środa, 12 października 2011

Wybory 2011, czyli status quo z nadziejami na coś nowego w przyszłości...

Wszystko zdaje się wracać do normy, w większości przypadków poziom dopaminy w mózgu współrodaków zdążył już spaść do poziomu sprzed kampanii wyborczej. Tak wiem, niebezpiecznie jest porównywać oddziaływanie polityki i kokainy. Efekty niestety mogą być podobne... Nie ma więc lepszego czasu na podsumowania, wczoraj było na to za wcześnie, jutro może być już za późno. Na „głodzie” znacznie trudniej o rzetelną analizę.


Obserwując wyniki wyborów można stwierdzić, że niewiele się zmieniło. Niektórzy się z tego cieszą, ponowna wygrana PO ma ich zdaniem świadczyć o dojrzałości naszej demokracji. Niekoniecznie musi mieć to potwierdzenie w faktach. Nie sposób stwierdzić na ile decydujący dla wyborców PO był strach przed PiS. Nie ulega wątpliwości, że był ważny... I niestety tak będzie dalej, trochę tak jak we Włoszech przed 1993 rokiem, kiedy zaciskano zęby i głosowano na chadeków z obawy przed zwycięstwem komunistów.


W tym kontekście Jarosław Kaczyński ma rację, twierdząc, że jego przeciwnicy przegrali. PiS stracił bardzo niewiele w porównaniu z poprzednimi wyborami i jego powrót do władzy jest nie mniej realny niż 4 lata temu. Partię scala mit smoleński i nic nie wskazuje by mógł on ulec erozji. Największy sukces odniosła oczywiście Platforma Obywatelska, utrzymała władzę mimo stygmatu partii rządzącej. Co więcej znalazła się w jeszcze bardziej komfortowej sytuacji niż cztery lata temu. Ma teraz do wyboru trzech kandydatów do koalicji, wszyscy aż przebierają nóżkami by ich wybrała.


Patrzę na te wyniki wyborów i nie jestem w stanie dostrzec za bardzo dojrzałości naszej demokracji. Szczególnie w kontekście sukcesu Ruchu Poparcia Palikota. Ugrupowanie, które w kilka miesięcy stało się trzecią siłą w Sejmie jest budowane w oparciu o charyzmę lidera, który przy okazji tak się składa, że dysponuje sporymi zasobami finansowymi... Nie posiada zaplecza intelektualnego, nie ma przemyślanego programu, który pozwoliłby je wpasować w istniejące nurty ideologiczne. Okazało się, że wystarczy bazować na społecznym niezadowoleniu, umiejętnie wykorzystać kilka nośnych haseł i można posiadając pieniądze zdobyć 10 % głosów w wyborach do Sejmu. Wyborcom nie przeszkadza nawet, że często owe hasła wzajemnie się wykluczają... Wyborcy RPP mówią dziś o „święcie demokracji” dla mnie to niestety powielanie schematów z niedojrzałych demokracji. W moim odczuciu taki sukces byłby czymś bardziej zrozumiałym na Ukrainie niż w Polsce...


Cieszę się jak wszyscy, że RPP trochę zburzy monotonię sejmowych posiedzeń. Co więcej mam nadzieję, że wymusi wreszcie zmiany na lewicy. Bez nich trudno mi jest sobie wyobrazić spadek poparcia dla PiS. Wykluczeni nie mają dziś nikogo, kto dbałby o ich interesy. Wybierają więc PiS i z ponurą satysfakcją patrzą jak syta część społeczeństwa drży przed Jarosławem Kaczyńskim. RPP oczywiście nie odnowi lewicy, może jednak uświadomić jak bardzo jest ona potrzebna w Polsce. O ile cztery lata temu wydawało się, że nowa lewica nie może powstać inaczej niż w oparciu o SLD to dziś bardziej sensowne wydaje się budowanie czegoś od nowa. To niewątpliwie pozytywny skutek tych wyborów...


Umiarkowany sukces odnotowało PSL, zdobyło mniej głosów niż cztery lata temu ale dotyczy to przecież całej „wielkiej” czwórki. Wygląda na to, że czeka nas cztery lata polityki kontynuacji. Oprócz zjawisk pozytywnych niestety pogłębieniu ulegną te negatywne. Trochę się tego boję, arogancja władzy już w tej kadencji była spora. O ile cztery lata temu byłem umiarkowanie zadowolony to teraz jest we mnie rozczarowanie. Wtedy poukładanie spraw po awanturniczym rządzie PiS i jego przystawek wydawało mi się priorytetem. Mniejsze znaczenie miało to w jakim kierunku pójdzie polska polityka. Teraz jest już inaczej, dlatego pojawiło się rozczarowanie. Przez następne cztery lata czeka nas przecież marsz nie zawsze w dobrym kierunku. Wiele wyborów może mieć wymiar wręcz cywilizacyjny, podjęcie złych decyzji co obserwując dotychczasowe działania PO wydaje się wielce prawdopodobne może mieć dla nas fatalne skutki. Niełatwo wiec być dziś optymistą...

czwartek, 15 września 2011

Przypadek Ryszarda Bugaja, czyli rzecz o bezsilności...

Niewiele jest rzeczy gorszych od bezsilności. Kto jej doświadczył, ten wie jak łatwo wtedy o głupie decyzje. Skoro nic nie można zrobić to dlaczego by nie zrobić czegokolwiek. Efekt będzie przecież taki sam... No cóż, niekoniecznie. Osoba doświadczająca uczucia bezsilności jednak tego nie wie, kieruje się „alternatywną” logiką. Do prawdziwego dramatu może dojść, kiedy jest do doświadczenie permanentne. Nie, nie chcę tu odgrywać roli domorosłego psychologa, nie taki cel mi przyświeca. Staram się tylko zrozumieć ostatnie zachowania Ryszarda Bugaja i niestety nic nie tłumaczy ich tak dobrze jak bezsilność...

Nie sposób odmówić Bugajowi konsekwencji. Jego życiorys doskonale obrazuje bolączki polskiej lewicy. Jako jeden z pierwszych starał się stworzyć ugrupowanie w oparciu o lewicowe wartości, projekt Unii Pracy okazał się jednak nieudany. Dysponujący znacznie większymi środkami postkomuniści zajęli tą część sceny politycznej, mimo, że reprezentowali w większym stopniu beneficjentów byłego ustroju niż tradycyjny lewicowy elektorat. I trwają do dziś skutecznie ukręcając w zarodu wszelkie inicjatywy zmierzające do powstania na lewicy czegoś nowego. Niełatwo to przełknąć komuś o tak mało koniunkturalnym podejściu do polityki jak Bugaj... Jego odejście z UP, potem powrót i ponowne odejście doskonale to obrazuje.

Te doświadczenia chyba przekonały go, że nie można stworzyć silnego ugrupowania lewicowego tak długo jak istnieje SLD. Rozumiał również, że każde podjęcie współpracy z tą partią prowadzi do anihilacji. Cóż więc w takiej sytuacji można robić? Ryszard Bugaj postanowić chyba wspierać każdego, kto mógłby realizować lewicowe postulaty. Stąd jego start z list PSL, stąd również uwikłanie we wspieranie PiS... Już wtedy u źródeł tych działań leżała bezsilność.

Teraz na naszych oczach iluzje pielęgnowane przez Bugaja rozsypują się w proch. Zdaje sobie sprawę z porażki i co więcej nie widzi już możliwości zrobienia czegokolwiek sensownego. Odrzuca więc wszytko, zamyka się i wyrzuca klucz. Chyba tylko w ten sposób można interpretować jego decyzję o nie braniu udziału w wyborach. Szkoda, że nie poprzestaje na samej decyzji, jej racjonalizacja jest bowiem kuriozalna. Czy Bugaj naprawdę wierzy, że duża absencja w wyborach może wstrząsnąć klasą polityczną? Dla głównych partii jest ona nawet na rękę. PO ucieszy się pewnie, że najbardziej niezadowoleni nie zagłosują. PiS również chciałby niskiej frekwencji licząc na swój zdyscyplinowany elektorat. Zastanawiam się, czy taki protest może być w ogóle zauważony... Zrozumiałbym, gdyby namawiał do oddania pustego głosu. Wtedy taka manifestacja miałaby może sens.

Ryszard Bugaj jest dziś strasznie zagubiony, jak cała lewica zresztą. Rozdarta między „pragmatyzmem” pójścia z SLD (również PO lub PiS) a bezsilnością daje się nawet porwać populizmowi Janusza Palikota. Niektórzy rozpaczliwie starają się przekonać samych siebie, że tym razem może się udać i powstanie na lewicy nowa jakość. Znamienne wydaje się również miejsce, w którym Ryszard Bugaj przedstawia swoje racje. Człowiek lewicy, który wybiera Gościa Niedzielnego do wyłożenia w sposób systematyczny swoich racji musi być zagubiony...

środa, 14 września 2011

O spadaniu, śmierci i zespołowym oszustwie...

Byłem dziś na siłowni! Odkrywałem to miejsce krok po kroku, ostrożnie nie chcąc stracić niczego z jego egzotyki. I czułbym się wspaniale, gdybym wcześniej nie zajrzał do książki Svena Lindqvista „Wytępić całe to bydło”. Natknąłem się na fragment o nieprzygotowaniu do śmierci i zawładnął on moimi myślami. Siłownia chyba jest dziś ostatnim miejscem, gdzie wypada sobie pozwolić na taką chwilę słabości. Gdyby przy wejściach ustawione były skanery myśli pewnie nie zostałbym nawet wpuszczony... W świątyni nieśmiertelnych ciał nawet najmniejsze napomknięcie o śmierci jest równie nie na miejscu, jak pochwalenie Lucyfera przed ołtarzem Bazyliki Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu. Tak mi się przynajmniej wydaje...

Lindqvist wspominając swoje młode lata napisał o śmierci jako czymś zmuszającym nas do robienia rzeczy istotnych. Tak wtedy myślał, co więcej, uważał, że krótkie życie „chroni przed chaosem i powierzchownością naszej egzystencji”. Tego typu herezje niestety zapanowały nad światem i czynią spustoszenie w inteligenckich głowach. Pozostała zdrowa część społeczeństwa wykupuje karnet na siłownię i tematem śmierci się nie zajmuje. No chyba, że trzeba iść na pogrzeb jakiegoś zapomnianego krewnego... Cała ta konsumpcja pogrzebowych wspaniałości niestety kosztuje niemało.


Lindqvist zmienił zdanie. Chyba? Nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Ubolewa tylko nad brakami w swojej edukacji, mimo jej staranności nigdy nie nauczył się umierać... Wyobrażam sobie, że w chwili gdy człowiek czuje zbliżający się koniec taka wiedza mogłaby pomóc w zachowaniu spokoju i uczynić umieranie czymś znacznie bardziej profesjonalnym. Zapewne dlatego w chwili słabości wraca do wykładu profesora Tonnessena, w którym uczestniczył w czasach swojej młodości. Przywołuje jego słowa:

Urodzić się, to jak skok ze szczytu wieżowca
Życie jest nieprzerwanym biegiem ku śmierci...

Wszystko co tworzy człowiek, jest jego zdaniem wielkim oszustwem, próbą ucieczki od myśli o nieuchronności śmierci. Blogowanie nie jest wyjątkiem. Cały czas spadamy i nie jest nawet ważne ile czasu nam pozostało... Lindqvist jak na obdarzonego zdrowym rozsądkiem Skandynawa przystało, pyta profesora Tonnessena o płynący z jego metafory wniosek. Oczywiście jest on dla niego w tamtym momencie absolutnie nie do przyjęcia. Śmierć zdaniem profesora czyni każde nasze działanie bezsensownym, nie warto robić niczego... Dopiero gdzieś na Saharze, w środku burzy piaskowej, kiedy śmierć staje się czymś realnym Lindqvist czuje owo spadanie.

Hmmm, jakie wnioski płyną z tego co napisałem? Nie wiem. Czy to ważne? Cóż innego może powiedzieć wyznawca - choć mocno nieortodoksyjny - filozofii bierności. Lindqvist nawet nie podaje imienia profesora Tonnessena, zapewne go nie pamięta. Nie zaskakuje mnie to, świat w swoim zapomnieniu poszedł zapewne jeszcze dalej. Niech każdy zajmie się własnym spadaniem.

sobota, 12 marca 2011

Atomowe manewry, czyli o tym jak awaria w Fukushimie aprecjonuje polską atomistykę...

Przyszło nam żyć w trudnych czasach... Wszyscy szukamy inspiracji, nie jesteśmy już skazani na życie swojego ojca/swojej matki. W tym celu zapoznajemy się z innymi kulturami, nie tylko po to by przejąć z nich to co nam odpowiada, można powiedzieć nawet, że to sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest to, że dzięki temu możemy również zastanowić się nad naszą własną kulturą, zobaczyć jak się ona zmienia... Ułatwia to pewien dystans, bez którego bardzo łatwo wpaść w pułapkę nacjonalizmu. A od tego już tylko krok do płaczu za mitycznym narodem, który najczęściej nie ma nic wspólnego z tym rzeczywistym...

Ale nie o tym ma być ten wpis... Dla mnie jednym z takich miejsc, w którym od zawsze szukałem inspiracji była Japonia. Ostatnie wydarzenia więc tym bardziej są dla mnie bolesne. Czuję się w nieco irracjonalny sposób związany z tym krajem. Nie bardzo mam ochotę mówić o tym ogromie zniszczeń jaki ma tam teraz miejsce. Wiem, że Japończycy sobie poradzą. Metodycznie i wielką dozą samozaparcia odbudują to co zostało zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi. Zresztą takie „publiczne babranie się w emocjach” byłoby nie po japońsku. Zresztą ktoś, o kim kiedyś powiedziano, że „ekspresyjnością przewyższa Yoshinori'ego Watanabe” musiałby to zrobić w nieudolny sposób...

Skupię się więc na bardzo małym wycinku rzeczywistości, który szczególnie mnie uwiera. Rzecz dotyczy komentowania sytuacji w elektrowni Fukushima I przez polskich ekspertów. Sygnały napływające z Japonii budzą niepokój, istnieje realne zagrożenie stopienia się reaktora. Rząd wysyła specjalną grupę by do tego nie dopuścić, powiększa też strefę z której wysiedla się ludzi z 10 do 20 kilometrów. Władze nieoficjalnie mówią o wycieku, chociaż w oficjalnym komunikacie są dużo bardziej powściągliwe. Widać napięcie, na razie sytuacja zdaje się stabilizować ale nikt nie mówi głośno o tym co może się wydarzyć po kolejnych wstrząsach wtórnych. Zagraniczni eksperci przedstawiają możliwe scenariusze nie unikając mówienia o zagrożeniach. W skrajnym przypadku może przecież dojść do stopnienie rdzenia reaktora i powtórki z Czarnobyla. Wydaje się to mało prawdopodobne ale nikt, kto ma chociaż odrobinę rozumu nie może tego scenariusza wykluczyć. Takie podejście powinno być szczególnie widoczne wśród naukowców, którzy przecież zabierają głos jako eksperci.

Oglądając zagraniczne serwisy można stwierdzić, że tak jest. Sytuacja jest płynna i tak do końca nie można przewidzieć jak się ona rozwinie. W Polsce jest jednak inaczej, tu eksperci wiedzą... W sposób niewzruszony i pewny. Nawet fakty nie są im przesadnie potrzebne, jeśli już to tylko po to by ową wiedzę udowodnić. I tak na przykład Krzysztof Dąbrowski z Centrum ds. Zdarzeń Radiacyjnych z pełną powagą twierdzi, że „elektrownie jądrowe w Japonii są zupełnie bezpieczne” a wprowadzenie alarmu atomowego w Japonii „nie ma żadnego związku z obiektami jądrowymi”. Ta wypowiedź jak domyślam się, miała miejsce wczoraj... Niewiele to w sumie zmienia, od człowieka pracującego w agencji zajmującej się nadzorem i reagowaniem na „zdarzenia radiacyjne” można chyba śmiało wymagać nieco większej wyobraźni...

Miałem również przyjemność mocno wątpliwą wysłuchać opinii pana dr Piotra Jamroza z Państwowej Agencji Atomistyki. Przypomniały mi się czasy stanu wojennego i funkcjonujący wówczas język propagandy. Wtedy to demonstranci dokonywali dewastacji pałek unikających przemocy ZOMOwców. Teraz zdaniem pana doktora para wypuszczona do atmosfery była (tu cytuję) „NIEJAKO PROMIENIOTWÓRCZA” i dalej „NIE BYŁA PROMIENIOTWÓRCZA TYLKO POŚREDNIO” (...promieniotwórcza jak się domyślam). W jego opinii nie ma „żadnego zagrożenia”. Panu doktorowi gratuluję, brnął dzielnie do końca...

Skąd więc tak diametralnie inna ocena sytuacji w Fukushimie I przez polskich ekspertów. Niestety jest to jeszcze jeden widomy przykład słabości polskiej nauki. Nie mam tu na myśli nawet braku wiedzy, istotniejsze jest niedoinwestowanie. Kiedy słuchałem anonimowego polskiego eksperta, który łamiącym się głosem mówił o tym, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa i wedle stanu jego wiedzy nie może dojść do wybuchu to odniosłem wrażenie, że „środowisko atomowe” jest przerażone. Udało się już niemal zastąpić „strach przed Czarnobylem” „niechęcią do Rosjan”. „Światła część społeczeństwa”, którego aspiracje uosabia Platforma Obywatelska dała się przekonać do wizji rozwoju cywilizacyjnego, niemożliwego bez atomu. Rusza więc już powoli proces budowy elektrowni atomowej w Polsce, tyle grantów, przeraźliwie drogich zabawek czeka już na „naszych ekspertów” a tu takie faux pas ze strony japońskiej braci atomowej... Nic dziwnego, że nie można usłyszeć w kraju nad Wisłą ani jednej rzetelnej analizy...

Debata na temat zagrożeń wynikających z posiadania elektrowni atomowych w Polsce nie przeprowadzono. W teorii jest to w 100% bezpieczny sposób pozyskiwania energii. Po co mówić o praktyce, zaraz „oszołomy” zaczną wyciągać przykład Temelina, który doprowadził poprzez swoje „prawidłowe działanie” niemal do wojny między Czechami a Austrią. Kwestia wycieków, składowania odpadów i „takie tam” przecież tylko zaciemniają debatę... Reakcja polskich naukowców zajmujących się energią atomową nie powinna więc razić... Otwiera się szansa rozwoju naukowego i możliwość zarabiania naprawdę poważnych pieniędzy. Przecież w Polsce nikt właściwie dotąd atomem się nie zajmował... A społeczeństwo wydaje niewyobrażalnie duże sumy na technologię przeszłości i uniemożliwia tym rozwój innych alternatywnych sposobów pozyskiwania energii. I prawie wszyscy są zadowoleni...

piątek, 10 grudnia 2010

Nagrody Nobla wręczone

Jak tak się zastanowić, to w życiu chodzi o to, by podejmować słuszne decyzje. Od momentu ogłoszenia wyników Komitetu Noblowskiego nie miałem wątpliwości, że tym razem się to tej szacownej instytucji udało. I chyba na tym powinienem zakończyć, w przeciwnym razie wyjdę na totalnego malkontenta... Do czego się mogę przyczepić? Moim zdaniem dużo wątpliwości budzi czas, w którym je podjęto. Wiem co mówię, jestem mistrzem podejmowania właściwych decyzji w jak najbardziej niewłaściwym czasie. Skutki tego zazwyczaj są marne, w takich chwilach zastanawiam się czy nie lepiej byłoby nie podejmować decyzji wcale...
Komitet Noblowski nie może sobie pozwolić na tego typu wątpliwości, tak czy inaczej musi podjąć decyzję... Tak się złożyło, że w tym roku postanowił uhonorować Mario Vargasa Llosę. To jeden z moich ulubionych pisarzy, od początku lat 90-tych życzyłem mu tej nagrody. Przeczytałem wszystkie jego powieści (przełożone na polski), na podstawie Prawdy kłamstw wyrabiałem sobie literacki gust... Pierwszą jego książką jaka wpadła mi w ręce była Historia Alejandra Mayty, zanim oddałem ją do biblioteki musiałem przeczytać ją raz jeszcze. Potem była Rozmowa w „Katedrze”, nie będę oryginalny jeśli napiszę, że najlepsza pozycja w jego dorobku. Nie jest to tylko opis rzeczywistości, powieść oddaje „ducha” tamtego okresu, nie tylko w Peru ale i w większości krajów latynoamerykańskich... Potem już bywało różnie, były książki bardzo dobre i dobre. Warsztat Llosa ma doskonały, niestety coraz częściej brak w tym wszystkim autentyczności. Czytając np. Święto kozła nie można niestety odnieść wrażenia, że oto pisarz postanowił opowiedzieć nam pewną historię. Zebrał materiały, dorzucił parę uwag od siebie, kilka refleksji i stworzył powieść... wydumaną.
Mam wrażenie, że Komitet po prostu nie mógł się zdecydować jakie nowe ciekawe „zjawisko literackie” mógłby wesprzeć i tylko dlatego sięgnął po listę pisarzy, którzy nobla powinni dostać już dawno... Milan Kundera znów miał pecha. Llosa powinien odebrać nagrodę w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych. Wtedy miałoby to jeszcze jakiś sens, obecnie niczemu nie służy oprócz docenienia świetnego pisarza. Dla mnie niestety to nie jest wystarczający powód, Nagroda Nobla powinna w moim odczuciu „tworzyć” wielkich pisarzy, odkrywać ich dla ogółu. Llosa tego już nie potrzebuje... Tak, to dobra decyzja podjęta zdecydowanie zbyt późno.
Nie inaczej jest z przyznaniem pokojowej Nagrody Nobla Liu Xiaobo. W tym przypadku możemy mówić o tym, że odkrywa ona nagrodzonego dla świata. Co więcej, zwraca uwagę na bardzo konkretny problem ważny dla całej społeczności międzynarodowej jakim jest łamanie praw człowieka w Chinach. Tyle tylko, że decyzja o jej przyznaniu powinna zapaść w 2008 roku. Wtedy mogłaby mieć ona bardzo realny wpływ na zmianę podejścia władz chińskich do problemu praw człowieka. Teraz mam wrażenie, że to już jest tylko teatr. Chiny obrażają się, nic innego przecież oficjalnie nie mogą zrobić ale jednocześnie wiedzą, że to tylko pusty gest „zachodu”. Nie ma więc w ich reakcji histerii, nie ma również nawet cienia dobrej woli czym mogłoby być pozwolenie komuś z rodziny na odebranie Nagrody Nobla. „Zachód” honorując Liu Xiaobo uspokaja swoje sumienie, rząd chiński może więc spać spokojnie, nic się nie zmieni. Tak jak napisałem, czysty teatr...
Czekam już na Nagrody Nobla w przyszłym roku. Jest w nich jakaś magia, czasem pozwalają wierzyć w ich moc zmieniania świata. Niezależnie czy odnoszą się do polityki, literatury czy nauk ścisłych... W tym roku niestety mieliśmy do czynienia z „odrabianiem zaległości”. Oczywiście poza naukami ścisłymi i ekonomią, która tylko chce za taką uchodzić...Są to jednak dziedziny dla mnie tak odległe, że nie chciałbym się wypowiadać na ich temat. Chcę mieć jednak nadzieję, że Nagrody Nobla w przyszłym roku będą miały więcej mocy sprawczej. Timing to podstawa...

czwartek, 28 października 2010

Agresja w polityce, czyli o potrzebie demokratyzacji...

Bez wątpienia jest źle z polską demokracją, śmierć Marka Rosiaka jest tego widomym przykładem. No może trochę się zagalopowałem, źle jest z naszą debatą polityczną. Nasilenie agresji werbalnej w niespotykanej dotąd skali zaczyna zagrażać systemowi jako całości. Niedługo żaden z polityków nie będzie mógł się czuć bezpiecznie. Na szczęście jest na to prosta rada, należy zrezygnować z ostrej retoryki, uczynić ją bardziej merytoryczną. Takie działania nieuchronnie obniżą poziom społecznych emocji i w nieco dłuższej perspektywie zakopią głębokie podziały jakie wywołał konflikt PO-PiS. Wszystko wydaje się takie proste...
Niestety problem jest głębszy i nie sprowadza się tylko do przesadnie agresywnego języka jakim posługują się politycy. Można zaryzykować tezę, że ma podłoże instytucjonalne... Początek lat 90-tych to w Polsce festiwal wolności, odreagowanie monopartyjnego systemu z okresu PRL. W wyborach do Sejmu w 1991 roku mandaty uzyskało 29 komitetów wyborczych. Takie rozbicie nie ułatwiało stworzenia stabilnego rządu. Dlatego zaczęto tak zmieniać ordynację wyborczą, że ilość ugrupowań do sejmu zaczęła systematycznie spadać. Apogeum tych pomysłów był plan PO na wprowadzenie wyborów większościowych. Wtedy wyłoniłby się system dwupartyjny i o stabilność nie trzeba by się troszczyć...
Nieustający pęd do stabilizacji systemu partyjnego dziś ma swoje konsekwencje. Co prawda nie wprowadzono systemu większościowego w wyborach do sejmu, niemniej funkcjonuje on realnie. Są dwie partie, które mogą pokusić się o zdobycie władzy i reszta, skazana na wymarcie... Gdyby PiS właściwe tony nie byłoby już PSL i pewnie SLD. Zresztą i co z tego, że jest więcej partii, polityka uprawiana jest już od dawna tak jakby w Polsce obowiązywał system większościowy. Jesteśmy „my” i są „oni”, wrogowie, z którymi należy walczyć wszelkimi sposobami. Czas demokracji konsensualnej, w której „oni” nie byli postrzegani jako potencjalni partnerzy w realizacji naszych celów już minął. Nie na darmo Jarosław Kaczyński cytuje Carla Schmitta, demokracja to przecież wojna. Wiedzą to zakochani w okręgach jednomandatowych politycy PO, wiedzą marzący o systemie prezydenckim politycy PiS.
Ostry, pełen agresji język jest więc nie powodem całego zła jakie przepełnia polską politykę, to skutek przyjęcia pewnego modelu demokracji. Włosi czy Węgrzy w ostatnich latach mają podobne problemy: tabloidyzacja, miałkość społecznej debaty, wszechwładza marketingu. Oni podobnie jak my dążą do systemu większościowego, a w nim nie chodzi przecież o konstruktywną rozmowę ale o przekonanie do siebie jak największej grupy ludzi, wszelkimi metodami... W Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych był czas na wykrystalizowanie się takich tradycji, które łagodzą wady tego systemu. Społeczeństwa są dużo bardziej świadome demokratycznych reguł, partie nie mogą działać w tak toporny i nierzadko pozbawiony elementarnej przyzwoitości sposób jak w Polsce. Są tam tamy dla populizmu, również w postaci tak obśmiewanej u nas „poprawności politycznej”, która przecież jest niczym innym niż swoistym powszechnie akceptowalnym zbiorem norm...
Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że obywatele postrzegają partie polityczne jako „firmy”, które mają za cel zaspokajanie określonych potrzeb. Te, które nie zdołają przekonać „pracodawcy”, że robią to dobrze są zwalniane. System większościowy niestety sprzyja takiemu myśleniu... W jakimś stopniu takie podejście do demokracji jest pokłosiem zwycięstwa neoliberalnego myślenia o państwie. Partie jako organizacje dostarczające usług... I skutek ma być podobny, konkurencja jest najważniejsza ale i tak wszystko zmierza do monopolu. Jest Pepsi i jest Coca-Cola a reszta to folklor...
W młodych demokracjach takie podejście jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ rola obywateli zaczyna być już na wstępie ograniczana tylko do popierania jednej lub drugiej partii. Demokracja zostaje sprowadzona tylko do samego aktu wyborczego, który dokonuje się raz na jakiś czas. Nie powinno więc dziwić w Polsce szczególnie niska frekwencja. Taka karykatura demokracji jaka wyłania się z obserwacji otaczającej rzeczywistości nie jest atrakcyjna. Brak poczucia wpływu na cokolwiek odstręcza nawet do oddawania swojego głosu w wyborach. Coraz większa liczba ludzi po prostu ignoruje sferę polityki, łudząc się, że to „nic nie szkodzi”.
Dla partii politycznych jest to sytuacja w pewien sposób wygodna, znacznie łatwiej jest posiadać wyznawców niż świadomych własnych oczekiwań wyborców. Stąd w demokracji większościowej aż tak silne odwoływanie się do emocji... Ludzie mają „nas” popierać i siedzieć cicho. Im większy poziom emocji tym większa szansa, że ludzie na nas zagłosują. Partie w Polsce w ten populistyczny sposób niestety mobilizują swój elektorat. W ten sposób spirala się nakręca co nie pozostaje bez wpływu na język debaty. Inaczej być nie może, to naturalna konsekwencja przyjęcia pewnych podstawowych założeń co do wizji demokracji w Polsce.
Oczywiście można skonstatować, że taki jest porządek rzeczy, dwupartyjność czy też dwubiegunowość jest czymś zwyczajnym na tym etapie rozwoju cywilizacyjnego. W takim jednak przypadku nie możemy się łudzić, że obniżenie temperatury debaty może być trwałe i rozwiąże wszelkie bolączki. W pędzie za stabilnością polityczną zagubiły się gdzieś po drodze ideały demokratyczne. Na jej ołtarzu została złożona reprezentatywność... Powszechna była radość z powodu nie dostania się do Sejmu Samoobrony i LPR. Być może gdyby te ugrupowania nadal funkcjonowały lub gdyby system dopuścił poważne zaistnienie nowych partii frustracja Ryszarda C. i jemu podobnych znalazła by ujście gdzie indziej. Przy tak wysokim poziomie emocji łatwo o rozczarowanie i w konsekwencji o radykalizm.
By coś realnie zmienić należy odblokować system. Nie należy bać się populizmu, nawet takie ugrupowania jak Samoobrona były swoistymi wentylami, które obniżały społeczne napięcia. Teraz mamy do czynienia z systemem sztucznym, w którym ludzie głosują na partię polityczną z nienawiści do tej drugiej partii. To chora sytuacja tak jak chora była na to reakcja Ryszarda C. Stabilność i efektywność systemu dwupartyjnego nie powinna być idealizowana. O tym jak ona w praktyce wygląda widzimy po trzech latach rządów PO. Wcześniej mieliśmy próbkę w wykonaniu PiS. Demokracja, to taki ustrój w którym podstawą jest debata i zawieranie kompromisów. Nie bardzo rozumiem dlaczego my obywatele możemy akceptować jej reguły a partie polityczne już niekoniecznie. Dlaczego istnieje w nich tak duża niechęć do koalicji...
Co więc należy zrobić? Postarać się zmienić ordynację wyborczą, tak by mniejsze ugrupowania również miały realną szansę na dostanie się do Sejmu. Być może warto zastosować ordynację bardziej przychylną mniejszym ugrupowaniom. Czas już chyba zrobić coś z progami wyborczymi. Myślę, że 2% dla partii i powiedzmy 5% dla koalicji byłoby optymalne. Należy również pilnie zastanowić się nad zmianą finansowania partii politycznych. Niech pieniądze nadal idą z budżetu ale niech będą rozdzielane nieco bardziej sprawiedliwie i niech warunkuje się bardziej precyzyjnie cele na jakie mogą być wydawane... Podobno konkurencja jest dobra, dlaczego ją więc ograniczać tam, gdzie jest ona faktycznie potrzebna. Nie łudźmy się, bez zmian instytucjonalnych poziom agresji będzie się nadal podnosił i wszelkiego rodzaju moralne apele tego nie zmienią.

czwartek, 9 września 2010

Zawieszenie Elżbiety Jakubiak, czyli walki o pamięć ciąg dalszy...

Źle się dzieje w PiS, bez dwóch zdań... Wszyscy wydają się zmartwieni, na naszych oczach oddala się szansa na skierowanie partii ku centrum. Pani poseł Elżbieta Jakubiak staje się w mediach Elą Jakubiak a PiS synonimem zamordyzmu i autorytaryzmu. A mnie śmiech ogarnia, nie może być inaczej gdy widzę zdumionych ludzi, którzy nagle zobaczyli to co istnieje od zarania czasu. Nie ulega jednak wątpliwości, że medialna wrzawa wokół zawieszenia Elżbiety Jakubiak nie miałaby miejsca, gdyby nie możliwość rozłamu w partii w tle... Do tego również zdążyłem się już przyzwyczaić, „odejście” każdej mniej lub bardziej znaczącej w PiS postaci skutkowało podobnymi dywagacjami. Skutki będą zresztą podobne, konsolidacja i powrót do formuły PiS to Jarosław Kaczyński.
Obserwatorzy polskiej sceny politycznej już zdążyli wpisać zawieszenie Elżbiety Jakubiak w pewien ciąg zdarzeń: przegrane wybory prezydenckie, wzmocnienie skrzydła radykalnego, próba reakcji skrzydła liberalnego, które zakończyło się wyrzuceniem Marka Migalskiego... Byłaby w tym jakaś logika. Mnie jednak taki sposób myślenia nie przekonuje. Wybór na „ofiarę” Elżbiety Jakubiak” jest trudny do logicznego uzasadnienia. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było zastraszenie członków swojej partii to mógł zdecydowanie dokonać lepszego wyboru. Najbardziej logicznym krokiem wydawało się wyrzucenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która już od dłuższego czasu nie odnajduje się w powyborczej partyjnej rzeczywistości. Dlaczego więc padło na byłą szefową gabinetu Lecha Kaczyńskiego?
Z pozoru wydawać by się mogło, że ulubienica tragicznie zmarłego prezydenta będzie miała w partii z uwagi na jego pamięć silniejszą pozycję. Lech Kaczyński, który wedle słów prezesa PiS wkrótce zastąpi w zbiorowej świadomości Lecha Wałęsę jako ten, który poprowadził Solidarność do zwycięstwa a być może nawet zostanie kanonizowany (na początek przez Radio Maryja a potem i Watykan) bez wątpienia jest aktualnie centrum pisowskiego wszechświata. Wokół niego, a precyzyjniej tworzącego się właśnie na potrzeby bieżącej polityki mitu budowana jest (świadomie lub w oparciu o emocje) strategia polityczna partii na następne lata. Z tej perspektywy doskonale znająca byłego prezydenta Elżbieta Jakubiak jest osobą niewygodną. Może sobie ona bowiem rościć jakieś prawa do własnej oceny choćby poglądów Lecha Kaczyńskiego na niektóre sprawy... Może nawet w przypływie szczerości dać upust tym ocenom w jakiejś choćby tylko prywatnej rozmowie. A prezes przecież wszystko wie, jego czujne ucho wychwytuje nie tylko to co się dzieje w sejmowej restauracji. Dociera nawet do zaciszy pokojów sejmowych, kawiarni czy zaułków radiowych korytarzy
O tym, że zawieszenie Elżbiety Jakubiak nie ma związku z przegraną kampanią wyborczą przekonują bardzo gorliwie członkowie PiS. Być może mają rację... Za tezą, że cała sprawa może mieć jednak podtekst „osobisty” przemawia brak uzasadnienia dla odwołania pani poseł. Krótko mówiąc uzasadnienie jest, ale nie nadaje się dla mediów. Wydaje się również, że taka perspektywa lepiej pozwala zrozumieć zachowanie Elżbiety Jakubiak po rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim. Wydawała się być zaskoczona jej treścią, nie była już w tak bojowym nastroju jak przed spotkaniem. Można było odnieść wrażenie, że wyjaśnione zostało coś co nie powinno przedostać się do mediów. Trochę jak kłótnia w rodzinie... W takiej sytuacji mówienie o postawie pani poseł, która legła u podstaw decyzji o zawieszeniu byłoby jak najbardziej zasadne.
Nawet jeśli teza o tym, że Jarosław Kaczyński poprzez to zawieszenie dyscyplinuje partię jest prawdziwa to tłumaczy wszystkiego. Trudno jest bowiem jednoznacznie kojarzyć Elżbietę Jakubiak z jakimkolwiek skrzydłem. Nie była ona dotąd utożsamiana ani z „talibanem” ani z „liberałami”. Była gdzieś po środku... To co ją wyróżniało to właśnie bliska współpraca z Lechem Kaczyńskim. Być może prezes Jarosław Kaczyński uznał, że zagraża ona jednolitości kreowanego przez niego mitu swojego brata i przywołał ją do porządku. A może tylko uznał, że ona z racji owej bliskości powinna być mu wiernopoddańczo lojalna bardziej niż inni i że jej nawet „niewinne” wypowiedzi, które innym uszłyby na sucho jej nie przystoją. Trudno to na razie jednoznacznie stwierdzić. Prezes PiS być może jak na dobrego aczkolwiek srogiego ojca jeszcze kiedyś o tym opowie. Być może w formie łagodnej połajanki a być może w ostrych słowach zarzucając Elżbiecie Jakubiak zdradę pamięci Lecha Kaczyńskiego. Zachowanie pani poseł po spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim zdaje się raczej faworyzować pierwszą ewentualność.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Solidarność już nie istnieje.

Kto z nas nie utożsamia się z ideami Solidarności? Przesłanie tego ruchu jest piękne i ponadczasowe... I niemal dla każdego z nas inne. Doskonale to widać przy okazji obchodów 30-lecia zawarcia porozumień sierpniowych. Nie ma zgody w narodzie... Większość Polaków chciałaby niemal zmusić Wałęsę by świętował ze wszystkimi, niechby chociaż na chwilę owo poczucie jedności wróciło. I tak paradoksalnie oczekujemy tego co nam tak bardzo nie na rękę było do roku 1989 i z czym Solidarność walczyła...
Przy okazji obchodów pada wiele gorzkich słów. Nawet Andrzej Celiński, którego cenię utyskuje jak to bardzo odchodzimy od idei Solidarności. Jego zdaniem wracamy do starych PRL-owskich schematów. Stare grzechy jak alienacja władzy, „wypłukiwanie” demokracji czy wzajemna nieufność Polaków ponownie dają znać o sobie. Tak zwyczajnie po ludzku rozumiem Andrzeja Celińskiego, podobnie Mariana Jurczyka, Lecha Wałęsę czy nawet Jarosława Kaczyńskiego. Solidarność dawała nadzieję, potem bitewny kurz opadł i trzeba było posprzątać. Nic dziwnego, że pojawiło się rozżalenie, bo przecież miało być inaczej, lepiej... Jak żadna utopia również ta Solidarnościowa nie mogła ulec realizacji.
Niektórzy pewnie powiedzą, że „pluję na to co święte”. Nic bardziej mylnego. Pragnę tylko zwrócić wszystkim uwagę, że nadmierne mitologizowanie przeszłości nie pozwala w pełni zobaczyć jak wiele dzięki Solidarności i poprzez Solidarność udało się zmienić na lepsze. Nie był to ruch jak teraz chcą niektórzy spójny z wyraźnie sformułowanym programem. Ludzi, nierzadko o wzajemnie wykluczających się poglądach łączyła niechęć do narzucanego z zewnątrz ustroju i pragnienie zmian. Wtedy było prościej, byliśmy MY i byli ONI. Wtedy nie było wyboru, tylko zwycięstwo dawało gwarancje na zmianę sytuacji. Krótko mówiąc albo my albo oni...
Dziś mówi się często o niespełnionych postulatach, bardzo mnie to irytuje. Andrzej Celiński i inni, którzy z takim zapałem rozpaczają o zaprzepaszczeniu idei Solidarności nie rozumieją chyba tak do końca o co w tym wszystkim zasadniczo chodziło. Nie świętujemy dziś dlatego, że udało się trzydzieści lat temu uzyskać zgodę na rejestrację wolnego związku. Wtedy stało się coś znacznie ważniejszego, Polacy zrobili pierwszy krok by być wolnymi. Brzmi to może trochę górnolotnie, ale to właśnie łączyło ludzi w 1980 roku. Nie walczyli o konkretną wizję Polski, ani o tą w wydaniu Kaczyńskiego ani o tą w wydaniu Tuska. Celem było przeprowadzenie takich zmian, by Polacy sami mogli decydować o jej wyborze. To się udało doskonale!!!
Słuchając dziś Jarosława Kaczyńskiego można odnieść wrażenie, że Solidarność walczyła o zastąpienie jednej jedynie słusznej władzy drugą. W jego świadomości rewolucja solidarnościowa chyba nadal jeszcze trwa. Mam wrażenie, że niewiele pozostało w nim z tamtych dni. Dobitnie o tym dziś przypomniała Henryka Krzywonos. Tej optyce ulegają niestety również inni, w jakimś stopniu również Andrzej Celiński. Czas już chyba sobie powiedzieć głośno i wyraźnie: Solidarności już nie ma. Skończyła się wraz z pierwszymi wyborami. Wtedy ostatecznie zwyciężyła jednocześnie pozbawiając się jednak powodów do dalszego trwania w dotychczasowym kształcie... Jej idee, o ile można w ogóle jakikolwiek ich katalog przedstawić stały się fundamentem demokracji.
Solidarność powstała w określonych warunkach, nie da się już wrócić do tamtego okresu. Świat przez ten czas zmienił się radykalnie. Przyszło jej działać w ekstremalnych warunkach i dlatego podejmowane przez nią działania też miały niezwykły charakter. Nasza demokracja nie jest doskonała, owszem problemem jest alienacja władzy i jak to określa Andrzej Celiński „wypłukiwanie” demokracji. Niewiele ma to jednak wspólnego z odejściem od idei Solidarności. Powodów tego stanu rzeczy należy szukać wokół siebie a nie w odległej przeszłości, w przeciwnym razie znów utkniemy w sporze „wokół wartości”, który niczego nowego wnieść nie może a już na pewno nie przybliży nas do rozwiązania bolączek naszej demokracji. Solidarności już nie istnieje, została tylko marna imitacja w postaci związku zawodowego, która sobie rości prawa do sukcesji po wielkim ruchu... Czas przyjąć to do wiadomości. W przeciwnym razie co roku koniec sierpnia będzie czasem sporów o to co sobie kto wyobraża a nie okazją do świętowania.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Polityczny matrix, czyli o potędze narodowych mitów...

Słońce odbijające się od wypolerowanej gładkiej stali, wielkie tarcze z krzyżem lub bez niego, zbroje i mundury wszelkich epok przewijające się jak w kalejdoskopie... I to wszystko nie na przeglądzie filmów wojennych ale realnie, tuż obok nas. Ten rok obfituje we wszelkiego rodzaju rekonstrukcje bitew wielkich i małych. Najpierw dzielni wojowie potykali się na polach Grunwaldu, potem harcerze znów dawali pokaz swojej odwagi atakując hitlerowskie wojska okupujące Warszawę. Wstrętni Niemcy już chyba mają dość i dlatego czas najwyższy było pokazać co i jak Ruskim, niech przypadkiem nie zapomną roku 1920. My przecież możemy tak jak wtedy bez końca...
Gdybym był cyniczny powiedziałbym, że tolkienowska saga przeniesiona na ekran przez Jacksona zrobiła swoje i mali chłopcy już się nie wstydzą spacerować z powsadzanymi za pasek drewnianymi mieczykami. Tak wiem, wszystko niestety jest dużo bardziej skomplikowane... Coś jednak w kulturze takiego ostatnio jest obecne, że herosi mnożą się jak mrówki. Być może pamięć realnej wojny jest już w narodzie tak słaba, że wyblakła cała jej ohyda z cierpieniem, śmiercią i innymi okropnościami. Pozostałą tylko cała ta romantyczna otoczka, która w czasach pokoju daje wszystkim poczucie wyjątkowości a w czasach wojny sprawia, że młodzi ludzie biorą z ochotą broń i idą ginąć za sprawy, o których nie mają pojęcia...
Muszę przyznać, że w Polsce szczególnie są ku takiej zabawie historią sprzyjające warunki. Z wielką determinacją przecież staramy się przekonać samych siebie jacy to jesteśmy wspaniali. Niełatwo jest wyleczyć się z kompleksów... Niestety przekładają się one nierzadko na politykę, czego skutkiem jest nieufność do świata i okopywanie się we własnym grajdołku. Doskonale było to widać w polityce prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wspierał on aktywnie wszelkie inicjatywy, które miały przydać Polakom chwały. Niby nic złego, ale czasem bywało to męczące. Okrętem flagowym tej polityki jest oczywiście Muzeum Powstania Warszawskiego. Trudno odmawiać tej inicjatywie wartości... Wręcz przeciwnie, to miejsce ciekawe nie tylko z racji zgromadzonych tam eksponatów. Muzeum wyrasta powoli na promotora wielu inicjatyw kulturalnych. Tak, jest to miejsce, które żyje i które w sposób niemal perfekcyjny podtrzymuje, umacnia a czasem wręcz kreuje na nowo mity narodowe... Ci, którzy uważają wywołanie powstania za zbrodnię nie mają tam czego szukać.
Po roku 1989 w Polsce historia zeszła na dalszy plan. Tyle się wokół działo, tyle istotnych spraw było do załatwienia. Sprawa rozliczeń, która stała się trampoliną PiS do władzy podniecała tylko wąską grupę radykałów. Trzeba było przeprowadzać reformy, nie było innego sposobu... Cele były wyraźnie wytyczone – integracja w ramach UE i NATO. Sprawa Katynia, Bitwy Warszawskiej czy Powstania Warszawskiego były podnoszone ale nie rozgrzewały społecznej wyobraźni. Nasza akcesja do UE diametralnie zmieniła społeczne oczekiwania co do tego co ma być przedmiotem społecznej debaty. Ci, którzy tego nie dostrzegli zniknęli ze sceny politycznej. Wizja Polski reformującej się, szybko dostosowującej się do otaczającego świata przestała być pociągająca. Trzeba było wymyślić coś nowego... Sukces PiS i PO ma moim zdaniem właśnie swoje źródło w tej przemianie w myśleniu Polaków po przystąpieniu do UE. Dla wielu był to punkt graniczny po przekroczeniu którego staliśmy się „pełnoprawnym członkiem europejskiej wspólnoty”. Od tej pory to nie my mamy już dostosowywać się do innych ale inni do nas. Polska przecież jest wyjątkowa, jest „zieloną wyspą an morzu czerwieni”, „nieskażona cywilizacją śmierci”, drugą Irlandią czy Bawarią w zależności od tego co dla kogo jest ideałem... Od tej pory coraz częściej zapóźnienia cywilizacyjne zaczęły stawać się powodem do dumy, historia zaś wlała się ponownie do świata polityki i zaczęła decydować o tym co stanie się przedmiotem społecznego dyskursu...
W tym kontekście nie należy się dziwić, że partie prawicowe zmonopolizowały właściwie scenę polityczną w Polsce. Postęp przestał być modny, zmiany i owszem są możliwe ale powolne jak to u „konserwatystów” przystało. Teraz nastał czas szczęśliwej konsumpcji, ten kto stara się w imię jakiś bliżej nieokreślonych celów ją nam ograniczyć ten jest wrogiem. Jak choćby „ekolodzy” uniemożliwiający nam jazdę naszymi nowymi samochodami obwodnicą Augustowa... Zwolennicy PO są zasadniczo zadowoleni, póki stać ich na wakacje za granicą i spłacanie hipoteki będą ją popierać. Z PiS i jego zwolennikami jest sprawa trudniejsza, chcieli by zarabiać więcej ale i tak poziom ich życia się poprawił. Biedronki wyrastają jak grzyby po deszczu, nie jest więc źle. Lepiej niż w ostatnich 30 latach.
W takich warunkach coś takiego jak realna wspólnota schodzi na dalszy plan, znacznie atrakcyjniejsze jest opisywanie rzeczywistości w kategoriach narodowego matrixu. Przywołując andersonowską wspólnotę wyobrażoną jaką jest naród można zepchnąć na dalszy plan realne problemy. Uczestniczymy więc z spektaklu, w którym historia jest szalenie ważna bo dostarcza paliwa społecznej debacie, wypełnia społeczną wyobraźnię. Zamiast rozmawiać o pogłębiającym się bezrobociu wśród młodych ludzi z powagą kłócimy się o „pomnik” żołnierzy poległych 90 lat temu... Słychać w narodzie groźne pomruki, chociaż wydarzenia z 1920 roku to już prahistoria. Staram się zrozumieć jak można być oburzonym uczczeniem w tak skromny sposób młodych ludzi, którzy zapewne nie bardzo nawet rozumieli o co walczą... Z perspektywy tego o czym piszę jest to jednak jak najbardziej zrozumiałe, liczą się pojęcia abstrakcyjne takie jak komunizm, naród czy duma. Wymiar ludzki nie jest istotny... Po co bawić się w subtelności, narodowe mity muszą być jednoznaczne.
Polityka ostatnich lat ma swoje źródło w tak rozumianej „historyzacji” polityki. Mam wrażenie, że dwie główne partie walczą między sobą o to co stanie się historią. Nawet wydarzenie sprzed pałacu prezydenckiego to przecież nic innego jak próba narzucenia reszcie pewnej optyki co do wydarzeń z 10 kwietnia. Mam wrażenie, że większość sporów jakie się toczą w polskiej polityce w ostatnich latach ma właśnie swoje źródło w odmiennej interpretacji „historii”. Lustracja, dekomunizacja, III RP a nawet „walka z korupcją” wszystko to wynika z właśnie z tego. Dlatego zresztą nic nie udało się tak naprawdę załatwić, nie można przecież rozwiązać problemu, który nie został zdefiniowany w oparciu o realne przesłanki a jest tylko „słowem kluczem”, który ma uprawomocniać „naszą wizję wydarzeń”.
Nie wywołuje więc zaskoczenia fakt, że lewica jest w Polsce w głębokiej defensywie. Nie jest on w stanie stworzyć atrakcyjnej narracji, która porwałaby Polaków. Próba mówienia o realnych zagrożeniach wydaje się najlepszą drogą do politycznego samobójstwa. Chyba dlatego od czasu do czasu tylko zdarza się „lewicy” przebąknąć o sprawach dla jej elektoratu ważkich. Przez większość czasu w przestrzeni publicznej dominują sprawy ważne dla prawicy. Nie wiem co się musi wydarzyć by ten stan rzeczy się zmienił. Polacy chcą żyć w tym politycznym matrixie, małej stabilizacji na miarę tej gierkowskiej. Dlatego w sumie akceptują dzisiejszą klasę polityczną. Nawet jeśli głośno wyrażają dezaprobatę to w sumie są zadowoleni, ponieważ dostarcza im ona rozrywki. To co dzieje się pod pałacem prezydenckim doskonale to obrazuje...
Widowiska historyczne są takim sympatycznym objawem zwycięstwa w Polsce tej moim zdaniem destrukcyjnej tendencji. Służą one przecież rozrywce, przy piwie można miło spędzić czas i dodatkowo jest to chwalebne bo takie „patriotyczne”. Rekonstrukcje bitew mnożą się i „wychowują” młodych patriotów, rozbudzając w nich skutecznie narodową dumę... To znacznie łatwiejsze i na pewno zdecydowanie tańsze niż naprawa naszego systemu edukacji. A skutki? Kto by się tam nimi przejmował, jest dobrze. Jakby co przecież zawsze można rozwalić granatem jakiegoś hitlerowca... Będzie ubaw.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, czyli letni epizod roku 2010...

Lato nieuchronnie zmierza ku końcowi, nie mogę od siebie odgonić tej myśli w ostatnim czasie. Dni są coraz krótsze a noce wydłużają się niepostrzeżenie... Jesień jest jeszcze niewidoczna ale już można ją poczuć w chłodne poranki. Staram się wiec korzystać z lata póki jeszcze ono trwa i unikam zatłoczonych autobusów by na spacerach cieszyć się z świecącego wciąż jeszcze mocno słońca. Dziś nogi poniosły mnie do nowej kolebki rewolucji na Krakowskim Przedmieściu... Dotąd unikałem tematu „obrońców krzyża” wychodząc z założenia, że o pewnych rzeczach mówić nie wypada. Właściwie nadal tak uważam, najlepszym sposobem na załatwienie sprawy byłoby ignorowanie tego co się tam dzieje... Dlaczego więc piszę te słowa? No cóż, chyba uwielbiam niekonsekwencję.
Odniosłem dziś wrażenie, że cała ta medialna wrzawa utwierdza tylko obecnych tam ludzi w tym co robią. Ma zastosowanie prosty mechanizm: „skoro tak dużo kamer wokół to znaczy, że to co robimy jest ważne”. Nie chodzi więc w całej sprawie jak chcą niektórzy ani o krzyż, ani o uczczenie pamięci „tych co polegli” ale o dopieszczenie ego przebywających tam ludzi. Wszyscy protestujący są święcie przekonani o niesamowitym znaczeniu swoich działań, w „świętym gniewie” nie dostrzegają całej swojej śmieszności. Można to było obserwować dziś po odsłonięciu tablicy upamiętniającej ofiary katastrofy smoleńskiej. Protestujący mieli pretensje o to, że na uroczystości był tylko jakiś „księżyna” a nie co najmniej biskup. Nie spodobało się im to, że to zwykła tablica. Powinna być większa, ładniejsza, a najlepiej to powinno być tyle tablic ile osób zginęło w katastrofie... Po chwili już całkiem poważnie słychać było głosy, że tablica to za mało i tu przed pałacem potrzebny jest pomnik, nawet gdyby trzeba by przenieść pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego...
Nie łudzę się, nie da się rozwiązać tego konfliktu poprzez dialog. Każde ustępstwo prowadzi bowiem do eskalacji żądań... Dla ludzi zgromadzonych pod krzyżem to co się tam dzieje to najlepszy okres w ich życiu. Dotąd funkcjonujący gdzieś na marginesie, żyjący od pierwszego do pierwszego ze skromnych emerytur mają wreszcie okazję być widoczni, ważni. Mają wsparcie przywódcy największej partii opozycyjnej, wielu biskupów przychylnie wypowiada się o ich dziele, do tego media, które spijają im z ust ich słowa... Któż by nie chciał by ten stan trwał jak najdłużej. W tej sytuacji dialog z nimi tylko wzmacnia ich determinację. Zresztą „oni wiedzą”, słuchanie argumentów oponentów jest tylko stratą czasu...
Moim zdaniem bardzo trafnie całą sytuację zdiagnozował episkopat. Z całą pewnością sprawa krzyża ma niewiele wspólnego z religią, to w najczystszej i najbrudniejszej zarazem postaci walka polityczna. Wszelkiego rodzaju symbole religijne czy modlitwy nie mają nic wspólnego z katolicyzmem, bardziej spełniają rolę wielkich kotłów, w które się wali by wzbudzić w przeciwnikach grozę. Gott mit uns, drżyjcie wszyscy inni, „My jesteśmy narodem, wy jesteście gejami i lesbijkami” jak głosi jeden z transparentów... Co więc można zrobić? I tu znów episkopat ma rację. Decyzję można rozwiązać tylko politycznie. Wszystkie sznurki w garści zdaje się trzymać w swoich rękach Jarosław Kaczyński. Ludzie zgromadzeni pod krzyżem tylko jego mogą usłuchać. Nic jednak nie wskazuje by zależało mu na podjęciu jakichkolwiek działań...
Tak jak napisałem na wstępie całe to zamieszanie budzi we mnie niesmak. Nie chodzi mi tylko o to co wyprawiają pod krzyżem przeciwnicy jego przeniesienia. Drażni mnie również atmosfera happeningu w jakiej odbywają się spotkania zwolenników przeniesienia krzyża (ale również przeciwników krzyża, przeciwników PiS itd.). Nie widzę nic zabawnego w naigrawaniu się z ludzi żyjących w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości, dla których czas zatrzymał się ze dwadzieścia lat temu.
Cóż więc należy zrobić? Zdecydowanie wkroczyć i oczyścić teren wokół pałacu prezydenckiego. Tak po prostu i bez wielkiego zwlekania. Nie przekonuje mnie w tym przypadku argument o dialogu. Demokracja to nie jest ustrój, w którym rację mają ci którzy krzyczą najgłośniej. Mamy demokratycznie wybrane władze, które nie powinny bać się ze swojej władzy skorzystać. Czy to zrobią? Wątpię, całą ta szopka wokół krzyża umacnia partię rządzącą w sondażach. W czasach radykalizmu umiar ma większe powodzenie... Trochę męczą mnie również media, które nie potrafią zdobyć się na umiar. Chciałbym zaapelować do WSZYSTKICH, przestańcie mówić o „obrońcach krzyża”. To wielkie nadużycie. Mówcie o „przeciwnikach przeniesienia krzyża”, niby niewielka różnica ale z punktu widzenia prawdy zasadnicza.

poniedziałek, 26 lipca 2010

PiS wraca, czyli o partii, która może być wreszcie sobą...

Ciekaw jestem czy kiedykolwiek pragnęliście moi drodzy czytelnicy czegoś tak bardzo, że w swojej ocenie dokonywaliście selekcji faktów i takiej ich interpretacji by spełnienie owego pragnienia wydawało się jak najbardziej realne. Myślę, że tak... Wszystkich nas to czasem spotyka, nawet największych realistów. Człowiek to taka istota, która potrzebuje wierzyć, przynajmniej od czasu do czasu... W sumie to nic złego, jednak z takim podejściem niestety bardzo łatwo wyjść na głupka. Nie jestem zbyt odkrywczy, tam gdzie jest wiara tam nieuchronnie musi się gdzieś czaić rozczarowanie.

O swoich prywatnych rozczarowaniach przemilczę, ciekawiej jest przecież mówić/pisać o rozczarowaniach innych. W każdym razie dużo przyjemniej... Największym rozczarowaniem w ostatnich tygodniach zdaje się być powrót PiS do ostrej retoryki. Przyznam, że z mojej perspektywy jest to „odrobinę” niezrozumiałe. Ja osobiście powrót do dawnego stylu uprawiania polityki przez prezesa Kaczyńskiego i jego partię przyjmuję z ulgą. Nie potępiam, nie określam tego kroku jako głupoty czy też wreszcie nie oburzam się na niemoralność stosowanych przez PiS metod. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że to coś warte pochwały. Partia rezygnuje z zasłony dymnej, marketing polityczny nie daje rady i naturalne w PiS instynkty zwyciężają. To dobra wiadomość dla nas wszystkich, rzeczywistość jest mniej zakłamywana. No, może zakłamywana w większym stopniu ale w sposób nam wszystkim już doskonale znany...

Nadzieje na koniec „wojny polsko-polskiej” mogli mieć tylko osoby, których wiara w zgodę narodową była pokłosiem tragedii smoleńskiej. Nie chcę mówić o naiwności, myślę jednak, że potrzeba wiary w to, że jedno wydarzenie, szczególnie tak tragiczne może diametralnie odmienić sposób uprawiania polityki w Polsce zakrzywiła naszą polityczną czasoprzestrzeń. Tylko ktoś, kto postanowił ignorować fakty mógł uwierzyć w przemianę prezesa Kaczyńskiego i jego partii. Nie wiem skąd w ludziach aż tak silna potrzeba wiary w to, że PiS może być odpowiedzialnym ugrupowaniem politycznym. Współczucie dla ofiar katastrofy przecież wszystkiego nie tłumaczy...

Bardzo mnie śmieszy kiedy piętnowane jest niemoralne „granie” tragedią smoleńską przez PiS a jednocześnie krytykowane jest odejście od nieszczerej przecież polityki umiaru. To co działo się w kampanii prezydenckiej było swoistą anomalią, decyzją podjętą trochę z braku pomysłu na to co dalej. Na chwilę oddano podejmowanie decyzji w ręce ludzi dotąd funkcjonujących na marginesie partii. Prawo i Sprawiedliwość nie miało wtedy nic do stracenia, kiepskie sondaże i widmo całkowitej klęski... Wynik osiągnięty w wyborach prezydenckich wzmocnił partię i to paradoksalnie było powodem do powrotu na stare pozycje. Może sobie narzekać pan europoseł Marek Migalski na swoim blogu, nie ma racji. Tu nie chodzi o sprawiedliwość ale o równowagę. Z całym szacunkiem ale znaczeni bardziej pisowski od pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej jest Marek Kuchciński. Od Pawła Poncyliusza Antoni Macierewicz, mimo, że formalnie do partii przecież nie należy... Znacznie lepiej oddają oni sposób myślenia tradycyjnych wyborców PiS. Tak krytykowane dziś przez wszystkich teorie spiskowe dotyczące katastrofy smoleńskiej, które uprawomocniają politycy PiS już od dawna żyją swoim życiem wśród elektoratu tej partii.

Większość komentatorów nie docenia tego faktu. Większość sympatyków PiS naprawdę wierzy, że prezydent Lech Kaczyński poległ i że została popełniona zbrodnia. Niezależnie od tego czy nam się to podoba czy nie. Politycy PiS tylko wyrażają te nastroje i chyba z pewnego punktu widzenia jest to dobre. Trudno bowiem obalić coś co powtarzane jest pokątnie a co nie ma szans stać się przedmiotem powszechnej debaty. Zresztą PiS nie potrafiłby inaczej. Każdy chyba pamięta, że sukces tej partii budowany był na kontestacji instytucji III RP. Jak na klasyczną partię protestu potrzebny był mit... Takim wydarzeniem dla PiS był upadek rządu Olszewskiego. To wtedy „ciemne siły” dogadały się i uniemożliwiły budowanie nowej wspaniałej Polski. W ten mit wierzą wszyscy w PiS, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Dzięki tej wierze tacy ludzie jak Jarosław Kaczyński czy Antoni Macierewicz znajdowali siłę by walczyć z „układem”, III RP, postkomuną, rosyjskimi agentami itp. Teraz dostają na tacy mit jeszcze bardziej nośny i spektakularny. Nic dziwnego, że chcą wierzyć w jego prawdziwość. Mit o „zbrodni smoleńskiej” będzie paliwem napędowym dla PiS i środowisk z nim powiązanych na następną dekadę.

Oburzają się niektórzy, że PiS delegitymizuje system polityczny. Oczywiście, że mają rację. Tyle tylko, że ta partia robi to od początku swojego istnienia. Cóż więc robić? Przede wszystkim zerwać wreszcie z naiwnym przeświadczeniem, że PiS da się „ucywilizować”. Tak bardzo chcemy wierzyć, że Jarosław Kaczyński jest zdolnym i cynicznym graczem, że zapominamy o jego ideologicznym zaślepieniu. Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego... Możliwe są różne taktyczne zagrania „genialnego stratega” niemniej na końcu i tak zawsze zwycięża chora ideologia. Wydarzenia ostatnich tygodni są tego doskonałym przykładem...