Nie tak dawno miałem identyczny problem, nie chodziło jednak o wybory prezydenckie ale o płyn do mycia naczyń. Jak każdy racjonalny konsument chciałem za jak najmniejsze pieniądze kupić jak najlepszy produkt i nie napracować się przy tym zanadto. Oczywiście nie udało mi się, nie miałem pieniędzy na przeprowadzenie szeroko zakrojonych badań więc decyzję podjąłem w oparciu o swoje przyzwyczajenia. Chciałoby się powiedzieć jak te głupki w ugruntowanych zachodnich demokracjach, które głosują na te same partie od pokoleń. Już po dokonaniu zakupu jak zwykle czułem pewien niedosyt i miałem o to pretensje do przedstawicieli czwartej władzy. Gdyby zrobili to co do nich należy i przedstawili mi stosowny ranking płynów do mycia naczyń mój wybór byłby lepszy...
W kampanii prezydenckiej niestety czwarta władza również się nie sprawdza. Niektóre media zdają się faworyzować jednego kandydata, inne drugiego. Niektórych kandydatów nikt nie faworyzuje... I jak tu podjąć w takim chaosie informacyjnym trafną decyzję. Z tego zagubienia chyba bierze się chęć ostatecznego rozstrzygnięcia faktu jacy ci kandydaci naprawdę są. A może by tak ich „poukładać” obok siebie jak warzywa na straganie; po wstępnej selekcji i odrzucenie tych najmniej atrakcyjnych każdy mógłby zobaczyć na własne oczy ich zalety i wady. Oszczędziło by nam to wszystkim wysiłku i czasu. Dlaczego więc nie zorganizować debaty telewizyjnej?
To jeden z wciąż przewijających się motywów tej kampanii. W zależności od tego, kto zgłasza jej konieczność padają bardzo różne argumenty. Wszystkie jednak strony zdają się żywić przekonanie w rozstrzygającą moc debaty. Obywatele przecież mają prawo wiedzieć co myślą kandydaci, ci drudzy mają prawo do przedstawienia swego programu politycznego. O co więc się czepiam? Co sprawia, że na debatę telewizyjną między kandydatami na prezydenta reaguję niechęcią?
Moje zasadnicze wątpliwości budzi wiara w moc informacyjną tego typu widowisk. Śmiem wątpić, że dzięki debatom poznajemy kandydatów. Nie o to w nich chodzi, są one widowiskiem medialnym i fakty mają w nich drugorzędne znaczenie. O wygranej decyduje w stopniu przesądzającym praca sztabów wyborczych. To one podejmują decyzję o tym jakie sprawy mają być poruszane a jakich należy unikać i w jaki sposób. Kandydaci mają być dokładnie tacy jakich chcieliby ich widzieć sztabowcy. Nie ma to nic wspólnego z prawdą, wygrywa ten, który bardziej przekonywająco wypada w swojej roli, ten kto proponuje ciekawszą opowieść. Można wręcz powiedzieć, że debaty zakłamują rzeczywistość, czy też może ostrożniej, że sprzyjają temu. Zwalniają również od myślenia, o wyborze mają decydować świeże wrażenia...
Paradoksalnie dzieje się to w imię prawdy. Zastanawiam się jakiej prawdy ludzie oczekują? Przecież wystarczy zdobyć się na odrobinę wysiłku by dowiedzieć się jacy kandydaci są naprawdę. Większość kandydujących to ludzie w polityce obecni już od dziesięcioleci. Na ich temat przelano tony atramentu, nie jest tajemnicą jakimi są ludźmi, jakimi politykami. Na podstawie ich czynów i wypowiedzi z lat minionych każdy z nas może sobie wyrobić stosowną opinię. Kampania wyborcza dla nas wszystkich powinna być co najwyżej szansą na wypełnienie białych plam, okazją do wyjaśnienia niektórych spraw. Irytuje mnie naiwność w podejściu do sprawy debat. Oczywiście nie jestem ich zadeklarowanym przeciwnikiem, ale wszystko w stosownych proporcjach... Trzeba pamiętać jednak, że debaty mają służyć nie pokazaniu całej prawdy o kandydacie ale raczej są okazją do jej „retuszowania”.
Dla mnie osobiście nawoływanie do debaty telewizyjnej (nie debaty jako takiej, która jest fundamentem demokracji) świadczy o postępującej nieuchronnie tabloidyzacji polityki. Znikają ogniwa pośrednie, jest tylko widz, dość słaby bo pozbawiony nierzadko elementarnej wiedzy i z drugiej strony są „silni” politycy, za którymi stoją sztaby, badania i pieniądze... Dlatego niesłychanie ciężko jest mi myśleć o debatach telewizyjnych jako o święcie demokracji. Ja raczej widzę zagrożenie: manipulacji, infantylizacji zachowań politycznych czy pogłębienie się różnic między „światem realnym” i tym wyłaniającym się z przekazu polityków (tym samym zanik mechanizmu skutecznej kontroli). Debata może więc być tylko widowiskiem, które uspokoi nasze obywatelskie sumienia. Przecież po jej obejrzeniu wiemy już „wszystko” i możemy podjąć „racjonalną” decyzję wyborczą... W tym kontekście proponowany przeze mnie na wstępie mechanizm podejmowania decyzji na podstawie rzutu monetą może nie wydaje się wcale aż taki głupi...
