czwartek, 25 września 2008

Igor Janke zawstydza prezesa Kaczyńskiego, czyli przyszła pora na bojkot salonu24...

Jarosław Kaczyński ostatnio dawkuje swoją obecność w mediach. Słychać go najczęściej w publicznym radiu, gdzie zwykle wygłasza pogadanki do narodu. Ucieszyłem się więc szczerze, gdy zobaczyłem go w telewizji Puls. Liczyłem, że przypomnę sobie przyczyny wszystkich swoich antypisowskich fobii i się nie zawiodłem. Pan prezes okazał się w doskonałej formie. Szlachetnym przedstawicielem czwartej władzy był redaktor Igor Janke, któremu dość szybko przyszło się przekonać o niemożliwości prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy z panem prezesem...
Początek był całkiem przyjazny, niestety potem pan redaktor okazał się zbyt wścibski i napastliwy. Nie zadowoliła go znana przecież wszystkim odpowiedź o przyczynę porażki PiS w ostatnich wyborach. Nie wystarczyło mu, że Jarosław Kaczyński potwierdził po raz setny winę mediów za ten stan rzeczy. Snuł dalej swoje wizje o nie najlepszej kondycji PiS. Prawdziwym afrontem było już pokazanie rozmowy z Jarosławem Sellinem. Prezes Kaczyński nie zawiódł mnie i w tym fragmencie wywiadu opowiadając jakimi „zerami” są zdrajcy, którzy bez niego nadal by wycierali kanapy i snuli oderwane od rzeczywistości dyskusje o Polsce. Uwaga Igora Janke o tym, że to i PiS zawdzięcza coś tym ludziom bo przecież ich nazwiska przyciągały wyborców wzmogło tylko irytację u jego rozmówcy. 
Wszystko co było niewygodne dla Jarosława Kaczyńskiego, lub za takie uchodziło w jego oczach wywoływało jego zdecydowaną reakcję. Próba dowiedzenia się czegokolwiek na temat Ludwika Dorna i jego dalszej przyszłości w PiS zakończyła się oskarżeniem Igora Janke i całego jego środowiska o brak troski o wartości rodzinne. Pan prezes w ten sposób zademonstrował w jaki sposób „nowoczesna” partia przyciąga wyborców... Kulminacją był moment, w którym na pytanie jakość PiS w opozycji prezes Kaczyński odpowiedział w sposób dla niego właściwy: atakiem. Oskarżył Igora Janke o to, że stara się go zawstydzać przyjmując optykę jego wrogów. Mniej więcej wtedy zakończył się już formalnie dialog i rozpoczął monolog. Próby Igora Janke by wziąć również udział w programie były stopowane znanym zaklęciem: „proszę pozwolić mi dokończyć”. Niezauważalnie zmieniła się formuła, pokazywano filmiki, które komentował prezes Kaczyński... Mam wrażenie, że na tym etapie Igor Janke odpuścił sobie bo zdał sobie sprawę, że nic więcej nie wskóra...
Zabawnie było patrzeć jak na stosunkowo łagodne pytania (np. nie było nic o 300 złotych) i ważne dla całej prawicy zadawane przez Igora Janke prezes Kaczyński reagował agresją. Szanowny redaktor mógł się przekonać osobiście, że z genialnym strategiem dobrze rozmawia się tylko o niegodziwościach PO. Wszelka zaś krytyka, nawet delikatna i płynąca z „własnego obozu” jest zakazana. Nie zdziwiłbym się, gdyby po takim afroncie Jarosław Kaczyński nie pojawił się więcej w studiu telewizji Puls. Pyskówka i osobiste wycieczki prezesa Kaczyńskiego powinny być interpretowane jednoznacznie. Telewizjo Puls nie idź dalej tą drogą bo jutro czeka cię bojkot prezesa Kaczyńskiego a pojutrze całego PiS. Ja osobiście liczę, że wyznawcy genialnych bliźniaków w akcie solidarności zbojkotują również salon24. Byłoby to jak najbardziej logiczne i doskonale wpisywałoby się w sposób ich myślenia. Igor Janke atakując Jarosława Kaczyńskiego stanął przecież w jednym szeregu z Gazetą Wyborczą, TVN 24 i der Dziennikiem. Kara więc musi być...

wtorek, 16 września 2008

Sławomir Cenckiewicz daje świadectwo, czyli o narodzinach męczennika IV RP...

Smutny to i piękny zarazem dzień dla polskiego patrioty. Zły lord sithów o wilczym uśmiechu wraz z tym, który przeszedł na ciemną stronę mocy by władzę w Senacie zachować wymusili podłymi sztuczkami odejście rycerza bez skazy, głosiciela prawdy i dobrego syna tej ziemi Sławomira Cenckiewicza z IPN. Przejmujące poczucie straty rekompensuje prawdziwym patriotom tylko świadectwo jakie dał ten wspaniały bohater IV RP. Dokonał rzeczy wielkich, to dzięki niemu mogliśmy się wszyscy przekonać o niegodziwościach niegodziwych. Wlał w nasze serca nadzieję, że prawda należy do nas. Teraz by ratować IPN, bez którego przyszłe pokolenia utoną w mrokach kłamstw i niewiedzy złożył się na ofiarnym ołtarzu. 
Prawdziwi patrioci mogą taką postawę uczcić tylko pochyleniem głowy na znak szacunku i ukradkową łzą... To piękne poświęcenie nie pójdzie bowiem na marne. Sławomir Cenckiewicz swoja piękną postawą udowodnił, że należy mu się miejsce w panteonie narodowych świętych. Odtąd na wykładach w przykościelnych salach sprzedawana będzie już nie tylko biblia dobrego patrioty jaką jest już bez wątpienia jego praca o Lechu Wałęsie ale również plastikowe figurki pana doktora. W czasie kolędy księża rozdawać będą obrazki nie z podobizną jakiś semicko - niemieckich przypadkowych świętych ale tego bohatera, który nie bał się podążyć drogą Pana...
Zdaję sobie sprawę, że ta cała liberalno - komusza swołocz będzie ujadać. Będą kpić, ośmieszać, zrobią wszystko by pomniejszyć poświęcenie Sławomira Cenckiewicza. Każdy prawdziwy patriota nie ma jednak wątpliwości co do wagi jego czynu. Jego przejęte spojrzenie kiedy informował o swoim kroku jest wymowniejsze niż tysiące słów, które chaotycznie i nieporadnie staram się ułożyć by dać świadectwo wielkości tego niezłomnego wojownika.
O tym, że rezygnacją nie jest tylko bufonadą ale przemyślanym i podjętym z rozmysłem działaniem świadczy również coś innego. Sławomir Cenckiewicz to prawdziwy naukowiec, człowiek o wspaniałych przymiotach intelektualnych. Świadomy wagi walki jaką przyszło mu toczyć zrobił wszystko by osłabić wroga. Podał się do dymisji dumnie wypinając pierś ale nie omieszkał jednocześnie zdecydować o pobieraniu uposażenia do końca roku. Jakimże genialnym człowiekiem jest Sławomir Cenckiewicz, przez trzy miesiące będzie brał pieniądze za nic tylko dlatego by nie dostał ich jakiś wróg słusznej sprawy. 
Od tej pory już na wieki, każdy kto będzie chciał ograniczyć wolność badań naukowych będzie się musiał zmierzyć z legendą Sławomira Cenckiewicza. Lech Wałęsa nie będzie mógł tak lekko wypowiadać sądów o swojej niewinności bo będzie świadomy, że w ten sposób ogranicza wolność badań naukowych. Któż się ośmieli zaprzeczyć istnieniu układu, kto stanie w obronie tych wszystkich lże-bohaterów III RP. Tylko ci najbardziej zakłamani adepci tajnych szkół WSI, KGB i Mossadu będą w stanie wytrzymać głębokie spojrzenie tego świętego patrioty i zdobędą się potem na świadome głoszenie tych swoich wszystkich kłamstw. Dzięki temu bardzo łatwo będzie można ich namierzyć i wyeliminować z życia publicznego...
Mam nadzieję, że Sławomir Cenckiewicz już poza IPN będzie nadal głosił prawdę z równą wytrwałością. Zdaję sobie sprawę, że może to nie być już to samo. To trochę tak jakby wygonić Kmicica z twierdzy jasnogórskiej i kazać mu walczyć po lasach. IPN to dla każdego prawdziwego patrioty miejsce równie bliskie sercu jak klasztor Ojców Paulinów. Chcę wierzyć, że gdy już siły mroku legną pokonane to Sławomir Cenckiewicz wróci tam gdzie jego miejsce i znów będzie głosił dobrą nowinę. Tymczasem wyobrażam go sobie jak siedzi sobie na beczce prochu niczym sam Wołodyjowski i uśmiechając się podpala lont. Jest świadomy, że jego poświęcenie nie pójdzie na marne a ojczyzna będzie mu wdzięczna. Zatrzymajcie się więc na chwilę prawdziwi patrioci i zanim w słusznym gniewie zaczniecie domagać się komisji śledczej pomyślcie nad tym jak wspaniała jest to postawa.

czwartek, 11 września 2008

Fado w Warszawie, czyli Raquel Tavares na festiwalu Skrzyżowanie Kultur...

Pojawiają się u mnie pierwsze oznaki jesiennej depresji. Jednego dnia siedzę i wygrzewam się na słońcu a drugiego szarości i wilgoć wokół przyprawia mnie o ból głowy. W takiej sytuacji nie wiem czy powinienem polecać koncert Raquel Tavares. Ale co mi tam, przecież w fado to nie tylko smutek ale i sposób na jego oswojenie. Może więc to wcale nie taki głupi pomysł jak mi się z początku wydawał. Raquel Tavares jest przedstawicielką najmłodszego pokolenia śpiewającego fado. Wielce utalentowaną przedstawicielką, zdobywczynią wielu nagród i nadzieją tego gatunku. Ja osobiście słyszałem jak dotąd tylko jedną jej płytę (Bairro) i jestem na razie na etapie oswajania się. Całkiem miłe to uczucie...
Niektórzy być może widzieli Raquel Tavares przy okazji ekscytowania się występem jednego z Mroczków i Edyty Herbuś na konkursie tańca Eurowizji. Reprezentowała w nim Portugalię, podobno z kiepskim skutkiem. Mam nadzieję, że nie zniechęci ta informacja do wybrania się na koncert. Każdy popełnia błędy... Co prawda kiczowaty konkurs i fado to sprawy wymagające zupełnie odmiennej wrażliwości ale może niektórzy potrafią się w tym odnaleźć. Skoro nikogo nie dziwią aktorzy szekspirowscy naparzający innych szekspirowskich aktorów telefonami komórkowymi po głowie w hollywoodzkich superprodukcjach to i Raquel można chyba wybaczyć niewinny udział w tym dość marnym widowisku...
Ale do rzeczy... Koncert odbędzie się w piątek 19 września w ramach 4. Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Wstęp jest wolny ale trzeba wcześniej zarezerwować wejściówki. Będzie to można również zrobić przed samym koncertem w namiocie koncertowym, sam jednak chyba bym się nie zdecydował na takie dodatkowe emocje... Początek o 19.00 więc proszę się ubrać ciepło.

niedziela, 7 września 2008

Stephen Harper gra o większość, czyli o tym dlaczego Kanadyjczycy zagłosują już w październiku...

Wiele na to wskazuje, że dziś dowiemy się o terminie nowych wyborów do kanadyjskiej Izby Gmin. Na dzisiejszy poranek zaplanowano spotkanie premiera Harpera z panią Gubernator Michaelle Jean, na którym zostanie ustalona ich data. Najprawdopodobniej będzie to 14 października. Tym samym swój żywot zakończy już drugi z rzędu rząd mniejszościowy. I tak przetrwał bardzo długo, chociaż nie wiem czy można to uznać za sukces premiera Harpera. W brytyjskim systemie rządów, który z pewnymi różnicami istnieje w Kanadzie rządy mniejszościowe to anomalia, którą należy jak najszybciej wyeliminować. Premier czeka tylko właściwego momentu do przeprowadzenia wyborów, które dałyby mu większość i pozwoliły na efektywne sprawowanie rządów.
Nie wiem czy to jest ten moment. Sondaże dają rządzącym konserwatystom dużą przewagę nad liberałami. Wydaje się jednak, że nie na tyle dużą by zdobyć większość... Jej uzyskanie w Kandzie chyba już na trwałe będzie trudne, separatystyczny Blok Quebecki gwarantuje za każdym razem duże emocje. Silny regionalnie skutecznie zabiega o mandaty. Teraz jednak wydaje się słaby jak nigdy dotąd, daje to powody do optymizmu konserwatystom. Od 1993 roku Blok przegrał w Quebecu tylko raz (2000 r.) co od razu przełożyło się na znaczący wzrost liczby mandatów dla zwycięskiej partii (liberałów). Teraz sondaże dają separatystom jeszcze mniej, na razie w Quebecu prowadzą konserwatyści z ponad 30% poparciem.
To dość niezwykła sytuacja, bo torysom „od zawsze” nie za dobrze wiedzie się w tej francuskojęzycznej prowincji. Wydaje się jednak, że tylko oni prezentują jakiś w miarę spójny plan rozwiązania konfliktu między Quebekiem a resztą Kanady. Co więcej poczynił już pierwsze kroki chociażby poprzez uznanie Quebecois za naród wewnątrz zjednoczonej Kanady. Teraz zapowiadają dalsze kroki. Przynosi to efekty w prowincji, która zdaje się ograniczać dążenia separatystyczne licząc jednak w zamian na zwiększanie autonomii. Na sukces torysów ma zapewne również wpływ zmęczenie quebeckiego elektoratu rządami liberałów w tej prowincji...
Pora wydaje się również dobra ze względu na słabość Partii Liberalnej. Dwucyfrowa przewaga torysów (są sondaże, które dają wygraną liberałom) może być niemożliwa do odrobienia w toku kampanii wyborczej. Tym bardziej, że nie widać nawet przesłanek dla wzrostu poparcia dla liberałów. Istotnym problemem zdaje się być przywództwo. Stéphane Dion nie zdołał się zbyt dobrze zapisać w pamięci Kanadyjczyków co pokazuje tabela. Tylko 13% uważa, że byłby on najlepszym z kandydatów na stanowisko premiera. Lepszy wynik uzyskuje nawet Jack Layton, lider socjaldemokratów... Nie najlepszy moim zdaniem jest również dobór problemów na potrzeby kampanii wyborczej. Koncentrowanie się na ekologii może przynieść efekty o tyle, że odbierze głosy dynamicznie rozwijającym się ostatnio w Kanadzie Zielonym. Nie daje to jednak gwarancji wygranej...
Największym problemem liberałów zdaje się wiarygodność. Są mało przekonywający krytykując obecność wojsk kanadyjskich w Afganistanie bo sami je tam wysłali. Podobnie jest z gospodarką, która rozwija się nieźle skutecznie unikając groźby recesji. Owszem rząd Paula Martina również radził sobie na tym polu świetnie. Co z tego jeśli z tego okresu (i wcześniejszego również) pamięta się głównie afery korupcyjne... Utrata zaufania i zniechęcenie dla liberałów widoczne jest we wzroście poparcia dla socjaldemokratów i zielonych. Inaczej niż w latach dziewięćdziesiątych teraz to lewica jest podzielona a nie prawica. Liberałowie łącznie z socjaldemokratami i zielonymi mogą bowiem liczyć według sondaży na 54% głosów. W takiej sytuacji nie ma co liczyć na nawiązanie walki z torysami. System wyborczy jest bezlitosny i sprzyja silnym ugrupowaniom...
Zapewne jest również tak, że premier Harper chce „zdążyć” przed wyborami w USA. Ewentualna wygrana Baracka Obamy w wyborach prezydenckich nie pozostałaby bez wpływu na sytuację w Kanadzie. Entuzjazm z amerykańskich mediów mógłby się przelać przez granicę i skutkować spadkiem poparcia dla torysów. Ma chyba więc rację Harper decydując się na wybory. Na razie nic nie wskazuje na to by mógł je przegrać. Nie wiadomo tylko czy zdoła zdobyć wystarczającą liczbę mandatów do tego by stworzyć rząd większościowy... Trochę więcej będzie można powiedzieć po wyborach uzupełniających, które odbędą się w trzech okręgach wyborczych 8 i 22 września.

środa, 3 września 2008

Reality show, czyli wybierzmy sobie premiera II.

Nigdy nie rozumiałem popularności zjawiska reality show. Nic się w tym względzie nie zmieniło przez ostatnie dwa lata. Oczywiście założenia tego typu programów są bardzo proste. Sama idea reality show ewaluowała, zaczynało się od zamknięcia paru anonimowych osób w odizolowanym środowisku. Teraz już nikt nie chce oglądać nikomu nie znanych twarzy... Nic dziwnego, że szuka się nowej formuły, im jest dziwniej tym lepiej. Pudzian tańczący w takt tanga jest tak bardzo surrealistyczny, że musi przyciągać uwagę. I do tego to poczucie władzy. Publiczność uwielbia wcielać się w rolę Boga i decydować o być albo nie być w programie „sławnych gwiazd”.
Zjawisko reality show jest bardzo pomocne przy zrozumieniu naszej współczesnej polityki. W obu przypadkach wszystko ma się dziać przed kamerami a ostateczną decyzję podejmują widzowie. W polityce coraz rzadziej chodzi o rozwiązywanie konkretnych spraw czy realizowanie programu. Po prostu nie jest to na tyle efektowne by pokazywać to w mediach. Dzieje się więc gdzieś na marginesie, skrywane wstydliwie przez partie. Nikt przecież nie chce wyjść na nudziarza. W polityce za sms-y robią cotygodniowe sondaże.
Najważniejszy jest wizerunek. Nikogo więc w tym kontekście nie powinna dziwić inicjatywa Jarosława Burdeka, wicedyrektora TVP 2 ds. audycji rozrywkowych. Postanowił on zakupić prawa do polskiej edycji programu The Next Great Prime Minister, który wyprodukowała kanadyjska CBC. Jak donosi Polska pan wicedyrektor wypatrzył program na zagranicznych targach telewizyjnych. Oszczędził by trochę publicznych pieniędzy, gdyby czytywał mojego bloga...
Widzowie powinni być zachwyceni, reality show ma bowiem za zadanie wybrać następnego premiera. Założenie jest takie, że poszczególnych kandydatów oceniają osoby sprawujące wcześniej to stanowisko. Chyba dlatego telewizja publiczna swoją ofertę złożyła nie tylko premierowi Marcinkiewiczowi ale również prezydentowi Kwaśniewskiemu. W sumie ma to uzasadnienie, bo któż lepiej niż były prezydent może oceniać u kandydatów umiejętność unikania różnych tropikalnych chorób. A że nie był on nigdy premierem, no coż nie bądźmy zbyt drobiazgowi...
Nie chcę po raz drugi wykpiwać naszych premierów, nie to jest najważniejsze w całej sprawie. Smutne jest to, że taki program doskonale oddaje ducha naszych czasów. Polityka jest zabawą, czymś co nie ma przełożenia na nasze życie. Politycy tak jak gwiazdki kiepskich seriali są zobligowani do zabiegania o naszą sympatię. Oceniamy ich nie poprzez skutki ich działań bo nie mamy czasu się temu wszystkiemu przyglądać ale poprzez medialny show. Celna riposta może więcej dać niż reforma służby zdrowia... Stąd takie ataki na media bo dzisiejsi publicyści przypominają jurorów w programach reality show. Nie chcemy już być już obywatelami bo wymaga to za dużo wysiłku. Wolimy być widzami wysyłającymi od czasu do czasu sms-y łudząc się, że tym samym to my o wszystkim decydujemy...

czwartek, 28 sierpnia 2008

Prezydent Kaczyński jedzie na szczyt...

Ze sporym zażenowaniem obserwuję spór między prezydentem a premierem o to, kto będzie reprezentował Polskę na szczycie Unii poświęconemu gruzińskiemu konfliktowi. Nachodzi mnie smutna refleksja, że możemy się starać uporządkować świat wokół poprzez tworzenie stabilnego prawa ale nie ma to i tak znaczenia, bo przyjdzie jednostka i uczyni z niego karykaturę. Mam wrażenie, że prezydent Kaczyński wybrany jakimś cudem na brytyjskiego monarchę w ciągu paru lat przekreśliłby całą brytyjską tradycję ustrojową i wprowadził rządy absolutne...
Opisywałem już spór w ramach władzy wykonawczej o polska politykę zagraniczną i nie zamierzam się powtarzać. Irytuje mnie styl uprawiania polityki i wykorzystywanie polityki zagranicznej do bieżącej walki między partiami. Co innego jest jednak groźne. Coraz częściej pojawiają się głosy kontestujące „jakość” konstytucji. Zdaniem wielu zawarte w niej zapisy są niejasne i nie zapobiegają sporom kompetencyjnym. Zasadniczo się z tym nie zgadzam.
Za politykę zagraniczną odpowiedzialny jest rząd, zresztą jak za wszystko inne. Prezydent jak to określa konstytucja w art. 133 „współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem”. Nie oznacza to, że może ale nie musi... Jego konstytucyjnym obowiązkiem jest współdziałanie. Jego ostatnie działania stoją z tym w sprzeczności i dlatego nie mają oparcia w konstytucji. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości niech zapozna się z artykułem 146 konstytucji: „Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną Rzeczypospolitej Polskiej”.
Prezydent zachowuje się jednak jakby nie był świadomy swojej pozycji w ramach organów państwa. W Polsce mamy w zasadzie system parlamentarno – gabinetowy. Wzmocniona jest trochę pozycja premiera (odwołanie się do modelu kanclerskiego, np. konstruktywne wotum nieufności) i nieco szersze uprawnienia prezydenta, który nie pełni tylko funkcji reprezentacyjnych ale ma możliwość wkraczania w sytuacjach nadzwyczajnych jako arbiter i strażnik porządku konstytucyjnego. Mieszanie się do bieżącej polityki, jak czyni to prezydent Kaczyński sprzeczne jest z duchem konstytucji i szkodzi powadze urzędu. W systemie parlamentarno – gabinetowym zasadnicza sprawą jest bowiem odpowiedzialność władzy wykonawczej przed parlamentem. Premier czy też ministrowie mogą być odwoływani za podejmowane decyzje. Prezydent nie ponosi odpowiedzialności politycznej i dlatego większość jego aktów wymaga kontrasygnaty właściwego ministra. Ma to sens, bo to premier i rząd cieszy się poparciem parlamentu a nie prezydent. Inicjatywy podejmowane przez prezydenta Kaczyńskiego, które nie są popierane przez rząd nie mają szans na poparcie w Sejmie. Krótko mówiąc jest to tylko bicie piany...
Zwolennicy działań prezydenta Kaczyńskiego pewnie podniosą doniosłość bezpośrednich wyborów prezydenckich i wskażą, że on również czerpie legitymizację podobnie jak parlament z woli narodu. Właściwie to samo można jednak powiedzieć o wójcie gminy Trojanów, któremu nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby prawa zawierania umów międzynarodowych, nawet tych dotyczących tylko gminy. Mimo że jak mi się wydaje formalnie nie zabroniono mu tego... Bezpośredni wybór głowy państwa jest trochę niezrozumiały. Wpisując ten mechanizm twórcom konstytucji chodziło o zwiększenie aktywności obywateli. Nie chciano również zapewne odbierać obywatelom czegoś co było obecne w Małej Konstytucji... Jedno jest pewne, bezpośredni wybór głowy państwa nie jest wystarczającym powodem do tego by starać się tworzyć w Polsce metodami pozakonstytucyjnymi system prezydencki.
Nie wiem, czy prezydent Kaczyński zdaje sobie sprawę ze śmieszności swoich zachowań. Myślę, że w pewien sposób tak. Chyba dlatego na szczyt wybiera się nie tylko jako prezydent Polski ale również regionalny lider. Nie wiem tylko jak długo nim będzie, bo prezydenci państw bałtyckich też za dużo nie mają do powiedzenia w swoich krajach. Dla prezydenta Kaczyńskiego nawet najdrobniejsze sprawy stają się na tyle wielkie, że przyznaje sobie prawo do wkroczenia w nie jako arbiter. Tak było z negocjacjami w sprawie tarczy, tak jest teraz w przypadku szczytu Unii. Nie dostrzega, że w ten sposób podważa wolę narodu wyrażoną w ostatnich wyborach. Negując każde działanie rządu podważa jego legitymizację do sprawowania władzy. Prezydent, którego głównym zadaniem jest czuwanie nad przestrzeganiem Konstytucji i ładu z niej wynikającego zainteresowany jest tylko jego podważaniem. To dość kuriozalna i dziwaczna sytuacja. Nie może być tak, że prezydent stara się prowadzić własną politykę sprzeczną z tą prowadzoną przez rząd. Od biedy niech już realizuje się jako główna siła opozycyjna i będzie surowym krytykiem działań podejmowanych przez rząd. Godzi to co prawda w godność i powagę urzędu, który sprawuje ale przynajmniej nie jest dysfunkcyjne dla całego systemu. Przykro jest patrzeć na prezydenta Polski, który wpadł w taki zacietrzewienie, że nie widzi swojej śmieszności. Mam nadzieję, że prezydent Sarkozy dopieści jego ego na tyle, że zrobi sobie z miesiąc urlopu by kontemplować swoją wielkość...

wtorek, 26 sierpnia 2008

Rosja daje niepodległość, czyli nie tylko o talentach komicznych prezydenta Miedwiediewa...

Z pewnym zaskoczeniem odkryłem u prezydenta Miedwiediewa niezwykły talent komiczny. Jego dzisiejsze wystąpienie było naprawdę niezwykłe. Najbardziej żal mi Czeczeńców, ci nieliczni którzy przetrwali ludobójstwo dokonywane przez poprzedników Miedwiediewa teraz umierają ze śmiechu, słuchając powodów uznania przez Rosję niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. Wszystkie te piękne słowa o ochronie życia ludzkiego i prawie narodów do samostanowienia brzmią z gruntu fałszywie. Rosjanie powołując się na fakt, że konflikt między Gruzją a jej zbuntowanymi prowincjami nie jest możliwy do rozwiązania zapominają, że to oni i ich wojska są gwarantem tego stanu rzeczy. Żadne poważne rozmowy w sprawie wyjścia z impasu po prostu nie mogły być podjęte bo Rosji zależało na podtrzymywaniu napięcia. Dotąd był to w miarę skuteczny sposób nacisków na Gruzję, teraz wobec wzrostu znaczenia Rosji na arenie międzynarodowej i zaangażowania amerykańskiego na Kaukazie nie ma to już większego sensu.
Nie bardzo wiem czym kieruje się Miedwiediew dążąc do konfrontacji z zachodem. Może po prostu chce ukarać Gruzję, może chce wiedzieć jak daleko może się posunąć w przyszłości. Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się, że jest to nieudana manifestacja siły i przejście do defensywy poprzez atak. Tak czy inaczej podejmuje ryzykowną grę, która nie może przynieść wymiernych korzyści. Oczywiście o ile zachód wykaże stanowczość... A to nie jest aż takie oczywiste. W pewien sposób zachód jest sam sobie winien. Słuchając nawet dziś Gerharda Schrodera mam wrażenie, że żyje on w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Naiwna fascynacja Rosją i niedostrzeganie zachodzących tam negatywnych zjawisk z jednej strony i chęć robienia interesów bez zważania na inne sprawy z drugiej sprawiają, że to ona głównie zyskuje na współpracy a nie zachód. Przesadne dbanie o rosyjską dumę, wynikające w dużej mierze z „tradycji” postrzegania Rosji jako jednego ze światowych mocarstw i przeciwwagi dla USA ośmielają ja tylko do podejmowania takich inicjatyw jak atak na Gruzję i uznanie niepodległości Abchazji i Osetii Południowej.
Wina po stronie zachodu wynika również z braku konsekwencji. Uznanie niepodległości Kosowa zgodnie z przewidywaniami wielu obserwatorów stało się precedensem. Już wtedy, mimo swoich obiekcji Rosja zapowiedziała, jeśli świat uzna niepodległość Kosowa to ona że może rozważyć uznanie niepodległości gruzińskich prowincji. Teraz to się dzieje... Moim zdaniem i wtedy i teraz łamane jest prawo międzynarodowe. Wtedy przykrycie własnej nieudolności było wystarczającym powodem powołania do życia tworu, który nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Teraz mamy tego skutki.
Rosja ma rację, że państwa zachodnie nie słuchały Rosji w sprawie Gruzji i jej zbuntowanych prowincji. Taki rozwój wypadków rysował się już od dawna, tylko nikt nie brał go na poważnie. Ja też, bo działania Rosji wydają mi się szaleństwem. To ona jako chyba ostatnie państwo kolonialne na świecie powinna być najbardziej ostrożna w promowaniu separatyzmu. Okazało się, że zwyciężyła polityka imperialna definiowana w duchu XIX wieku. Chęć posiadania (utrzymania?) nowego terytorium stała się najważniejsza...
Nie wiem jak rozwinie się sytuacja. Trudno mi sobie wyobrazić by nawet państwa WNP były zachwycone inicjatywą Rosji. Nie wzbudzi w nich radości stosowana jeszcze w carskiej Rosji i udoskonalana w ZSRR polityka „dziel i rządź”. Może parę państw uzna niepodległość Abchazji i Osetii Południowej, tak na złość USA. Kilka innych może być „zmuszone” przez Rosję. Tak czy inaczej może być to ciekawy test na realną siłę Rosji ma świecie. Sukces odtrąbiony po wyparciu wojsk gruzińskich z Cchinwali może okazać się pyrrusowym zwycięstwem. Uznanie niepodległości osobiście postrzegam jako wyraz bezsilności Rosji. Gruzji udało się chyba trochę wbrew własnym intencjom umiędzynarodowić konflikt. Wprowadzenie wojsk rozjemczych innych niż rosyjskie co wydawało się w pewnym momencie bardzo realne mogło stwarzać nadzieje na realne i trwałe rozwiązanie konfliktu a co za tym idzie na utratę przez Rosję kontroli nad tymi terenami. Uznanie niepodległości prowincji gruzińskich jest po prostu zamrożeniem całej sprawy. Wojska rosyjskie będą nadal sobie swobodnie stacjonować w Abchazji i Osetii Południowej. Gruzja będzie podejmować nieskuteczne próby odzyskania swoich terytoriów, a świat mimo poparcia udzielonego Gruzji po pewnym czasie uzna właściwie status quo...

czwartek, 21 sierpnia 2008

Psucie święta, czyli Dalajlama znów coś smęci o ofiarach...

Niektórzy to nie potrafią się zachować... Sami ponurzy i wyniośli nie mogą znieść radości innych. Zepsują święto innym swoimi nudnymi i napuszonymi opowiastkami. Tym razem „coś ugryzło” Dalajlamę i nie mógł powstrzymać słowotoku w wywiadzie dla Le Monde. Zawsze się jednak znajdzie jakaś czarna owca, której ciągle coś nie pasuje. Pamiętamy jeszcze wspaniałe święta w naszej socjalistycznej ojczyźnie, które były tylko pretekstem dla elementu przestępczego do wszczynania awantur. Teraz też ciągle słychać narzekania na najlepszego prezydenta w historii Polski (wliczając w to królów, książąt i biskupów), który swoją odwaga uczynił z Polski prawdziwe mocarstwo jednego dnia dając opór Rosji, drugiego zawierając strategiczny sojusz z USA. Krótko mówiąc zawsze komuś się coś nie podoba... Ach, jak by to pięknie było, gdyby wszyscy żyli w zgodzie i mieli jedynie słuszne poglądy na wszystko.
Dużo możemy się od organizatorów igrzysk nauczyć. Dlatego ja zupełnie olewam sportową rywalizację skupiając się na działaniach władz, które zaskakują świat swoją potęgą i prowadzą Chiny ku świetlanej przyszłości. Ach jak bym chciał by w naszym kraju można by było decyzją administracyjną zamknąć tych wszystkich homo-turystów paradowiczów z Berlina na dziesięć dni bez nakazu sądu... Albo wziąć tych wszystkich nierobów z Mazur, co to w PGR-ach jeszcze potrafili pracować a teraz mają dwie lewe ręce i zagonić ich do budowy stadionów (autostrady odpadają bo przecież nie będą oni raczej po nich jeździć a na stadionowe pogadanki „ojców narodu” wpadną). Albo pozamykać tych wszystkich szalonych ekologów w obozach reedukacyjnych za stawanie na drodze postępu, Augustów miałby już swoją obwodnicę. Rozmarzyłem się trochę...
Nie wiem jak można nie podziwiać chińskiej konsekwencji w działaniu. U nas ciągle się ktoś wtrąca w nasze sprawy. Gdyby nie prezydent rządziłby u nas już dawno ten cały Barroso ze swoją niemiecką świtą. Władze Chin nie przejmują się światem, pacyfikują, zamykają w obozach, strzelają do tłumów. Dla innych igrzyska byłyby przeszkodą, nie dla nich... Słusznie rozumują, że skoro świat patrzy na olimpijskie areny to ma mniej czasu na inne sprawy.
Ten anachroniczny do cna Dalajlama nie rozumie, że jest już tylko odrobinę niemodną ikoną popkultury. Nikt nie traktuje go poważnie i może sobie wygadywać różne głupoty we francuskiej prasie. Jest tylko miłym, uśmiechającym się zbyt często dziadkiem. Dlatego nie potrafię ukryć swojej dezaprobaty dla tego jego moralizatorstwa. Ośmiela się nam wszystkim mówić co jest dobre a co złe. Nie pytany!!!! Od dziś wypada z mojej listy miłych dziadków. Nie wiem czy zastąpi go Hu Jintao, bo chyba jest na to jeszcze trochę za młody. Ale to jego wysokie czoło, zmysłowe usta i mądre oczy. I co najważniejsze nie ma fryzury jak jakiś kibol...

wtorek, 29 lipca 2008

Dobry człowiek, czyli o tym dlaczego to ja zgarnę 35 mln...

Pora losowania Lotto zbliża się nieubłaganie. Większość z tych, którzy wystali swoje w kolejkach i zakupili los już planuje jak wydać pieniądze. Suma 35 mln robi wrażenie, nawet na kimś takim jak ja, kto wmawia sobie, że pieniądze to nie wszystko. Może dlatego dałem się ponieść zbiorowemu szaleństwu i również zakupiłem los. I to po raz drugi z rzędu... Za pierwszym razem zgarnąłem 16 złotych, więc teraz może być tylko lepiej.
Nie jestem hazardzistą i gram tylko wtedy, gdy kumulacja osiąga sumę powyżej 10 mln i to nie zawsze. Skreślam sześć cyfr, zawsze tych samych i jak wszyscy liczę na cud. Wygrana w Lotto to byłoby coś, potwierdzenie wyjątkowości. Przecież ot tak sobie nie wygrywa się 35 milionów. Musi stać za tym siła wyższa, a któż nie chciałby by być namaszczony przez Boga. Zresztą dlaczego miałbym, nie wygrać, myję codziennie uszy, mówię „dzień dobry” sąsiadom i co roku przeznaczam 1% podatku na potrzebujących. Jestem prawie jak św. Franciszek bo tak jak on kocham zwierzęta, może oprócz gryzoni, węży, słoni (strasznie śmierdzą), kaczek (inne pierzaste też nie wzbudzają u mnie zachwytu), żab, królików (ten ich seksoholizm), psów, kotów, chomików, hipopotamów... Ale kocham wiewiórki, czy to nie czyni mnie godnym wygranej?
Tak jak inni obiecuję sobie, że nie wpadnę w depresję jak przegram, przecież niezbadane są wyroki boskie. To tak jak z tym Hiobem, wcześniej czy później i tak będę bogaty... Prawdopodobnie raczej później (mam nadzieję, że zdążę bo ten system emerytalny mnie trochę niepokoi). Wiara ponad wszystko. A ci co się czepiają muszą przyznać, że to najbardziej racjonalna strategia bo w przeciwnym wypadku nie należałoby wcale grać. Bo to całe prawdopodobieństwo to jakiś szwindel jest...

środa, 23 lipca 2008

Wojna o immunitet, czyli o tym dlaczego PiS ośmiesza się po raz wtóry...

Jeszcze wczoraj obserwując posiedzenie Komisji Regulaminowej Sejmu byłem rozbawiony. Gorliwość posłów PiS do pracy i to bez wynagrodzenia wydawała mi się czymś przekomicznym... Dzień dzisiejszy unaocznił mi jak bardzo się myliłem bagatelizując wczorajsze zajście. Słuchając wystąpienia marszałka Bronisława Komorowskiego czułem się odrobinę nieswojo. Zamiast zwrócić uwagę na niebezpieczny dla polskiego parlamentaryzmu precedens śmiałem się z robiących z siebie głupków posłów PiS. Reakcja marszałka, bardzo zdecydowana i zgodna z wszelkimi procedurami pozwoliła opanować sytuację.
Niestety coraz częściej śmiejemy się z pomysłów i działań posłów Prawa i Sprawiedliwości i przez to coraz słabiej dostrzegamy szkodliwość podejmowanych przez nich działań. Z czysto ludzkiego punktu widzenia w przypadku wielu członków PiS już dawno została przekroczona granica śmieszności, za którą czai się tylko lekceważenie. Jednak niestety na ich poczynania należy patrzeć z perspektywy państwa. Nawet najbardziej przekomiczny poseł czy urzędnik państwowy nie jest osobą prywatną a jego działania mają znaczenie dla powstawania czegoś taki ważnego jak praktyka prawna, która często decyduje później o wykładni prawa. 
Oburzamy się na ostre słowa, które zresztą padały z ust posłów zarówno koalicji jak i opozycji. Skupiając na spektaklu mniej wyraźnie widzimy dokonujący się proces anarchizacji państwa. PiS zawsze od obowiązującego prawa miał stosunek niekonwencjonalny. Powoływał się na nie, gdy było mu to na rękę. W przeciwnym razie łamał je bez skrupułów ubezpieczając się przedstawianiem jego dziwacznej wykładni. Ta taktyka często skutkowała, dla świętego spokoju politycy innych ugrupowań przymykali oczy. Najjaskrawszym przykładem była chyba awantura wokół traktatu lizbońskiego. Prezydent i cały PiS szantażował wszystkich, że go nie podpisze chociaż w parlamencie został on już przegłosowany. Koalicja dała się wciągną w jakąś dziwaczną grę, która tylko ośmieliła PiS do podejmowania podobnych działań w przyszłości. To samo z polską polityką zagraniczną. MSZ właściwie „oddał” prezydentowi zajmowanie się polityką wschodnią, chociaż ten przecież nie ponosi za swoje działania żadnej odpowiedzialności. Często słyszę opinie, że nie można było zrobić niczego innego. Trzeba było zawrzeć jakiś kompromis bo bez niego doszło by do permanentnego konfliktu. Tyle tylko, że PiS właśnie tak definiuje politykę. W pewnym sensie więc mamy z nim do czynienia przez cały czas. Może został on trochę uśpiony na czas lizania ran po przegranych wyborach ale zdaje się, że zaczyna wracać do „normalnego” poziomu.
Wydarzenia w Komisji Regulaminowej są tylko pokłosiem wcześniejszego uginania się przed żądaniami PiS. Analizując na spokojnie sytuację nie odnajduję najmniejszych podstaw do tak ostrego przedstawienia sprawy. Komisja przecież tylko opiniuje wniosek, decyzję podejmuje cała izba. Wtedy będzie czas na debatę, wnioski formalne i wychodzenie z sali. Zresztą przecież nikt nie odmawiał posłom PiS prawa do zadawania pytań na komisji. Żądania zmieniały się wraz z rozwojem sytuacji. Najważniejszy „argument”, że każdemu należy umożliwić obronę doskonale obrazuje instrumentalne traktowanie przez posłów PiS tej sprawy. Zdają się oni nie pamiętać, że komisja nie podejmuje decyzji o winie posła Ziobro. Nawet Sejm tego nie robi, istotą sprawy jest to czy dokumenty przesłane przez prokuraturę są wystarczającym powodem do uchylenia immunitetu. Dopiero sąd orzeka o winie. A tak na marginesie, to nie jestem przekonany czy prokuratura udowodni winę Zbigniewowi Ziobrze. Winna polityczna jest bezsporna, ale od strony prawnej może to wyglądać różnie...
Dlaczego więc zajścia Sejmie miały tak gwałtowny charakter. Wynika to z rozumienia polityki jako gry (nic dziwnego, że posłanki Szczypińska i Kempa nie potrafiły zachować powagi). Działacze PiS dzielą rzeczywistość na oderwane od siebie fragmenty i starają się z każdego z nich wycisnąć najwięcej ile się da. Bardzo często owa fragmentacja dokonuje się kosztem logiki, bo podejmowane działania są sprzeczne ze sobą... Bo jak tu zrozumieć coś z tego, skoro Zbigniew Ziobro sam immunitetu chce się zrzec a jego koledzy prawie stosują przemoc fizyczną by do on go nadal chronił. Tym bardziej, że ci co bardziej pamiętliwi pamiętają jeszcze postulaty jego ograniczenia bądź nawet całkowitego zniesienia... Kto by jednak pamiętał o logice, gdy w grę wchodzi święte oburzenie.
Swoje zrobiło również zaskoczenie. Dotąd w imię polityki miłości nie koalicja nie podejmowała tak zdecydowanych działań. Wczorajszy nacisk na przewodniczącego komisji okazał się przecież skuteczny. Wydawało się, że można odtrąbić zwycięstwo. Okazało się jednak, że druga strona tez potrafi zagrać twardo. „Chłopcy z PiS” nie mogli znieść porażki, dlatego zrobili wszystko by wygrana nie smakowała ich wrogom aż tak bardzo. Być ogranym przez „frajera” to najgorsza zniewaga dla takich „ostrych gości” z PiS. I to jeszcze zgodnie z demokratycznymi regułami... 
Nie wiem, czy PiS jest w stanie jeszcze bardziej zradykalizować język debaty publicznej. Skoro mogą mówić wszystko, nawet ignorując fakty to czego chcieć więcej. Nikt nie będzie przecież starał się nawet wyjaśnić sprawy bo to przecież PiS. Niegrzecznym chłopcom można więcej. A partii braci Kaczyńskich to na rękę bo nikt przy zdrowych zmysłach na ich partię nie zagłosuje (nie krytykuję nawet programu ale styl działania i niekompetencję). Może co najwyżej pod wpływem emocji, nic więc dziwnego, że PiS tak bardzo dba o to by ich poziom był tak wysoki. Tymczasem PiS zmienia się w karykaturę partii politycznej, która nie śmieszy jednak ale coraz częściej przeraża. Jeśli lato jest tak gorące to co dopiero czeka nas jesienią...

niedziela, 20 lipca 2008

Akcja „Bojkot”, czyli nie tylko o nieobiektywnych mediach...

Mój nieobiektywizm aż bije po oczach, dlatego przez chwilę zastanawiałem się nawet czy nie ogłosić bojkotu samego siebie. Zastanawiałem się czy miałoby to uzasadnienie, ale koniec końców uznałem, że siebie lubię (tylko czasami ale zawsze) i to przeważyło... Tak chyba powinien dziś zaczynać wpis każdy szanujący się bloger. Oczywiście są wyjątki, ostatni bogowie na naszej planecie, posiadacze prawd absolutnych, którzy posiadają zapewne stosowny certyfikat wydany przez najwyższego demiurga polskiej sceny politycznej Jarosława Kaczyńskiego.
Właściwie na tym mógłbym poprzestać. Problem „obiektywizmu” jest jednak szalenie istotny dla polskiej debaty politycznej. Warto chyba więc pomęczyć jeszcze trochę siebie i potencjalnego czytelnika. Wymóg obiektywności jest powszechnie formułowany przez właściwie wszystkie siły polityczne i dotyczy on oczywiście mediów. Muszę przyznać się, że mnie takie podejście bawi i traktuję go co najwyżej jako zabieg retoryczny usprawiedliwiający własną nieudolność. Media same w sobie nie są w stanie być obiektywne tak jak nie może być taki sam człowiek. I nie chodzi tu o złą wolę ale o coś tak prozaicznego jak brak wiedzy. Zasadniczo by być obiektywnym trzeba wiedzieć wszystko o wszystkim a tak mogą myśleć o sobie tylko nierozgarnięci bufoni...
Media mają być również neutralne. Tylko co mamy przez to rozumieć. Czy media mają być tylko lustrem, w którym odbijają się politycy. Do tego tylko wtedy, gdy sami tego chcą czyli po „doskonałej charakteryzacji”. Czy rola dziennikarza ma się ograniczać do zadawania ugrzecznionych pytań najlepiej przygotowanych wcześniej przez sztab polityka? Czy neutralność to równy odstęp do wszystkich partii politycznych niezależnie od podejmowanych przez nie działań. Wydaje się, że w świetle ostatnich wydarzeń neutralność należy pojmować właśnie w ten sposób. Tyle tylko, że takie zdefiniowanie roli mediów podważa ich sens w demokratycznym społeczeństwie i uniemożliwia im pełnienie funkcji kontrolnej.
Ważne jest również by media były niezależne. Zastanawiam się tylko od kogo? Moim zdaniem przede wszystkim od pragnących uczynić z nich swoja propagandową tubę polityków. Zwolennicy teorii spiskowych pewnie i tak wiedzą swoje, autonomia dziennikarska nie istnieje, i tak np. redaktor naczelny dużej gazety musi chodzić na pasku jest właściciela podobnie jak wszyscy jej dziennikarze... Nie ma dla nich znaczenia, że od w dziennikarstwie najważniejsza jest reputacja i pisywanie tekstów na zamówienie może być dla dziennikarza końcem kariery. Właściciel mediów działa w warunkach rynkowych i osiągnąć zadowalające warunki finansowe może tylko poprzez inwestowanie w opiniotwórczość. Zbudowanie poważnej stacji telewizyjnej czy gazety ogólnopolskiej jest możliwe tylko wtedy, gdy czasem bardzo różne środowiska (nie oznacza to, że wszystkie) uznają je za swoje. Może pójść również w stronę schlebiania niskim gustom odbiorców i to się najczęściej dzieje w mniejszym lub większym stopniu.
Jakie więc mają być media. Przede wszystkim pluralistyczne i ten warunek jest w Polsce spełniony. Mnogość punktów widzenia i wielość ocen zachodzących zjawisk gwarantuje ich swobodne ścieranie się i stwarza szanse na wyrobienie sobie zdania przez obywateli. Tego Jarosław Kaczyński jako nosiciel prawdy absolutnej zdaje się nie rozumieć. Media prezentują pewien punkt widzenia i dziwne by było gdyby było inaczej. Nie są jednak aktywnymi graczami na scenie politycznej jak chce tego prezes PiS ale jej recenzentami. Co więcej pluralizm pomiędzy mediami przenoszony jest również na poziom poszczególnych redakcji. Niejednokrotnie komentatorzy na szpaltach tego samego dziennika są między sobą w zasadniczym sporze. Podobnie w telewizji, wielość programów i dziennikarzy z ich biografiami gwarantuje pluralizm.
Dziś w Loży prasowej w tvn24 wystąpili Piotr Zaremba, Paweł Lisicki, Piotr Stasiński i Wiesław Dębski. Wszyscy oni dość krytycznie wypowiadali się o bojkocie. Jeśli ktoś uzna, że to dowód na brak obiektywizmu czy neutralności stacji to wypada tylko współczuć... Oczywiście sam pluralizm nie wystarcza, istotna jest również rzetelność dziennikarska. Co z tego, że byłoby nawet nieskończenie wiele mediów skoro każde z nich mówiąc oględnie podawałoby nieprawdziwe informacje. Taki jest podstawowy zarzut Jarosława Kaczyńskiego wobec wybranych mediów. Myślę, że byłby on w stanie zaakceptować sytuację, w której dokonany by został podział na media PiS, PO i ewentualnie postkomunistów czy PSL. Dla niego stosowanie kryterium partyjnego zdaje się mieć większy sens niż kryterium ideowego bo uzależnia media od polityków. Taki informacyjny apartheid zdaje się być bardzo pożądany bo przecież politykę definiuje nie poprzez debatę ale walkę.
Sam się zastanawiam na ile bojkot TVN i wcześniej Superstacji wynika z urażonego ego prezesa PiS a na ile z przemyślanej strategii. Prawdopodobnie obie sprawy są ważne chociaż sam skłaniam się ku drugiej. Bojkot ma za zadanie przede wszystkim skompromitować TVN, która w tym momencie jest najbardziej profesjonalną stacja w kraju. Jarosław Kaczyński stosuje znany już wcześniej chwyt, wyznacza wroga, odbiera mu podmiotowość i na nowo definiuje. O dziwo, jest to skuteczne, wiele osób zaczyna postrzegać stację jako „nieobiektywną” sprzyjającą PO. Szuka potwierdzenia i znajduje bo kto szuka nie błądzi... Trochę automatycznie ignoruje rzeczy dla PO (czy innych ugrupowań) niekorzystne i wyszukuje niewygodne dla PiS. A ponieważ w myśl słów prezesa stacja jest wrogiem każda krytyka jest przykładem nieobiektywizmu. Bo czy krytyka płynąca z wrogiego obozu może być obiektywna...
Nawet osoby, które nie dały się wciągnąć w spór na linii PO – PiS zaczynają „dostrzegać” nieobiektywizm, często mylony z posiadaniem przekonań. I pojawiają się np. głosy zachwytu nad Polsatem, który od strony fachowości jest parę lat świetlnych za TVN a dziennikarzy też ma mówiąc oględnie różnych... Ludzie nie chcą się identyfikować z czymś co jest podejrzane. Jarosław Kaczyński stawia fałszywą alternatywę: albo jesteś bezmózgim ćwierćinteligentem oglądającym nieobiektywny TVN24 albo kimś zupełnie normalnym oglądającym coś innego. Nawet ktoś, kto nie popiera PiS na wszelki wypadek wybierze inny kanał... Po co być „obciachowym”, że użyję słowa, którego ostatnio nauczył się prezes PiS. Nie chce mi się już nawet narzekać jak bardzo takie granie na emocjach przyczynia się do infantylizacji polskiej polityki. Zaczynamy się poruszać wśród osobliwych pojęć, dzielić media na te, które lubimy, nienawidzimy i te, które może kochamy. Takie podejście daje jednak wolność, intelektualne debaty przestają mieć znacznie. O racji zaczyna decydować przynależność...
Wydaje mi się, że PiS może stracić na bojkocie ale nie aż tak dużo jak spodziewają się niektórzy. Dzięki niemu partia i jej stronnicy zwierają szeregi i jednak uderzają w stację TVN. A zanim skończy się lato pewnie powrócą do niej triumfalnie... Przykład idzie z góry, mnie ostatnio śmieszą próby przypięcia etykietki mojej skromnej osobie. Bo czy wszyscy Ci "obiektywni” nie widzą sprzeczności w domaganiu się obiektywizmu i automatycznemu przypisywaniu takich czy innych intencji innym. W przypadku stacji telewizyjnej działa ten sam mechanizm, jeśli TVN równa się PO to nieważne o czym tam się mówi. Nie należy nawet starać się zrozumieć, wystarczy dowalić... To bardzo wygodny sposób na ignorowanie treści, z którymi się nie zgadzamy. Pewnie dlatego na salonie tak popularne są wszelkie bojkoty. Po co czytywać coś co odbiega od naszego sposobu myślenia skoro są nasi i ich teksty utrwalające nas w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Ignorujmy wszystkich innych, bojkotujmy!!!!