do przestępczego życia powołują się na jego przykład. Pewnie dlatego nie cieszy się on powszechną sympatią wśród lokatorów, nawet teraz gdy pozostaje już tylko wspomnieniem a jego mieszkanko zajęła handlarka pierzem... 
Niemniej faktem bezspornym pozostaje to, że Metody Mofarski z dnia na dzień w imię wyższych racji po niemal 20 latach zaprzestał jadania śniadań w swoim ukochanym łóżku. Impulsem dla tak radykalnych działań był program w telewizji. Niezwykle znany i bardzo dobrze ustosunkowany w towarzystwie dziennikarz w sposób niezwykle przekonywający mówił o tym, jak bardzo nieopłacalne jest spożywanie posiłków w łóżku. Bez cienia wątpliwości udowodnił, że spadek komfortu płynący z przebywania w pościeli wywołany odpadkami z posiłków w postaci okruszków czy gryzącego zapaszku jest dużo większy niż nieprzyjemność wynikająca z wcześniejszego wstawania. Metody Mofarski nie mógł pozostać obojętnym wobec racji wyrażonych w sposób tak elegancki i zgodny z najbardziej wymagającymi wymogami logiki. Następnego dnia po obejrzeniu programu zjadł w łóżku najbardziej wykwintne śniadanie od lat, po czym tak samo postąpił z drugim śniadaniem i obiadem. W realizacji jego planu sprzyjała mu marna pogoda za oknem i kalendarz. Niedzielę tak jak większość współrodaków Metody Mofarski miał bowiem wolną i mógł sobie na taką ekstrawagancję pozwolić, bez obawy, że wpłynie to na jego sytuację zawodową. W poniedziałkowy ranek postąpił już jednak zgodnie z zaleceniami znanego dziennikarza. Niedogodności rekompensowała mu z nawiązką radość płynąca ze wspomnienia z dnia poprzedniego, kiedy to z taką klasą pożegnał się z tak bliskim jemu sercu przyzwyczajeniem. 
W dwa dni później Metody Mofarski nie wytrzymał i podzielił się nią z listonoszem. Następnego dnia cała kamienica już plotkowała o jego niezwykłym charcie ducha. Sława, która przyszła tak nieoczekiwanie zaskoczyła Metodego Mofarskiego. Przyjął ją jednak z radością bo towarzyszył jej bez wątpienia awans towarzyski. Nawet lokator spod czwórki, na co dzień człowiek nieodmiennie opryskliwy i straszny gbur teraz na widok naszego bohatera z uznaniem pochylał głowę. Uznanie współlokatorów mimo że zrozumiałe w zaistniałej sytuacji utwierdzało Metodego Mofarskiego w poczuciu własnej wartości. Dzięki temu stał się bardziej otwarty i w miejsce swojej szacownej oschłości coraz częściej demonstrował bliźnim radośniejszą stronę swojej natury. Zdarzyło mu się nawet raz do zwyczajowego powitania dorzucić żarcik, który ubawił wszystkich do łez. Bo Metody Mofarski, wbrew głosom niektórych zawistników był człowiekiem niezwykle inteligentnym chociaż się z tym nie obnosił. Jego poczucie humoru nie powinno więc nikogo dziwić, wszakże wiadomo, że inteligencja jest w tym przypadku sprawą kluczową. Metody Mofarski miał szereg innych zalet, które głęboko ukrywał nie tylko przed całym światem ale również samym sobą. Niespodziewana życzliwość bliźnich spowodowała, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazywały się one w pełnej krasie. Nawet stary i pocerowany płaszcz, który Metody Mofarski nosił już z pięć lat w odczuciu innych przestał być li tylko brudną szmatą i nagle osłupiali zaczęli dostrzegać w nim szyk znany z dzieł paryskich krawców.

*****
Wydawało się, że powodzenie jakim zaczął się cieszyć Metody Mofarski będzie mu towarzyszyć na wieki. Nieprzewidywalny los miał jednak inne plany wobec naszego bohatera. Pewnego pogodnego dnia, jakieś pół roku po tym jak zaimponował wszystkim swoją siłą woli, wracają z pracy znalazł kartkę wciśniętą między drzwi swojego mieszkania. Podgwizdując radośnie, ciągle jeszcze kontemplował podwyżkę, która nie tylko świadczyła o zadowoleniu szefa z jego pracy ale również dawała nadzieję, że stać go będzie wreszcie na częstsze niż dotąd wizyty u swojej matki w domu spokojnej starości. Dotąd zakup czekoladek i biletów poważnie uszczuplał jego budżet. Świadomość, że za dodatkowe pieniądze będzie mógł kupić cztery a nawet pięć bombonierek o ile wybierze te z żółtymi słonecznikami i króliczkiem wywoływała w jego duszy euforię.
Stan jego ducha w następnej chwili miał ulec diametralnej zmianie. Nie zdawał sobie nawet sprawy Metody Mofarski jak bardzo kawałek papieru może odmienić ludzki los. Ciągle się uśmiechając zamknął wreszcie drzwi i rozłożył starannie zwiniętą kartkę. To co zobaczył omal nie zwaliło go z nóg. Na białej kartce, ktoś skreślił oto takie straszne słowa: MOFARSKI TY MENDO MARTWY TY JUŻ JESTEŚ MENDO TY.
Pot rzęsiście zrosił czoło Metodego Mofarskiego a ręce drżały mu tak bardzo, że zdawało mu się, że nie jest w stanie utrzymać kartki z otrzymaną dopiero co groźbą. Przerażenie był tak silne, że nie skomentował nawet olbrzymiego nietaktu jakim było nie podpisanie anonimu. Wysiłkiem całej swojej woli ten dzielny człowiek starał się w tamtej chwili przezwyciężyć odrętwienie. Pora już najwyższa była na działanie a tymczasem on stojąc w korytarzu swojego mieszkania niemal przez godzinę przy drzwiach ciągle otwartych aż prosił się o zamordowanie. Było to ze wszech miar niemądre i Metody Mofarski nie miał innego wyjścia jak tylko zrobić dwa kroki w tył i zasunąć zasuwę solidnego zamka, który skutecznie bronił dostępu już carskiej Ochranie. Stało się dla niego jasne, że nie podda się bez walki. Na wszelki wypadek podstawił jeszcze pod klamkę jedyne w mieszkaniu krzesło i rzucił się na łóżko by całą sprawę przemyśleć. Co prawda był świadomy faktu, że drzwi otwierają się na zewnątrz ale przecież potencjalny morderca nie musi tego wiedzieć...
cdn.

niedziela, 21 grudnia 2008

Przedświąteczne refleksje o blogowaniu...

Wraz ze zbliżaniem się końca roku zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie. Wiem, to trochę irracjonalne. Z doświadczenia wiem, że styczeń to jeden z najmniej przyjemnych miesięcy w roku. Nie ma takich atrakcji jak w grudniu a nadzieja na wiosnę jeszcze nawet nie kiełkuje w sercu. Ale znów wybiegam w przyszłość... Zmęczenie ma to do siebie, że nie jest łatwo zmobilizować się do działania. Zazwyczaj pomaga „głaskanie po główce” i słowa zachęty. Tak odbieram maile, które dostaję od czasu do czasu z propozycją zarabiania na mojej radosnej blogowej twórczości. Najbardziej podoba mi się oczywiście początek, w którym pada zawsze sporo ciepłych słów o mojej Enklawie. Czuję się wtedy jakbym zwędził w sklepie lizaka. Cieszę się bo już myślę o przyjemności jaką przyniesie mi jego konsumpcja ale jednocześnie gdzieś w tyle głowy pojawiają się wątpliwości i wyrzuty sumienia...
Naszą czujną policję zapewniam na wszelki wypadek, że lizaków w sklepach nie kradnę. Namierzanie mojego numeru IP jest całkowicie nieuzasadnione. Nie umieszczam również na blogu reklam, czemu wydawało mi się dawałem wielokrotnie wyraz. Częściowo robię to z obawy o moją dziewiczą duszę, na którą czyha zepsuty Babilon. Głównie wynika to jednak z mojej niechęci do ograniczania się. Cenię sobie wolność, nawet jeśli wyraża się ona w niepublikowaniu czy doborze całkowicie nieatrakcyjnych dla czytelników tematów. Wklepując na bloga przez godzinę najnowsze wieści z Kanady nie chcę zastanawiać się jaki mój nowy tekst wygeneruje ruch. W sposób całkowicie zamierzony nie chcę być profesjonalny i ukierunkowany na sukces. To co robię ma sprawiać mi przyjemność, wszystko inne jest wtórne.
Skomercjalizowanie bloga odwraca proporcje. A ja nie wiem czy potrafię przymilać się do czytelników, przynajmniej robić to w sposób szczery. Moja mizantropia i introwertyczność nie sprzyja temu. A nieco idealistycznie zakładam, że robienie nieszczerych rzeczy nie ma sensu... Już wyobrażam sobie, jak „pęcznieję” i się nadymam. By mnie poważnie traktowano wstawiam na bloga jakąś łacińską sentencję, mądrą rzecz jasna bo nie wymyśloną przeze mnie. Podpieram się cytatem z jakiegoś czcigodnego nieboszczyka, nazwą uczelni lub dotychczasowymi osiągnięciami ( do moich najokazalszych należy wygrana w tenisie stołowym z mistrzem dywizji oraz drugie miejsce w turnieju o puchar wójta w piłce nożnej więc nie podskakujcie czytelnicy szanowni). Tak uzbrojony muszę wzbudzać posłuch, tym bardziej, że codziennie przeglądam fora by znaleźć temat wywołujący największe kontrowersje. A potem już tylko teksty komercyjne na zlecenie, rozreklamowane niezależnie od tego czy są dobre czy nie...
Wizja sławy i pełnej kieszeni (miedziaków:)) mami ale nie na tyle by o tym poważnie myśleć. Nawet teraz, kiedy kryzys sieje spustoszenie na świecie a ja rozglądam się za pracą. Dlatego dziękuję za miłe słowa o mojej Enklawie ale z propozycji korzystać nie zamierzam. Tak jak teraz jest dobrze. Nawet jeśli pojawiają się kpiące głosy co do mojego blogowania. Jeden z moich znajomych, którego nieopatrznie do Enklawy zaprosiłem z ironią ocenił, że mam szansę odnieść tak samo spektakularny sukces jak TVP Kultura. Mile połechtał tym moje ego, pewnie trochę wbrew swoim intencjom.
I na koniec trochę ogłoszeń parafialnych. Po pierwsze zmienił się trochę wygląd bloga. Mam nadzieję, że nowy design nikogo nie irytuje. Miałem już trochę dość starego i muszę przyznać, że teraz blog jest dużo lepiej przystosowany do wciąż wydłużających się wpisów...
Po drugie zacząłem swoje teksty publikować na redakcja.pl. Na razie jest to miejsce dość elitarne co dla mnie akurat nie jest zarzutem. Dzięki temu unikam komentarzy w stylu „ale i tak jesteś głupi a pod twoim brzuszyskiem ukrywa się mizerny kutasik”. By nie być posądzony o plagiat to ta druga część o brzuszysku i ukrywaniu się to fragment "arcydzieła" Bronisława Wildsteina. 
I tak zręcznie przechodzę do tego co po trzecie. Zdecydowałem się już nie umieszczać tekstów na salonie24. O powodach pewnie coś skrobnę w pożegnalnym wpisie, jak będę miał czas i ochotę...
I na koniec najważniejsze. Zbliżają się święta i nawet jeśli się ktoś bardzo stara to nie może tego faktu nie zauważyć. Dlatego życzę wszystkim by spełniły one wasze oczekiwania, podobnie zresztą jak Nowy Rok. I proszę nie zarzucać mi, że tak minimalistyczne składam życzenia bo na to jakie Wasze oczekiwania będą to ja już wpływu nie mam...

sobota, 6 grudnia 2008

Kryzys polityczny w Kanadzie, czyli Stephena Harpera rozpaczliwa walka o przetrwanie...

Media czasem potrafią wywołać stan przedzawałowy. Oglądając sobie dziś jak Pan Bóg przykazał TVP INFO nawet nie dlatego, że to politycznie poprawne ale ze zwykłego skąpstwa bo do szału mnie doprowadza myśl, że abonament płacę za nic przeczytałem na pasku sensacyjną informację: Kanada: Premier Harper zawiesił parlament. Od razu zapachniało czymś co przypomina nam mieszkańcom kraju nad Wisłą stan wojenny. Gdy uspokoiłem się trochę a krew odpłynęła z mózgu na tyle, że mogłem znów w miarę normalnie myśleć zrozumiałem, że jednak płacę za nic. Zdaję sobie sprawę, że ograniczona ilość znaków wymusza uproszczenia ale w tym przypadku trochę przesadzono. Zawieszony nie został parlament a tylko jego sesja (do końca stycznia) i nie zrobił tego premier Stephen Harper ale gubernator Michaëlle Jean. I dlaczego podano tą informację dopiero dziś skoro decyzja zapadła już 4 grudnia...
Zawieszenie sesji parlamentu w Ottawie to nie początek „rewolucji” ale kolejna odsłona kryzysu jaki trawi kanadyjski system polityczny od dawna. Gdybym miał szukać źródeł wskazałbym na rok 1982 i przyjęcie wbrew woli Quebecu Aktu Konstytucyjnego. Od tamtej pory podejmowane są co jakiś czas próby zreformowania federacji w taki sposób by ta francuskojęzyczna prowincja go zaakceptowała. Oczywiście wszystkie nieudane. W polityce skutkowało to daleko idącym przemianom na scenie politycznej. Przełomowy okazał się rok 1993, kiedy to konserwatyści zniknęli niemal z Izby Gmin a rolę Oficjalnej Opozycji JKM przejął separatystyczny Bloc Québécois. Tak długo jak prawica była rozbita rządy bez problemów sprawowała Partia Liberalna. Zjednoczenie konserwatystów w grudniu 2003 roku doprowadziło do zablokowania się systemu. Od wyborów w 2004 roku (trzy razy) nie udało się wyłonić rządu większościowego. I nic nie wskazuje na to by w najbliższej przyszłości było to możliwe. Wobec w miarę wyrównanego poparcia dla dwóch największych graczy oraz istnienia silnego regionalnie Bloku Quebeckiego Kanada zdaje się skazana na rządy mniejszościowe...
Zamieszanie w ostatnich dniach jest pokłosiem tej niestabilności. Rząd Harpera obejmując władzę po raz pierwszy dogadał się z Blokiem i tylko dzięki temu uzyskał akceptację w Izbie Gmin. Tym razem się to nie udało. Nic więc dziwnego, że premier Harper nie spieszył się z przegłosowaniem wniosku o wotum zaufania. Wychodził ze słusznego skądinąd założenia, że największy konkurent jest rozbity po wyborczej klęsce i nie będzie dążył do wyborów. Wydawało się również, że Blok w końcu jednak udzieli poparcia bo przecież może na tym tylko zyskać...
Stało się jednak coś niespodziewanego, bez precedensu w historii Kanady. Dwa ugrupowania opozycyjne Partia Liberalna i Nowa Partia Demokratyczna dogadały się między sobą co do koalicji. Uzgodniły, że chcą stworzyć rząd na 30 miesięcy a koalicja nie będzie miała tylko charakteru parlamentarnego ale również rządowy. W nowym gabinecie Liberałowie mieliby osiemnastu ministrów a NDP sześciu. Niezwłocznie zaczęły przygotowywać wspólny projekt, który byłby podstawą dla polityki wspólnego rządu. Co więcej udziałem w rządzie zainteresowani są również Zieloni, którym mimo milionowego poparcia nie udało się wprowadzić swoich przedstawicieli do Izby Gmin. Elizabeth May rozmawiała nawet o tym z liderem Liberałów. Stéphane Dion zasugerował, że mogłaby on uzyskać miejsce w Senacie co otwierałoby jej drogę do ministerialnych funkcji...
Koalicja powstała w ten sposób i tak łącznie miałaby mniej mandatów (77 + 37) niż Torysi (143). Bez poparcia separatystów (49 mandatów) nie miałaby więc szans na przegłosowania wotum zaufania dla swojego rządu. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko rozpoczęło się sondowanie Bloku. Ku zaskoczeniu premiera Harpera separatyści zgodzili się wesprzeć koalicję Liberałów i NDP. Co prawda ograniczył swoje poparcie tylko do głosowania nad wotum zaufania oraz przegłosowania budżetu i mowy tronowej w innych sprawach deklarując pełną swobodę ale sprawiło to, że koalicja uzyskała większość. Nowo powstały rząd miałby również istnieć o rok krócej niż to zakładała umowa między koalicjantami bo tylko do czerwca 2010 roku. Sytuacja jest więc niezwykła, jeden rząd mniejszościowy nie zdobywa zaufania Izby Gmin, za to pojawia się szansa na następny również nie posiadający większości. I do tego koalicyjny. Na szczeblu federalnym pierwszy od I wojny światowej, chociaż ja osobiście nie chciałbym porównywać obu przypadków. Ciekawszy już wydaje się przykład Saskatchewan gdzie po wyborach z 1999 roku została utworzona formalna koalicja między rządzącą dotąd NDP a Partią Liberalną.
Winny całemu zamieszaniu moim zdaniem jest premier Harper. Za długo zwlekał z przegłosowaniem wotum zaufania. Przełożenie głosowania 28 listopada na 8 grudnia było bezpośrednim powodem podjęcia rozmów partii opozycyjnych o koalicji. Do tego był zbyt mało elastyczny, proponowane przez niego sposoby radzenia sobie z kryzysem, który przelewa się powoli przez amerykańską granicę były bardzo kontrowersyjne dla pozostałych partii. To właśnie one były powodem dla których separatyści nie poparli rządu Torysów. Od działań zmierzających do uzyskania wotum zaufania gorsza była tylko reakcja na wieść o dogadaniu się koalicji z separatystami. Minister Finansów Jim Flaherty komentując zawartą umowę stwierdził, że to „pakt z diabłem”. Ataki na Blok przypuszczane przez konserwatystów mają bardzo ostry charakter. Premier Harper w swojej furii zarzucił koalicji, że poprzez swoje działania „zdradza najlepiej pojęte interesy państwa”. W swojej krytyce konserwatyści nie są za bardzo wiarygodni, bo to przecież oni jako pierwsi podjęli z nimi współpracę. Co więcej dziennik „Globe and Mail” dotarł do informacji, że już w roku 2000 istniały plany koalicji Canadian Alliance (protoplasta Partii Konserwatywnej) z separatystami. Na wiarygodności cierpi również premier Harper, który w 2005 roku komentując przekładanie przez Paula Martina głosowania nad wotum zaufania mówił o „gwałceniu fundamentalnych konstytucyjnych wartości leżących u podstaw naszej demokracji”.
Tak bezpardonowy atak na Blok Quebecki nie jest rzeczą mądrą. Bezpośrednim tego skutkiem już jest mobilizacja zwolenników niepodległości przed wyborami do legislatury prowincjonalnej w Quebecu, które odbędą się już w poniedziałek. Tak ostry język nie przysporzy również poparcia torysom w tej francuskojęzycznej prowincji. Trzeba pamiętać, że wybory do Izby Gmin są bardzo realnym sposobem zakończenia tego konfliktu. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nawet jeśli udałoby się konserwatystom je wygrać to ponownie nie zdobędą większości. Znów będą musieli szukać poparcia u separatystów z Bloku Quebeckiego a ci są pamiętliwi...
Dużo zależy dziś od pani gubernator Michaëlle Jean. Najprawdopodobniej da czas torysom na szybka pracę nad budżetem do końca stycznia. Potem będzie już tylko mogła albo rozpisać nowe wybory albo powierzyć misję tworzenia nowego rządu liderowi Liberałów. Coś mi mówi, że ta pierwsza możliwość jest bardziej prawdopodobna chociaż od ostatnich wyborów upłynęło niewiele czasu... Koalicja, mimo iż jest praktycznie bezsilna w tej chwili z pewnością nie dopuści do przegłosowania rządowi Stephena Harpera wotum zaufania. Nie przy tym stanie emocji... Michaëlle Jean może również zdecydować się na dopuszczenie do głosowania nad wotum zaufania dla rządu Harpera już w poniedziałek. Ale to chyba najmniej realny scenariusz, za to najbardziej chyba pożądany dla Stéphane Diona. Przeciągający się kryzys zapewne spowoduje, że konwencja Liberałów zbierze się dużo wcześniej niż w maju i wybierze nowego lidera. Wtedy to on stanie się kandydatem do objęcia funkcji premiera...
Decyzja Michaëlle Jean o zawieszeniu sesji parlamentu jest kontrowersyjna i mocno kontestowana. Nie tylko przez opozycję ale również wielu konstytucjonalistów. Podobne wątpliwości miały ostatnio miejsce za czasów gubernatora Byng'a w 1925 roku. Wtedy wbrew większości powstał gabinet Arthura Meighen'a. Przetrwał tylko do pierwszego głosowania. Wtedy jednak rządy mniejszościowe stanowiły wyraz chwilowego rozchwiania, po którym jednak wszystko wracało do normy. Dziś wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych już nie gwarantują stabilności. Wygląda na to, że kanadyjski system polityczny wymaga głębokiej reformy. Czas na reformę systemu wyborczego i rządy koalicyjne. Nie będzie to łatwe bo do przeprowadzenia zmian potrzebna jest stabilna większość...

czwartek, 4 grudnia 2008

Neoliberalizm w kryzysie, czyli o tym dlaczego nie warto reanimować trupa...

Im bardziej światowy kryzys szaleje na świecie tym bardziej niewzruszona wydaje się wiara naszych neoliberałów. Z gorliwością właściwą dla neofitów ośmieszają wszystkie te komunistyczne herezje, które w wątpliwość poddają dogmat o raju, który nadejść może tylko dzięki konsekwentnemu oddaniu się niewidzialnej ręce rynku. Dla prawdziwego neoliberała to co dzieje się na światowych rynkach to nie sygnał, że coś jest nie tak z dotychczasowym systemem ale dopust boży za odejście mądrości zawartych w świętych tekstach. Wystarczy na powrót oprzeć gospodarkę na neoliberalnych przykazaniach by sen o nieograniczonym wzroście na powrót mógł się ziścić...
Pamiętam jak z niedowierzaniem czytałem w połowie lat 90-tych teksty Johna Graya o neoliberalizmie jako ostatniej z ideologii. Czułem prawie gniew, że przyrównuje się go do marksizmu. Teraz z perspektywy czasu krytyka neoliberalizmu Graya wydaje mi się coraz bardziej interesująca. Ma on rację, że jest on jednym z pomysłów na modernizację. Po upadku ZSRR już chyba jedynym, nie istnieje nic co dawałoby całościową odpowiedź na pytanie jaka drogą należy podążać w nieustającym marszu ku przyszłości. I do tego uniwersalistyczną, nic dziwnego więc, że pojawiło się pełne pychy przekonanie, że oto nadszedł kres historii. 
Marks opierał swoją ideologię na przeświadczeniu, że dzięki nauce jego nierealne wizje nabierają charakteru obiektywnego. Zanik państwa był więc pewny, kto wyznawał odmienną teorię ten był albo głupkiem albo przeciwstawiał się w imię swoich partykularnych interesów temu co nieuniknione. Z neoliberalizmem jest podobnie, nauką, która nadaje mu cechy prawdy obiektywnej jest ekonomia. Traktowana zresztą w sposób dość dziwaczny. Dla neoliberała właściwe nie ma różnicy między ekonomia a matematyką. Obie nauki są dla niego naukami ścisłymi. Ekonomia nie ma już balastu nauki humanistycznej, inaczej niż w czasach Smitha nie służy wyciąganiu wniosków na podstawie obserwacji. Utraciła swój empiryczny wymiar. Historia nie jest już potrzebna, gdy można przy pomocy teoretycznego konstruktu wyrażonego poprzez liczby opisać w sposób pewny i niepodlegający dyskusji niepodważalne prawdy.
Nic więc dziwnego, że w dyskusji z neoliberałem podając jakieś empiryczne przykłady kontestujące wyznawane przez niego teorie można narazić się na kpiący uśmiech i lekceważące klepanie po ramieniu. Wszakże dla niego to jak podważanie praw fizyki. Trwanie przy swoim w dłuższym okresie wywołuję irytację. Neoliberał czuje się jak nauczyciel, którego kilkuletni uczeń nie może zrozumieć dlaczego nie należy wyskakiwać z pędzącego pociągu. Pewność jaka daje mu nauka powoduje, że nie widzi jak bardzo zmienia się świat. W swoim zaślepieniu nie różni się od „dobrego komunisty”, który widzi pewne nieprawidłowości ale wszakże to cel ostateczny jest najważniejszy. 
Pociągało mnie zawsze w liberalizmie anarchizujące przekonanie o zmniejszaniu się roli państwa. Teraz już jednak wiem, że władza nie zanika ale przechodzi gdzie indziej. Wolność jako wartość nadrzędna jest nadal jednym z najważniejszych fundamentów mojej tożsamości. Neoliberałowie rozumieją ją w bardzo specyficzny sposób. W zasadzie ważna jest dla nich tylko wolność gospodarcza. Wolności polityczne są tylko dodatkiem, który można zignorować, gdy przemawiają za tym względy ekonomiczne. Pytając neoliberała o dowód skuteczności jego przekonań niemal zawsze przywoła on przykład Chile za rządów Pinocheta. To nie przypadek, demokracja i prawa człowieka są dobre o ile nie ograniczają wolności w robieniu interesów. Przekonanie neoliberałów o tym, że bilans ekonomiczny powinien być podstawą wszelkich politycznych działań doprowadził ich nad skraj przepaści. Liberalizm w ich wydaniu nie różni się już w zasadzie od darwinizmu. Każdy sposób jest dobry by zwyciężyć...
Państwo dla neoliberała wcale nie musi pełnić roli nocnego stróża. Ma tylko nie wtrącać się za bardzo do gospodarki. Nic dziwnego, że niektórzy neoliberałowie tak ciepło wypowiadają się o chińskiej gospodarce. Z ekonomicznego punktu widzenia zmuszenie ludzi do pracy za głodowe stawki świadczy tylko o geniuszu. Dzięki temu efektywność szybuje pod niebiosa, nie obniżają jej te wszystkie socjalistyczne ograniczenia jak ubezpieczenia, prawo do strajku, płaca minimalna czy niezwykle szkodliwa dla gospodarki działalność związków zawodowych. Sfera polityczna ma dla neoliberała znaczenie o tyle na ile wywiera wpływ na sferę ekonomiczną.
W klasycznym liberalizmie ograniczenie roli państwa wynikało z doświadczeń królewskiej władzy absolutnej. Państwo miało dawać gwarancje wolności politycznej, ale jednocześnie za bardzo nie ingerować w inne dziedziny. Ludzie mieli organizować się poza państwem, tworzyć dobrowolne stowarzyszenia, które przejmowały by znajdujące się dotąd w rękach władzy państwowej dziedziny. Używając współczesnego języka chodziło o budowanie społeczeństwa obywatelskiego. To ludzie poprzez działalność w stowarzyszeniach (takimi były przecież początkowo również partie polityczne) mieli decydować o kierunku rozwoju państwa. Wolny rynek oznaczał, że w ramach wyznaczonych przez państwo celów i w na zasadach przez nie określonych jednostki mogły swobodnie realizować swoją aktywność. Sfera publiczna była szalenie istotna, bo tam w publicznej debacie krystalizowała się strategia rozwoju społeczeństwa jako całości.
Dla neoliberała demokracja jest przede wszystkim systemem mocno niewydolnym. Nic dziwnego, że w ostatnich dziesięcioleciach widać wyraźną tendencję do wzmacniania władzy wykonawczej kosztem parlamentu. Dyskusje ekonomicznych dyletantów przecież nic nie wnoszą. Co bardziej niebezpieczne neoliberalizm skomercjalizował sferę publiczną i w jakimś stopniu zmienił sposób patrzenia ludzi na świat. Wszelkie działania definiowane są w oparciu o przeprowadzany czasem w sposób dziwaczny bilans zysków i strat. Ludzie zarabiający po 1200 złotych miesięcznie chętnie rezygnowaliby z ubezpieczenia zdrowotnego w zamian za parę groszy do wypłaty więcej. Znika w ten sposób poczucie wspólnoty, przed którym ostrzegali jeszcze w XVIII wieku konserwatyści. Prawdziwy to paradoks bo dzieje się tak w wyniku liberalizmu „przetworzonego” przez konserwatystów na własny użytek, której owocem jest neoliberalizm... Innym paradoksem jest fakt, że największa krytyka komercjalizacji wychodzi ze środowisk konserwatywnych, które poprzez wprowadzanie zasad neoliberalizmu są za nie odpowiedzialne. Ale to tak na marginesie...
Dla neoliberałów rzeczą wprost niemożliwą do zrozumienia jest fakt, że krytyka współczesnego systemu polityczno - gospodarczego może być podjęta z innych niż marksistowski-leninowsko-stalinowskich pozycji. Dziś niewielu już twierdzi, że odpowiedzią na neoliberalizm jest gospodarka centralnie planowana. Z ideologiami jest niestety ten problem, że nie widzą kiedy warunki zmieniły się na tyle, że podważają one ich sens. Marksizm nadal w warstwie deskryptywnej jest interesujący. Co nie oznacza oczywiście, że wnioski z niego wypływające również takie są. Rzeczywistość zweryfikowała ich trafność. Teraz podobnie dzieje się z neoliberalizmem. 
Okazuje się, że znoszenie barier wcale nie oznacza powszechnej szczęśliwości. Jak się okazuje Zachód chętnie to robi, ale w sposób bardzo wybiórczy. Owszem na towary przemysłowe jak najbardziej, ale produkty rolne już niekoniecznie. Prezydent Bush bez skrupułów wprowadza cła na towary rolne. Z jednej strony usprawiedliwia konieczność przenoszenie fabryk na Filipiny a z drugiej zamyka granice budując mur dla tych, którzy chcieliby realizować amerykański sen. Kreatywność przejawia się głównie w księgowości. Wielkie koncerny związane z gospodarką opartą na paliwach kopalnych skutecznie zapobiegają wprowadzaniu nowych technologii. Ludzka inwencja wykorzystywana jest do poszukiwania tak przełomowych wynalazków jak chipsy o smaku piwa. Rywalizacja wymusza konkurencję a to powoduje, że to najlepsi z najlepszych zajmują dane stanowiska. Najzdolniejsi pisarze tworzą scenariusze do sitcomów a medyczni geniusze odsysają tłuszcz lub dokonują korekty uszu. Produkt krajowy rośnie dzięki konsumpcji a potęga gospodarcza opiera się na deficycie w obrotach handlowych.
Zwycięstwo Baracka Obamy daje nadzieję na zmianę sposobu myślenia, który zdominował świat od prezydentury Ronalda Reagana. Powoli już się to dokonuje, widać to chociażby po tym jak zmienia się nastawienie możnych tego świata do globalnego ocieplenia. W Polsce niestety wolniej niż w innych państwach. Dzieje się to z różnych powodów, ale ma rację chyba Naomi Klein, że głównym jest żywotność myślenia w kraju nad Wisłą w kategoriach zimnowojennych. Nie chcę tu wskazywać konkretnych partii, bo wszystkie właściwie przyjmują w stopniu większym lub mniejszym dogmaty myśli neoliberalnej. Najbardziej oczywiście PiS i PO ale również pozostałe nie są od tego wolne. Mam nadzieję, że państwo bardziej aktywnie zajmie się stymulowaniem przemian w kraju. Nie będzie tylko załamywać rąk w nadziei, że wolny rynek załatwi sprawę. Poważnie zacznie wspierać ośrodki badawcze, popierać rozwój nowych technologii i co najważniejsze na poważnie zacznie wspierać budowę społeczeństwa obywatelskiego. 
Na razie przemiana mentalności idzie naszej klasie politycznej i całemu społeczeństwu opornie. Nadal definiujemy to co opłacalne w dość specyficzny sposób. Ważne jest co tu i teraz, bardziej odległa przyszłość nie robi na nas wrażenia. Nic więc dziwnego, że postrzegani jesteśmy jako hamulcowy na odbywającym się w Poznaniu szczycie. Nadal to co z jednostkowego punktu widzenia „korzystne” jest priorytetem. Nikt nawet nie zająknie się, że redukcja gazów cieplarnianych w dłuższej perspektywie może mieć zbawienne skutki. Wolimy dyskutować o dywersyfikacji dostaw gazu, atomie czy energii z węgla niż pracować nad technologiami odnawialnymi. Tak jak swego czasu USA wolały zaatakować Irak niż podjąć wysiłek zmian... Okres radosnego prosperity dobiega końca, coraz więcej pojawia się nowych problemów, na które neoliberalizm nie ma odpowiedzi. Mam nadzieję, że kryzys pozwoli spojrzeć na światową gospodarkę z innej, nieco szerszej perspektywy.

piątek, 21 listopada 2008

Życzliwość według PO, czyli o hipokryzji, która zniszczy wszechświat...

Hipokryzja PO co dzień staje się większa i powoli zaczyna godzić w twierdzenie, że nic nie może się rozszerzać szybciej niż z prędkością światła. Proces ten jest niebezpieczny dla nas wszystkich bo gwałci święte prawa fizyki i w konsekwencji grozi implozją wszechświata. To zdawał się mieć na uwadze Jarosław Kaczyński mówiąc o zagrożeniach jakie niesie dla Polski rząd Tuska. 
W tym kontekście zrozumiałe się wydają jego słowa wypowiedziane z mównicy sejmowej: ”Chciałem, żeby Polska była dużym europejskim krajem, pan, żeby była małym”. Implozja wywołana hipokryzją PO może być początkiem procesu kurczenia się wszechświata. Tym samym Polska może stawać się coraz mniejszym krajem, w nieodległej przyszłości nie większym niż główka od szpilki... Kurczenie się nie jest jeszcze czymś najgorszym co może nas spotkać. Wszakże wraz z szybkim wzrostem masy (to chyba jest dobre) zwiększać się będzie grawitacja, która może doprowadzić do tego, że czas stanie niemal w miejscu... Cały wszechświat stanie się jedną wielką czarną dziurą. A kto wytrzyma wieczność z Tuskiem i jego krypto gejowską polityką miłości.
Do granicy, z której nie ma już odwrotu przybliża nas sprawa pani poseł Elżbiety Kruk. Liberałowie lubią się chełpić swoją tolerancją, wymyślają nawet specjalne dni by dać upust swojej dumie. Na dziś przypada szeroko reklamowany Światowy Dzień Życzliwości. Co charakterystyczne, media będące na pasku liberałów nie wspominają nawet o Święcie Ministrantów, które jak zwykle przypada w dniu św. Tarsycjusza. To właściwie sytuacja normalna w kraju rządzonym przez ludzi moralnie okaleczonych. To co ważne jest ignorowane, to co bez znaczenia stawiane na piedestale...
Niemniej warto było dziś zobaczyć żenujące widowisko wokół pani poseł Kruk, bez której nie byłoby w Polsce wolnych mediów. Choćby po to by zobaczyć jak wygląda życzliwość w wydaniu liberałów. Inspirowani przez PO dziennikarze przyczaili się na nią w Sejmie i wykorzystując jej słabość chcieli ośmieszyć tych wszystkich, którym nawet nie dorastają do pięt. Nie było w ich słowach życzliwości czy troski o zdrowie pani poseł. Nikt nie zaproponował szklanki wody czy choćby kawy. Nikt ze zrozumieniem nie pokiwał głową, bo przecież pani Kruk musiała mieć swoje powody. Być może obserwowała popisy posłów Kurskiego i Mularczyka w komisji śledczej. W takiej sytuacji w moich oczach jest usprawiedliwiona bo na trzeźwo to takiej farsy oglądać się nie da. 
Być może jednak powodem jest wywiad udzielony przez Jarosława Kaczyńskiego Rzeczpospolitej i zawarta w nim zapowiedź agitacji po parafiach. Nic dziwnego, że pani poseł się przeraziła. Msze w w niektórych parafiach potrafią odmóżdżać do końca a przecież i tak mądrość to towar ostatnio w PiS deficytowy. Do tego co innego reprezentować interesy najbiedniejszych a co innego się z nimi zadawać. Od biedy można jeszcze wytrzymać jak się dostanie parafię we Włoszczowej, ale co zrobić gdy otrzyma się parafię do której nawet samochodem trudno dojechać. Kancelaria Sejmu nie zwraca chyba pieniędzy za taksówkę. Za hotel być może tyle tylko, że w większości parafii trudno szukać czegoś takiego jak hotel... A wiadomo, że większość plebani nie gwarantuje standardu do jakiego przyzwyczajeni są posłowie...
Ci przeklęci hipokryci liberałowie jak zwykle nie widzieli w przeciwniku politycznym człowieka tylko sposób na ugranie paru punktów w sondażach. W jednej chwili mówią o życzliwości a w drugiej dokonują ukrzyżowania. Głosy takie jak w Rzeczpospolitej, że używanie alkoholu to rzecz w Sejmie normalna niestety należą do mniejszości. Wejrzyjcie w swoje serca przeklęci liberałowie z PO bo bez tego nie ujrzycie hańby jaka stała się waszym udziałem. Zobaczcie jak pięknie zachował się klub PiS, który przede wszystkim pomagał pani Elżbiecie Kruk a nie plótł głupoty przed kamerami. Zrezygnowano nawet z ważnej konferencji prasowej bo człowiek jest najważniejszy. Wejrzyjcie w swe serca i oddajcie nam władzę a wtedy może wam wybaczymy a z nami cały naród.

niedziela, 16 listopada 2008

Koalicja PO-PSL od roku „niszczy Polskę”, czyli jest dobrze...

Tak trochę niepostrzeżenie minął rok rządu Donalda Tuska. Jak w przypadku każdej tego typu rocznicy dochodzi do podsumowań. Wszyscy prześcigają się w ocenianiu rządu PO-PSL. Niestety najczęściej jest to zwykłe bicie piany. Przedmiotem oceny są wrażenia co do tego co rząd robi, bądź częściej czego nie robi... Jest super, mamy wydarzenie medialne. Nudne niestety, ale przecież najważniejsze by coś się działo. Dopadło mnie znużenie i nie bardzo podoba mi się, że pisząc o dokonaniach rządu Tuska w ostatnim roku staję się częścią konwencjonalnego przy takich okazjach szumu. Mam tylko nadzieję, że sam wpis nie będzie konwencjonalny...
Ocena działań rządu PO-PSL jest trudna z wielu powodów. W sposób bardzo trafny mówił o tym dziś Wojciech Waglewski. W krótkiej wypowiedzi poruszył dwie szalenie istotne sprawy. Stwierdził, że nie będzie oceniał działań rządu jako takich. Może co najwyżej powiedzieć co rząd zrobił co jemu się osobiście spodobało. Wymienił między innymi wycofanie wojsk z Iraku, budowę armii zawodowej, racjonalizację wydatków publicznych, działania zmierzające do wprowadzenia euro a nawet budowę dróg i autostrad. Jego zdaniem chociaż ich na razie nie ma to przynajmniej podróżując po Polsce widzi ją rozkopaną co dobrze wróży na przyszłość. Dziś stojąc na Placu Bankowym, czekając ponad 20 minut na autobus i „przeklinając” niemal bez przerwy Hannę Gronkiewicz-Waltz stwierdziłem, że trudno się z podejściem Pana Waglewskiego nie zgodzić. O naszym stosunku do rządu decyduje tak wiele spraw, często wcale nie najważniejszych, że te wszystkie sondaże i badania społeczne należy oddać bez czytania na przemiał.
Idąc dalej śladem Wojciecha Waglewskiego (to ta druga sprawa) należy stwierdzić, że większość z nas nie ma na tyle wystarczającej wiedzy by dokonać rzetelnego podsumowania. Można ograniczyć się jak to czyni opozycja i publicyści do ilości uchwalonych ustaw ale przecież to tak naprawdę niewiele wnosi. Równie ważne jest współdziałanie rządu z samorządami czy wdrażanie poprzez administrację reform wprowadzanych przez rząd. Podobnie jak absorpcja funduszy unijnych, reagowanie na sytuacje nadzwyczajne czy mrówcza praca urzędników w MSZ, która zapewnia nam większy udział przy podejmowaniu strategicznych decyzji w UE. Czy rząd jest zły bo nie wprowadził jednomandatowych okręgów wyborczych czy dobry bo sprawnie realizowane są takie programy jak „Mleko z klasą” czy wyśmiewany przez wielu ORLIK 2012?
Mam wrażenie, że próbując ogarnąć całość popada się przy ocenie rządu w pewną schematyczność. Z perspektywy mojej nic nie znaczącej osoby zmiany jakie się dokonały w ostatnim roku są zauważalne. Mogą irytować mnie niektóre idiotyczne pomysły tego rządu (np. kastracja), niektórych jego ministrów (np. rejestracja ciąż) czy zbytnie uleganie niektórym lobby (np. „kościół łagiewnicki”) ale nie muszę się już wstydzić za rządzących (co najwyżej jednego, któremu się tylko wydaje, że może rządzić). Oczywiście dostrzegam szereg spraw wymagających większej aktywności rządu PO-PSL. Wiele rzeczy wymaga poprawy, szczególnie pełzająca reforma służby zdrowia. Jednak ja w przeciwieństwie do większości nie mam złudzeń. Nie udało się już wielokrotnie i tym razem będzie zapewne tak samo. Jak się uda (bez podniesienia składek niemożliwe) to będę zachwycony.
Moja w sumie pozytywna raczej ocena prac rządu wynika z braku oczekiwań. Nie zgadzam się z Janem Rokitą, że to szalenie ważny moment a rząd Tuska zawodzi zaufanie Polaków jakim go obdarzyli w wyborach. Jest on wyjątkowy o tyle, że jest aktualnie u władzy. Nic więcej. Oczekiwania Rokity na nową rewolucję we mnie budzą przerażenie. Wręcz się cieszę, że zmiany mają powolny charakter a PSL blokuje szereg groźnych inicjatyw PO. Zaniechanie JOW czy podatku liniowego (co nie znaczy, że nie jestem za uproszczeniem podatków) to dla mnie powód dla dobrej oceny rządu. Na razie nie dzieje się zasadniczo nic złego i trochę dobrego. Mam poczucie, że rządzą nami ludzie w miarę kompetentni, z którymi przychodzi mi się często nie zgadzać. Po dwóch latach rządów wspaniałej koalicji to naprawdę dużo.
Rząd jest oceniany średnio bo niestety większość Polaków oczekuje (jak po każdych wyborach) diametralnej poprawy swojej sytuacji. Nie chcemy premiera ale raczej następnego Mojżesza, który wprowadzi nas do ziemi obiecanej. Tusk i jego partia jest w dużej mierze sama sobie winna. Zaskakuje mnie jak bardzo słaba jest polityka informacyjna rządu. Nawet realne osiągnięcia są usuwane w cień, bo nie pasują do bieżącej strategii. PO woli mówić o tym czego się nie udało zrobić, z winy tego złego (tych złych) niż rzetelnie informować. Niestety nadal definiuje politykę w kategoriach walki z PiS co przynosi szkodę samej partii. Tylko utrzymywane na wysokim poziomie emocje trzymają tych nielicznych sprawiedliwych w szeregach partii braci Kaczyńskich. Poziom kompromitacji tej partii jest już tak duży, że dorównuje mu tylko intelektualna miałkość i tylko ktoś w stanie uniesienia można ją jeszcze popierać. Programowo i mentalnie PiS już nie ma, to co pozostało przypomina ROP...
Brak rzetelnej opozycji nie pomaga PO. Świadomość, że główny konkurent jest tak nie jest w stanie być opozycją rozleniwia. Mam wrażenie, że rząd Tuska mógł zrobić znacznie więcej, gdyby został odpowiednio do tego zmotywowany przez opozycję. A tej jak napisałem nie ma. Nie tylko PiS ale i SLD przypomina karykaturę partii politycznej. Dzisiejsza wypowiedź kolegi Napieralskiego, lidera bądź co bądź partii lewicowej o „zgniliźnie” (zapewne moralnej) PO bo dwóch jej działaczy popala marihuanę doskonale to obrazuje. Polacy więc pewnie nadal będą narzekać na rząd, trochę mniej na Tuska i w sondażach opowiadać się za PO. A ja będę czekał na prawdziwą alternatywę i z dystansem obserwował rząd PO-PSL, z którym coraz mniej zdaję się mieć wspólnego. Tymczasem stawiam czwórkę, trochę na wyrost i w poczet przyszłych osiągnięć. Cóż robić, a jak się obrażą i wyjdą z klasy...

środa, 5 listopada 2008

Czarnoskóry prezydent Obama, czyli kwestia rasy jednak ma znaczenie...

Wspaniała to chwila w dziejach świata, najpotężniejszy naród na świecie odesłał rasizm na karty historii. Wybierając Baracka Obamę potwierdził, że kolor skóry nie jest już problemem. Czarny kandydat (czarnoskóry czy super poprawnie politycznie Afroamerykanin) wygrał pewnie wybory i pchnął świat w dobrym kierunku. Od tej pory o wyborach decydować będzie „jakość” kandydata a nie jego rasowe pochodzenie. Wspaniale, to tyle teorii...
Zachwyty nad wygraną czarnego budzą we mnie czujność. Ktoś powie rewolucyjną i nie będzie daleki od prawdy. W moim odczuciu wygranej Baracka Obamy nie można łączyć bezpośrednio z zanikiem rasistowskich poglądów wśród Amerykanów. Senator z Illinois zwyciężył bo uosabiał potrzebę zmian. Ameryka ery Busha to kraj wojen, kryzysów, pogłębiających się nierówności, rosnących w siłę ekstremizmów. Obama wygrał bo dawał nadzieję, na to że przewietrzy kraj z panującej stęchlizny.
Kolor jego skóry dla większości nie był przeszkodą bo wzmacniał najważniejszy przekaz jakim były zmiany. Uwiarygadniał go, bo dla większości Amerykanów to co nowe jest wartością samą w sobie. Przeszłość to smutny czas, od którego chcą się odciąć i jak najszybciej o nim zapomnieć. Barack Obama ze swoim kolorem skóry jest widocznym gwarantem zmian. Sam wybór czarnoskórego kandydata jest dla nich już zasadniczą zmianą, która automatycznie pociągnie za sobą zmiany w polityce społecznej, zagranicznej, ekonomicznej. Ba, zmieni się nawet sposób uprawiania samej polityki. Jest w tym coś z myślenia magicznego, niezwykły kandydat z peryferii naszego świata ma tchnąć nowego ducha w nasze ogarnięte marazmem społeczeństwo... Skaza w postaci czarnego koloru skóry zwiększa tylko jego niezwykłość tak jak brak ręki czy oka w starych sagach.
Sam sposób postrzegania rasy jednak niewiele się zmienił. Biały to nadal istota doskonała, która może być skażona krwią innych ras. Gdy wchodzę w rolę czarnego rasisty i nazywam Obamę białym podnoszą się zazwyczaj głosy oburzenia. No bo przecież wystarczy spojrzeć, tylko ślepy nie dostrzegł by koloru jego skóry. Dla większości jest nie do pomyślenia by traktować go jako białego mimo że przecież w pochodzi z mieszanego małżeństwa. Przypominają mi się kiepskie filmy, w których blondyn o niebieskich oczach okazuje się nagle czarnym/Żydem bo miał taką a nie inną babcię. I widzę zaskoczone twarze i komentarze w stylu „Cholera nie było widać ale teraz jak tak patrzę na jego nos...”.


Jak sam Obama przyznaje kwestia tożsamości rasowej była dla niego na pewnym etapie życia sporym problemem. Jego kontakty z ojcem były bardzo rzadkie. Jego rodzice rozstali się, gdy miał dwa lata. Od szóstego do dziesiątego roku mieszkał w Indonezji... Po powrocie widział ojca tylko raz w 1971 roku. Jak sam przyznaje w książce Dreams from My Father wiedzę o swoi ojcu czerpał głównie z opowieści i fotografii. Trudno więc twierdzić, że tożsamość Obamy była budowana w oparciu o jego afroamerykańskie (wręcz afrykańskie) pochodzenie. W Kenii się dziś cieszą ale prawda jest taka, że dużo więcej w nim jest z Indonezji, w której mieszkał przez parę lat... Jak sam Obama przyznaje bardzo dużą rolę w jego życiu odegrali dziadkowie ze strony matki. To u nich zamieszkał po powrocie z Indonezji. To oni opiekowali się nim i mieli decydujący wpływ na jego wychowanie. O jego „czarnym” pochodzeniu przypominał mu świat zewnętrzny.
W dzisiejszej Ameryce zmienia się postrzeganie rasy. Nikt już, przynajmniej głośno nie twierdzi nic o wyższości jednej rasy nad inną. Mam jednak wrażenie, że granice między poszczególnymi rasami są wciąż bardzo mocno zarysowane. Barack Obama wygrywa dziś wybory uzyskując poparcie 96% Afroamerykanów. Zazwyczaj i tak głosują oni na Demokratów, jednak dla ich sporej liczby przy wyborze zdecydowała sprawa rasy. Tożsamość rasowa się zmienia, ewoluując w kierunku tożsamości etnicznej. Afroamerykanie odwołują się bardzo często do odmiennej kulturowo tradycji afrykańskiej. Zdają się podążać drogą innych mniejszości etnicznych w USA. To co ich zasadniczo różni od innych mniejszości to niemożność stopienia się w wielonarodowym tyglu. Niezależnie od tego czy tego chcą czy też nie są czarni. Tak jak Obama, którego rozważania o dwurasowym pochodzeniu nie budzą zrozumienia zarówno wśród białych jak i czarnych. Dla pierwszych nie jest dostatecznie biały dla drugich dostatecznie czarny...
Dla nas Polaków nawet niewinne sugestie, że Chopin jest Francuzem wydają się zniewagą. Przynależność Obamy dla białej klasy średniej wydaje się jednak nam czymś absurdalnym. Postrzeganie innego człowieka przez pryzmat jego rasy wciąż jest bardzo ważnym wyznacznikiem w naszym odbiorze świata. Również w Ameryce nic się pod tym względem nie zmieniło. Kulturowo może być Obama bielszy od Williama Josepha Simmonsa, na nic to się nie zda bo geny ojca mają tu znaczenie decydujące. Aż prosi się o uregulowanie tej kwestii i stworzenie odpowiednich standardów. By być białym trzeba mieć 100% białych genów, by być czarnym 10% czarnych...
Doskonale ten proces widać po Latynosach, którzy za Oceanem doczekali się już kategorii rasy (coś z pogranicza pochodzenia rasowego i kulturowego). Na dalszy plan schodzi ich narodowość, ma znaczenia czy są z Peru, Meksyku czy nawet Brazylii. Nie ma więc powodów do euforii, problem rasowy w Stanach wciąż jest realny i daleki od rozwiązania. Przypadek Obamy nie oznacza marginalizacji rasizmu jako takiego, pokazuje za to jak bardzo rasa określa to kim jesteś. Dla mnie przypadek Obamy to tylko w niewielkim stopniu przykład zmiany podejścia Amerykanów do podziałów rasowych. Bardziej jest to wyjątek od reguły, który tłumaczę niezwykłą sytuacją społeczną i polityczną. Swoista segregacja nadal jest w Stanach faktem, nawet jeśli idzie w parze z czymś co nazwałbym polityką parytetów. Nie wiem czy tolerancja dla Obamy byłaby aż tak wielka, gdyby miał białą żonę. Intuicja mi podpowiada, że to naruszałoby „odwieczny”podział i jego charyzma mogłaby być niewystarczająca do wygrania wyborów prezydenckich...