poniedziałek, 17 maja 2010

Debata telewizyjna, czyli nie tylko o wierze w moc sprawczą ruchomych obrazków...

Obserwując właśnie toczącą się kampanię przed wyborami prezydenckimi utwierdzam się w przekonaniu, że niełatwo w dzisiejszych czasach dokonywać wyborów. Nawet jeśli się już przeszło na wyższy poziom społecznej partycypacji (czego nieodzownym atrybutem jest jak się wydaje wykształcenie umiejętności popadania w selektywną amnezję w razie potrzeby) i nie trzeba już się przejmować skutkami podejmowanych decyzji to i tak jest to trudne. Może dobrym rozwiązaniem byłby rzut monetą? Ja sam zaczynam się nad taką formą podejmowania decyzji coraz mocniej zastanawiać. Niemniej chyba nie przyjmie się ona powszechnie, trzeba przecież dbać o pozory... Dobrze by było, gdyby jednak istniały jakieś kryteria, coś co pozwoliłoby nam łatwo i przyjemnie podjąć „mądrą” decyzję.
Nie tak dawno miałem identyczny problem, nie chodziło jednak o wybory prezydenckie ale o płyn do mycia naczyń. Jak każdy racjonalny konsument chciałem za jak najmniejsze pieniądze kupić jak najlepszy produkt i nie napracować się przy tym zanadto. Oczywiście nie udało mi się, nie miałem pieniędzy na przeprowadzenie szeroko zakrojonych badań więc decyzję podjąłem w oparciu o swoje przyzwyczajenia. Chciałoby się powiedzieć jak te głupki w ugruntowanych zachodnich demokracjach, które głosują na te same partie od pokoleń. Już po dokonaniu zakupu jak zwykle czułem pewien niedosyt i miałem o to pretensje do przedstawicieli czwartej władzy. Gdyby zrobili to co do nich należy i przedstawili mi stosowny ranking płynów do mycia naczyń mój wybór byłby lepszy...
W kampanii prezydenckiej niestety czwarta władza również się nie sprawdza. Niektóre media zdają się faworyzować jednego kandydata, inne drugiego. Niektórych kandydatów nikt nie faworyzuje... I jak tu podjąć w takim chaosie informacyjnym trafną decyzję. Z tego zagubienia chyba bierze się chęć ostatecznego rozstrzygnięcia faktu jacy ci kandydaci naprawdę są. A może by tak ich „poukładać” obok siebie jak warzywa na straganie; po wstępnej selekcji i odrzucenie tych najmniej atrakcyjnych każdy mógłby zobaczyć na własne oczy ich zalety i wady. Oszczędziło by nam to wszystkim wysiłku i czasu. Dlaczego więc nie zorganizować debaty telewizyjnej?
To jeden z wciąż przewijających się motywów tej kampanii. W zależności od tego, kto zgłasza jej konieczność padają bardzo różne argumenty. Wszystkie jednak strony zdają się żywić przekonanie w rozstrzygającą moc debaty. Obywatele przecież mają prawo wiedzieć co myślą kandydaci, ci drudzy mają prawo do przedstawienia swego programu politycznego. O co więc się czepiam? Co sprawia, że na debatę telewizyjną między kandydatami na prezydenta reaguję niechęcią?
Moje zasadnicze wątpliwości budzi wiara w moc informacyjną tego typu widowisk. Śmiem wątpić, że dzięki debatom poznajemy kandydatów. Nie o to w nich chodzi, są one widowiskiem medialnym i fakty mają w nich drugorzędne znaczenie. O wygranej decyduje w stopniu przesądzającym praca sztabów wyborczych. To one podejmują decyzję o tym jakie sprawy mają być poruszane a jakich należy unikać i w jaki sposób. Kandydaci mają być dokładnie tacy jakich chcieliby ich widzieć sztabowcy. Nie ma to nic wspólnego z prawdą, wygrywa ten, który bardziej przekonywająco wypada w swojej roli, ten kto proponuje ciekawszą opowieść. Można wręcz powiedzieć, że debaty zakłamują rzeczywistość, czy też może ostrożniej, że sprzyjają temu. Zwalniają również od myślenia, o wyborze mają decydować świeże wrażenia...
Paradoksalnie dzieje się to w imię prawdy. Zastanawiam się jakiej prawdy ludzie oczekują? Przecież wystarczy zdobyć się na odrobinę wysiłku by dowiedzieć się jacy kandydaci są naprawdę. Większość kandydujących to ludzie w polityce obecni już od dziesięcioleci. Na ich temat przelano tony atramentu, nie jest tajemnicą jakimi są ludźmi, jakimi politykami. Na podstawie ich czynów i wypowiedzi z lat minionych każdy z nas może sobie wyrobić stosowną opinię. Kampania wyborcza dla nas wszystkich powinna być co najwyżej szansą na wypełnienie białych plam, okazją do wyjaśnienia niektórych spraw. Irytuje mnie naiwność w podejściu do sprawy debat. Oczywiście nie jestem ich zadeklarowanym przeciwnikiem, ale wszystko w stosownych proporcjach... Trzeba pamiętać jednak, że debaty mają służyć nie pokazaniu całej prawdy o kandydacie ale raczej są okazją do jej „retuszowania”.
Dla mnie osobiście nawoływanie do debaty telewizyjnej (nie debaty jako takiej, która jest fundamentem demokracji) świadczy o postępującej nieuchronnie tabloidyzacji polityki. Znikają ogniwa pośrednie, jest tylko widz, dość słaby bo pozbawiony nierzadko elementarnej wiedzy i z drugiej strony są „silni” politycy, za którymi stoją sztaby, badania i pieniądze... Dlatego niesłychanie ciężko jest mi myśleć o debatach telewizyjnych jako o święcie demokracji. Ja raczej widzę zagrożenie: manipulacji, infantylizacji zachowań politycznych czy pogłębienie się różnic między „światem realnym” i tym wyłaniającym się z przekazu polityków (tym samym zanik mechanizmu skutecznej kontroli). Debata może więc być tylko widowiskiem, które uspokoi nasze obywatelskie sumienia. Przecież po jej obejrzeniu wiemy już „wszystko” i możemy podjąć „racjonalną” decyzję wyborczą... W tym kontekście proponowany przeze mnie na wstępie mechanizm podejmowania decyzji na podstawie rzutu monetą może nie wydaje się wcale aż taki głupi...

niedziela, 28 lutego 2010

Olimpiada, czyli o przemijaniu, innuickiej sztuce i sam nie wiem o czym jeszcze...

Czy tylko ja mam ostatnio aż tak wielki problem z przemijaniem? Coś się zaczyna i nim się człowiek obejrzy nastaje koniec... Smutny koniec, bo czy może być coś optymistycznego w końcu czegokolwiek. Tak, powie ktoś, że koniec jednego oznacza początek czegoś innego. Może nawet, że na tym polega życie... Takie podejście może i ma sens jak ma się z 18 lat, potem wszystko się komplikuje. Za dużo końców na koncie, za dużo wspomnień. I czas przyspiesza, na początku wydaje się, że ma się przed sobą wieczność. Potem już zaczyna się liczyć lata do końca. No dobra, koniec oznacza początek czegoś nowego, może czegoś lepszego. Tego się trzymajmy, nawet jeśli pachnie to „urzędowym optymizmem”.

Niemniej moja niechęć do kończenia czegokolwiek ma niebagatelne znaczenie dla tego bloga. Nie wiem tylko czy akurat jest to powód do radości. No dobra, miało być jednak o innym końcu. Takim, który jest mi w sumie obojętny. Na szczęście są i takie końce... Do rzeczy, wkrótce zostanie zgaśnie znicz olimpijski. Pewnie przegapię ten moment, tak jak wiele innych wydarzeń na tej olimpiadzie. Oczywiście pewnych rzeczy nie można nie dostrzegać, choćby prymitywnych i podszytych narodowymi kompleksami nagabywań Adama Małysza by nie kończył kariery. No dobra stary, jak nie pojedziesz do Soczi to kto będzie zdobywał medale. A bez nich my Polaki nie będziemy już tacy zajefajni...

Chyba dlatego nie lubię olimpiad, nagle mamy w kraju 40 mln ekspertów. Ciągle słyszane te same nudne, zasłyszane i powtarzane bez końca komentarze. Nuda...Może to oznaka starości, ale coraz częściej myślę, że oglądanie sportu nie ma sensu. Może za wyjątkiem przypadków, w których ktoś uprawiający jakąś dyscyplinę może się w ten sposób uczyć. Chociaż czy ja wiem, czy oglądanie Tour de France jest mi niezbędne do jazdy na rowerze, czy obserwacja polskiej ligi da mi coś co sprawi mi większą przyjemność z kopania piłki...

Pewnie nie poruszałbym tego tematu gdyby olimpiada nie odbywała się w Kanadzie. A tak chyba wypada... Dostało się Kanadyjczykom za wiele rzeczy. No tak, nie zachowują się jak zawodowcy. Jest w tym jakaś ironia, olimpiada i całe to naiwne i odstające od współczesnych realiów przesłanie. Tak, wszystko ma być profesjonalne, począwszy od zawodników, poprzez organizację a w ostatecznym rozrachunku na pieniądzach skończywszy. Niedociągnięcia tak, ale tylko drobne dodające kolorytu. Nie można przecież pozwolić by piloty poszły w ruch, tyle nieobejrzanych reklam, takie marnotrawstwo...

Mimo narzekań Kanadyjczycy się przyłożyli, było trochę egzotycznie ale w zrozumiały dla wszystkich sposób. Zastosowano to co zwykle, dodano parę innuicko/indiańskich gadżetów i było pięknie. Oczywiście rdzenni mieszkańcy kanadyjskich ziem powinni być wdzięczni bo niby w ten sposób oddano im cześć i nie miało to nic wspólnego z uczynieniem medialnej papki bardziej zjadliwą. Na logo igrzysk wybrano innuicki symbol, znany choćby z flagi Nunavut. Inukszuk wygląda tak „ślicznie”, marketingowy strzał w dziesiątkę. Co prawda Stewart Phillip, przywódca rdzennych mieszkańców zamieszkujących Kolumbię Brytyjską ironizuje, że bardziej przypomina mu on Pac-Mana. Kto by się tam jednak czepiał, na pewno nie ja bo za bardzo Pac-Mana nie kojarzę...

A rdzenni mieszkańcy Kanady? No cóż, powinni być przyzwyczajeni. Historia wiele powinna ich nauczyć. Dawniej na siłę prowadzona akcję asymilacyjną, nierzadko odbierając dzieci ich rodzicom a ich samych zamykano w rezerwatach czekając aż stracą całą siłę witalną i wyruszą na spotkanie z Manitu. Teraz już się tego nie praktykuje, dawniej kultury tak zawzięcie zwalczane stały się cenne. Można je przecież wykorzystać i nieźle na tym zarobić. Tak jak choćby na olimpiadzie... Dla tych co nie za bardzo czują atmosferę polecam film Inuk Shop. Krótki ale interesujący. To co dla Innuitów jest częścią ich codzienności dla nas staje się ozdobą, gadżetem który ma nas uczynić bardziej interesującymi i ciekawszymi w oczach innych... Tak, to koniec olimpiady. Następna za cztery lata. Szkoda, że nie na Nowej Zelandii to Maoryskie motywy są zajefajne...

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Odzyskanie radiowej Trójki, czyli ballada o ludziach stamtąd...

Poruszam się w pewnej przestrzeni, każdy z nas się porusza. By ją ogarnąć narzucamy sobie pewne regulacje, czasem są to normy prawne czasem tylko zasady dobrego wychowania. Dla funkcjonowania całości równie ważne... Nie ma nawet znaczenia czy owe normy i zasady tworzymy w oparciu o nasze zbiorowe doświadczenie, zgodnie z zasadami rozumu czy wyprowadzamy je z natury wszechrzeczy, Biblii czy Koranu. Wbrew takim odrobinę pokręconym nihilistom jak ja, można nawet uznać, że istnieje swego rodzaju „uniwersalny katalog” zasad przypisany ludzkiemu rodzajowi... I znów jedni nazwą to prawami naturalnymi, inni zadowolą się kolokwialnym stwierdzeniem, że chodzi tylko o to by się „przyzwoicie traktować”.

Tak to mniej więcej wygląda w przestrzeni, w której poruszam się ja i większość ludzi. Co i raz jednak z nie słabnącym zaskoczeniem (symptom postępującego skretynienia?) dowiaduję się o istnieniu grup, dla których te wszystkie „moje” prawa i zasady są stekiem bzdur. Nieuzasadnionym balastem w drodze wiodącej na szczyty... No dobra, kopce co najwyżej, każdemu jednak podług jego wyobraźni. A ludzie stamtąd nie mają jej w nadmiarze niestety... Ich wzrok nie sięga dalej niż do dna ich portfela. Zrobią wszystko by ujrzeć w nim chociaż jeden banknot więcej, mając za nic koszty społeczne swoich działań. Rozpieprzą wszystko co stanie im na drodze.

Tym razem trafiło na radiową Trójkę. Jest to rozgłośnia z długa i piękna tradycją. Sam mam dla niej duży sentyment. Nie chcę nawet sięgać do zamierzchłej przeszłości, kiedy to dzięki niej smutna rzeczywistość stanu wojennego była bardziej znośna. Była to wtedy swoista oaza przynajmniej muzycznej normalności. Dziennikarze bezpośrednio nie angażowali się w politykę, niemniej poprzez prezentowane na antenie treści pokazywali, że istnieje inna rzeczywistość odległa od tej siermiężnej socjalistycznej...

Odkąd pamiętam Trójka miała zawsze autorski charakter. Udało się jej oprzeć próbom sformatowania. To jedna z nielicznych tego typu stacji na rynku... Trójka to w dużej mierze nazwiska tworzących ją ludzi i zarazem swoista szkoła dziennikarskiego fachu. W pewien sposób myśląc o Trójce wyobrażam sobie jak powinny funkcjonować całe media publiczne. Nie jestem chyba w tym osamotniony... Taki styl jaki proponuje Trójka sprawia, że ma ona liczne grono sympatyków, którzy nie zawahają się nawet w razie potrzeby wspomóc stacji finansowo. Zawirowania z abonamentem sprawiły, że jej przyszłość nie rysowała się różowo, parę miesięcy później powołany ad hoc Komitet Miłośników Trójki zebrał prawie 700 tys. złotych na programy misyjne.

Ludzie stamtąd mają to gdzieś, stacja jest łupem do podziału a nie jakimś tam dobrem społecznym. Wszyscy, którzy nie żałowali grosza na Trójkę teraz dobitnie mają okazję przekonać się, jak bardzo ona do nich należy. Nikt nie liczy się z ich głosem, ludzie stamtąd mają przecież układ między sobą. Dystyngowane słuchaczki Trójki mogą tylko z zażenowaniem zakryć oczy, słuchacze bezsilnie toczyć pianę w ust. Wielki środkowy palec pokazany im przez koalicję SLD-PiS nie stanie się przez to mniejszy ani bardziej przyjazny. To bardzo czytelny sygnał, nie może być już chyba czytelniejszy... Wszelkie dawanie pieniędzy na media publiczne w obecnym kształcie to wyraz masochizmu. Jestem zwolennikiem abonamentu, niestety system ten sprawdza się tylko w systemach cywilizowanych. Dopóki będą nami rządzić „barbarzyńskie hordy” i co więcej, dopóki my wszyscy będziemy to mieli gdzieś media publiczne będą tylko fikcją...

SLD i PiS paradoksalnie głoszą przywiązanie do abonamentu, swoimi działaniami jednak podważają sens jego płacenia. Analizując (przynajmniej publicznie głoszone) ważne dla obu partii wartości bardzo łatwo dostrzec tam coś takiego jak „wspólnota”. Owszem pozornie trochę inaczej rozumiana. Brutalna prawda jest taka, że dla obu partii dobra wspólnota to taka popierająca linię partii. Obywatel ma siedzieć za zamkniętymi drzwiami i czekać na wytyczne... W tym kontekście nie dziwi już fakt, że obie partie tak łatwo się dogadały... Przeraża mnie jak bardzo mają one gdzieś reakcję opinii publicznej i potencjalnych wyborców przecież.

Tak, dobro partii dobrem narodu. Na swój sposób podziwiam redaktora Sobalę, wiernie podejmuje się misji nawet kiedy ma przeciw sobie niemal całą redakcję Trójki. Któż inny jednak zdoła wziąć za mordę całą tą inteligencką zgraję i zaszczepić poprzez fale eteru miłość do PiS wśród im podobnych. Partia mu to poświęcenie wynagrodzi, nawet jeśli stację najzwyczajniej w świecie zarżnie. To w sumie też jakiś sukces... Najprawdopodobniej skończy się na modelu znanym ze stanu wojennego, wy będziecie nam posłuszni a my damy wam niewielką autonomię. Historia lubi się powtarzać...

środa, 9 grudnia 2009

Watch Docs, czyli nie tylko o tym co uwiera Rzeczpospolitą...

W filmie Rok Diabła między nomen omen członkami zespołu Czechomor toczy się niezwykle ożywcza intelektualnie dyskusja na temat tego, czy Jaromir Nohavica nosi slipy, czy też może jednak bokserki. Tak postawiony problem wydał mi się na tyle intrygujący, że postanowiłem sam się z nim zmierzyć. Oczywiście mam gdzieś, jakie nawyki bieliźniane ma Nohavica... Jak przystało na świadomego siebie i własnej niezwykłości współczesnego człowieka siebie stawiam w centrum wszechświata. Odpowiedź na to pytanie może bowiem przybliżyć mnie do zrozumienie siebie a tym samym dosłownie wszystkiego. Problem w tym, że nie potrafię. Slipy są super, ale bokserki... No nie wiem... co jest tylko przyzwyczajeniem a co leży w zgodzie z moją naturą. Jak bardzo proces wychowania wypaczył moje naturalne preferencje i czy kiedykolwiek odkryję do końca to kim jestem? Postanowiłem zastosować metodę ilościową, tj. zajrzeć do szafy i policzyć swoją bieliznę. Dokonałem przy tym wielu niezwykłych obserwacji, których jednak wszystkim oszczędzę. Naprawdę nie warto... Tak czy inaczej przełomu brak.

Poznanie siebie to fascynująca sprawa, postanowiłem również powyciągać szufladki ze swojego bloga. Co jak co ale sporo tu różnych myśli, czasem bardziej sensownych a czasem mniej. Co jednak zawsze pewne moich własnych. Nie sądziłem, że lektura mnie tak przerazi. Nie chodzi nawet o to co jest ale o to czego tu nie ma. Napisałem o AIDS, o ptasiej i świńskiej grypie ale ani słowa o raku, schizofrenii czy zapaleniu pęcherza moczowego. Dlaczego? Czy jestem na usługach koncernów farmaceutycznych, sprzeciwiam się boskiej karze za rozwiązłość czy ulegam zwykłej modzie? A może to coś więcej. Lekceważę raka, ba jestem jego zwolennikiem, w równym stopniu co schizofrenii i zapalenia pęcherza moczowego...

A co z Mongołami i ich krwawymi metodami podboju, nigdzie ich nie potępiłem... Czy jestem wyznawcą Czyngis Chana? Może świadomie je ignoruję by móc rozgrzeszyć Chińczyków za ich politykę wobec Ujgurów. To możliwe, chociaż pewnie wtedy nie pisałbym tak krytycznie o państwie środka. A może winna jest moja nienawiść do chrześcijaństwa i skryte wyznawanie buddyzmu. Tak, to by wiele tłumaczyło... Generalnie nienawiść do chrześcijaństwa bardzo wiele rzeczy tłumaczy, szczególnie w Polsce.

Tęgim głowom z Rzeczpospolitej na przykład tłumaczy taki a nie inny dobór filmów na festiwalu Watch Docs. Fakty są nieubłagane, na około 80 filmów nie ma ani jednego o prześladowaniu chrześcijan. Tak, tak i to w kraju w 90 % składającym się z katolików. Nawet prof. Zoll z żalem wielkim mówi jak bardzo niepopularnym na świecie tematem jest prześladowanie chrześcijan. Media omijają ten temat bo jak twierdzi prof. Zoll wyciszanie jest zgodne z polityką politycznej poprawności. Musimy jego zdaniem „wzmacniać naszą tożsamość chrześcijańską”. Tak, dlatego właśnie o tym piszę, to rodzaj świadectwa. Chrześcijanie są mordowani a media zajmują się jakimś tam Tybetem. Czyż nie jest to oburzające!!!

No dobra, dość ironii, choć na chwilę. Zdaję sobie sprawę z trudnej sytuacji chrześcijan w wielu krajach świata, szczególnie w krajach muzułmańskich. Sam na blogu wielokrotnie poruszałem ten temat pisząc chociażby o Libanie czy Iraku. Mierzi mnie jednak podejście Rzeczpospolitej, która zdaje się bez wahania wskazywać, które życie jest ważniejsze. Kryterium jest wyznawana religia... Rozumiem ten mechanizm, liczy się masa a nie człowiek. Są nasi i ci inni, którymi możemy się zajmować w drugiej kolejności... Takie podejście jednak tylko rodzi dalsze konflikty, nie rozwiązuje istniejących. Co z tymi, którzy nie mają nikogo, kto by się za nimi wstawił?

Dlatego dużo bardziej odpowiada mi stanowisko Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, organizatora festiwalu. Przedmiotem jej działalności nie są „nasi” ale wszyscy potrzebujący pomocy. No tak, dla Rzeczpospolitej następna organizacja pozarządowa, liberalna klika, która za nic ma wszystko to co święte dla prawdziwego Polaka katolika. Tym tylko mogę tłumaczyć ten bezsensowny atak na festiwal, który podejmuje szereg niezwykle istotnych problemów związanych z szeroko pojmowaną ochroną praw człowieka.

Nie wiem czy winą fundacji jest to, że tak silnie lansowana przez Rzeczpospolitą Agnieszka Dzieduszycka woli uczestniczyć w organizowanych z publicznych pieniędzy Europejskim Festiwalu Telewizyjnych Programów Religijnych niż zgłosić swój film na Watch Docs. O którym jak zresztą bez żenady przyznaje nie słyszała. O co więc ten krzyk? O to, że media są odporne na tragedię chrześcijan i nie powstają dokumenty na ten temat? Co ma to wspólnego z Watch Docs? Festiwal nie jest robiony z publicznych pieniędzy. To święto ludzi, dla których prawa człowieka są ważne. Pokazywane na nim filmy przechodzą długą drogę, w tym roku zgłoszono około 1500 dokumentów. Musiało dojść do selekcji, co roku filmy porządkuje się według jakiś kryteriów. Czego oczekuje Rzeczpospolita, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka sama zasponsoruje film o prześladowaniu chrześcijan i pokarze go na festiwalu. Co może zrobić, skoro spośród zgłoszonych żaden nie podejmował tej tematyki. Moja babcia w takich przypadkach mawiała, że ktoś ma pretensje do ślepego, że ma głuche dzieci. Rzeczpospolita jest i ślepa i głucha. Nie religią a ideologią...

Sam festiwal gorąco polecam, na razie jeszcze w Warszawie ale potem rusza w kraj... Widziałem w jego ramach dotąd dwa filmy, oba przejmujące. Sale kinowe pękają w szwach, najwięcej jest ludzi młodych. Nie wiem czy wynika to z tego, że w pewnym wieku stajemy się coraz mniej wrażliwi na innych czy z innych względów. A może po prostu darmowe wejściówki nie pozwalają lepiej sytuowanym i przy okazji starszym z przyjemnością konsumować prezentowanych treści. Nie wiem... Wiem, że atmosfera jest świetna. Po wczorajszym pokazie dyskusja była tak gorąca, że pracownicy kina musieli nalegać na jej zakończenie. Ja do głosu się nie „dorwałem” co zrekompensowałem sobie ciekawą rozmową z moimi sąsiadami... Szczerze polecam.

A co do moich wewnętrznych poszukiwań. No cóż, nie dowiedziałem się o sobie zbyt wiele. Ale nie była to strata czasu, dzięki Rzeczpospolitej wiem jaki nie jestem. Zawsze to już coś...

sobota, 21 listopada 2009

Odnaleziony sens, czyli być obywatelem...

Ugrzęzłem, nie sposób tego inaczej określić. Zamknąłem się w domu i wyrzuciłem klucz, dobrowolnie skazałem się na wykluczenie. Nie słucham radia, nie oglądam telewizji a nawet nie zaglądam do netu. I było mi z tym dobrze, tak długo aż nieopatrznie nie nacisnąłem pilota, trochę przypadkiem i w szklanym okienku zobaczyłem polityków wystawiających oceny rządowi Donalda Tuska, który ponoć zastał Polskę analogową a zostawi cyfrową. W tej jednej chwili poczucie wykluczenia stało się tak dojmująco przykre, że z mojej piersi wydobył się szloch...

Mam gdzieś kulturę, zarówno tą wysoką jak i niską. Sport? Nie, proszę... Mam znacznie lepsze sposoby na trwonienie czasu. Może piękno, dobroć, miłość? Niestety dziś to już tylko słowa, utraciły one jakiekolwiek znaczenie; w takiej sytuacji pozostaje tylko seks, smutny i odarty z kulturowej otoczki odrobinę odrażający... Zostawmy to. Mam gdzieś również naukę, z jej milionami pytań bez odpowiedzi... I religię; ta za to ma miliony odpowiedzi na pytania, które są mi zupełnie obojętne. Czy istnieje życie wieczne? Co to cholera znaczy, ja muszę odpowiedzieć sobie na pytanie czy istnieje życie tu i teraz. Co mnie obchodzi wieczność...

Skąd więc ten szloch w mojej piersi? Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy była taka, że przypomniała mi się szkoła. Wtedy wszystko było proste, było się ostatnią oceną w dzienniczku. Zawsze z nadzieją na poprawę. Odrzuciłem ją jednak szybko, nie lubiłem szkoły, wzruszenie nie mogło być więc wywołane jej wspomnieniem. A więc co? Powoli przez chmury myśli niepotrzebnych i błahych zaczęły się przedzierać promienie prawdy. Być może Arystoteles miał rację, człowiek jest istotą społeczną i nie żyje tylko dla siebie. W wiekach wcześniejszych w poczuciu obowiązku płodził on z entuzjazmem następne pokolenia ku chwale swojej wspólnoty, ginął dla niej jeśli ta uznała to za pożądane... Cóż z tego zostało? Dopadła mnie smutna refleksja, że być może na początku XXI wieku do zaspokojenia swoich społecznych instynktów wystarcza wysłanie sms'a do popularnej stacji radiowej, w której w skali od 1-6 ocenia się jak choćby w tym przypadku pracę rządu.

Jedną z najstraszniejszych kar w greckich polis było wygnanie. Sam udając się na wewnętrzną emigrację dopuściłem się prawdziwego gwałtu na swojej naturze. Już widzę jak Arystoteles w niebie dobrotliwie kiwa głową nade mną, gładząc przy tym swoją długą, siwą brodę... Tak, nadrabiam zaległości, w telewizji nieco inny zestaw polityków wystawia oceny. Włączyłem również radio, dzwonią słuchacze i robią to samo. Sam bym zadzwonił ale wysyłam sms'y do innych stacji radiowych i klikam na portalach internetowych. Mam nadzieję, że nikogo tym nie wkurzę, gorliwość neofity potrafi być irytująca. Oczywiście wklepuję również ten tekst na bloga i czuję się wreszcie spełniony. Mam przyjemność brać udział w finalnej fazie rozwoju demokracji. Ależ to podniecające. Kończę już ten wpis, przede mną jeszcze wysyłanie sms'ów z ocenami dla poszczególnych ministrów. Jak będzie mi mało to ocenię najlepszych reżyserów XX wieku. Hmmm... Cameron 4+, Bergman 3, Żamojda 5...

niedziela, 15 listopada 2009

A/H1N1, czyli o tym czy mamy się czego obawiać...

Z dnia na dzień zaostrza się konflikt wokół zakupu szczepionek na grypę typu A/H1N1. Obie strony sporu niestety zdają się nie rozumieć istoty problemu. Łatwiej mi niestety zrozumieć postępowanie opozycji, jej rola polega na krytyce również tej niemerytorycznej. Rząd jest zaś zobowiązany do dbania o interes społeczny i nie powinien podejmować działań, które mu nie służą. Owszem, każdy rozumie go trochę inaczej, niemniej politycy PO i sama minister Ewa Kopacz zdają się ulegać jakiemuś dziwnemu ideologicznemu zaślepieniu, które nie pozwala im brać pod uwagę nawet najbardziej racjonalnych argumentów. Dla nich po prostu nie ma zagrożenia bo nie ma i już...

Najczęściej przywoływanym przez nich argumentem jest niska śmiertelność wśród osób zakażonych wirusem A/H1N1. To wszystko prawda, wirus grypy w dotychczasowej postaci nie doprowadzi do tak śmiertelnego żniwa ja chociażby grypa hiszpanka w latach 1918-19. Jest on jednak na tyle niestabilny, że jego mutacje mogą mieć dla nas znacznie gorsze skutki... Dlatego tak ważne jest ograniczenie jego rozprzestrzeniania się, również poprzez szczepienia. Strach przed wirusem wynika również z jego „nowości”. Wbrew wyobrażeniom polityków sytuacja nie jest stabilna ale ciągle się zmienia, wraz z pojawianiem się jego nowych mutacji... Mówiąc lapidarnie nie ma „śmiertelnej epidemii” ale należy brać na poważnie jej wystąpienie.

Niestety rząd lekceważy ryzyko, narażając zdrowie obywateli. Zastanawiam się w imię czego? Wypada mi się zgodzić z opinią Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, działania Ewy Kopacz i jej resortu a właściwie ich brak niestety niosą zagrożenie dla zdrowia Polaków... Co więcej podważanie skuteczności szczepionek jeszcze przed ich zakupem to coś co mnie osobiście nie mieści się w głowie. Publiczne głoszenie, że cztery osoby jakoby zmarły z powodu szczepionki i to na podstawie tekstu w jakiejś bulwarówce powinno skutkować natychmiastowymi dymisjami, również minister Kopacz. Pozwalając sobie na tani populizm, bo mówienie o braku 100% skuteczności szczepionki to przecież nic innego jak populizm właśnie, kompromituje się ona już nie tylko jako polityk ale i jako lekarz. Nie po raz pierwszy zresztą, pamiętam jej wypowiedzi, w których wprowadzanie zakazu palenia w miejscach publicznych nazywała zamachem na swobody obywatelskie...

Nie trzeba być lekarzem, by wiedzieć, że żadna szczepionka nie daje 100% gwarancji. W przypadku gruźlicy jest przecież podobnie, chodzi przecież głównie o wytworzenie przeciwciał, które jeśli nie uchronią przed chorobą to chociaż pozwolą organizmowi skuteczniej z nią walczyć. Ideologiczne zaślepienie PO niestety nie pozwala na rzeczową dyskusję. Wskazywanie, że koncerny farmaceutyczne zarabiają krocie na szczepionce to tani populizm. Tak samo byłoby przecież, gdyby wybuchła epidemia cholery... Tak samo jest w przypadku AIDS, tu pani minister milczy bo przecież jako wiernej wyznawczyni wolnego rynku nie wypada jej krytykować wolności gospodarczej, nawet jeśli ta niesie zagrożenie dla życia ludzi... Nie wiem skąd teraz u niej to oburzenie na koncerny farmaceutyczne...

Ja patrząc na rozwój sytuacji widzę jak Polska zostaje w tyle. Być może wirus grypy A/H1N1 okaże się nieszkodliwy ale siedzenie z założonymi rękami i nic nie robienie uważam za skrajną nieodpowiedzialność i wręcz głupotę. Liczba zaszczepionych idzie na świecie już w setki milionów, kraje wokół nas podejmują stosowne działania. Rząd PO ponownie dumnie twierdzi, że to my mamy rację a nie reszta świata. Być może będzie miał szczęście, chcę by tak było... Czarny scenariusz nie musi się spełnić, niemniej ryzyko podejmowane przez rząd PO i to z bliżej niesprecyzowanych powodów (oszczędności?) uważam za karygodne. Trwają negocjacje w sprawie zakupu szczepionki, z pewnością ją wcześniej czy później nabędziemy. Ciekawe jak tłumaczyć będzie minister Ewa Kopacz niechęć Polaków do szczepienia się. Pragnę zauważyć, że szczepienia mają sens tylko wtedy, gdy poddaje się im dużą część populacji. Kiedy minister zdrowia sugeruje, że zaszczepienie się może prowadzić do śmierci to któż o „zdrowych zmysłach” zdecyduje się na taki krok... Oburzałem się na ministra Ziobrę, kiedy doprowadził do zapaści polską transplantologię. Ewa Kopacz niestety idzie w jego ślady, nie boje się porównywać obu spraw choć to może niektórych szokować. Mam nadzieję, że pani minister „skończy” o wiele gorzej i szybciej niż „piękny młodzieniec z Krakowa”. Niestety nie zanosi się na to...

piątek, 9 października 2009

Pokojowy Nobel dla Baracka Obamy, czyli niestety o straconej szansie...

Przyznanie pokojowej nagrody Nobla Barackowi Obamie budzi powszechne zdziwienie. Dla mnie osobiście to kompromitacja komitetu noblowskiego. Przyznanie jej prezydentowi USA niczemu kompletnie nie służy i dewaluuje jej znaczenie do nic nie znaczącego gestu politycznego. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie wpłynie ona na zmianę polityki zagranicznej USA. Nie jest też nagrodą za dotychczasowe działania. Jak jest więc jej cel? Utwierdzić Baracka Obamę, że idzie w dobrym kierunku? Pogłaskać go po główce i poklepać po plecach...

Moim zdaniem komitet nie wykazał się przy wyborze odwagą jak chcą niektórzy. Wręcz przeciwnie, jego decyzja to wyraz tchórzostwa. Komitet nie chciał nikogo urazić... Przyznanie nagrody Obamie to nic innego jak próba uniknięcia zabrania głosu w istotnych dla świata sprawach. Przecież nie wypada dać nagrody chińskim dysydentom, nie w 60 rocznicę proklamowania ChRL. Ważne to przecież święto, znacznie ważniejsze od 20 rocznicy masakry na Placu Tienanmen. Rosji też nie należy denerwować, działacze praw człowieka w tym kraju mogą przecież poczekać... Po co ich aż tak ostentacyjnie wspierać... Nobel dla Lidii Jussupowej to byłby wręcz policzek dla Kremla. Nie wypada przecież. Nie zajmujmy się Iranem, nie drażnijmy ajatollahów przed grudniowymi rozmowami. Co nas interesują jacyś lokalni działacze w Wietnamie, Kolumbii, Darfurze czy Kongu. Komitet noblowski jest przecież zbyt ważny by zajmować się lokalnymi problemami. Barack Obama daje nadzieję na załatwienie wszystkich problemów i to globalnie!!!!!

Przyznanie nagrody Obamie nie jest również kontrowersyjne jak chce większość. Chodziło właśnie o to by kontrowersji było jak najmniej. Wybrano tego najbardziej lubianego, nawet talibowie pewnie nie są tak wzburzeni jak byliby, gdyby nagrodę otrzymał Ghazi bin Muhammad lub co gorsza Sima Samar. Głosy oburzenia wkrótce ucichną a ci, którzy z Barackiem wiążą nadzieję będą nadal świętować... Najgorsze w tegorocznym werdykcie jest to, że laureat tej nagrody zupełnie nie potrzebuje. Dzięki niej nic się na świecie nie zmieni. Żaden istotny problem nie zostanie nagłośniony. W odczuciu światowej opinii publicznej nie zaistnieje żadne nowe wyzwanie. Zmarnowana została jej magia, nadszarpnięciu uległ jej autorytet. Nie twierdzę, że Barack Obama nie robi niczego dobrego. Myślę, że jest wprost przeciwnie, ale jako prezydent potężnego mocarstwa ma wystarczające środki do tego by realizować założenia swojej polityki, również te, które to tak bardzo się spodobały komitetowi. Mam poczucie straconej szansy, w tym roku właściwie nie przyznano pokojowej nagrody Nobla. Wydano pieniądze na autopromocję (zresztą dość wątpliwą) i po to by „wesprzeć nadzieję”. Komitet nie kierował się w swoich działaniach ani pragmatyzmem ani idealizmem. Wybrał najgorzej jak mógł...

niedziela, 13 września 2009

Nielojalność narodowa, czyli o tym czy jeszcze jest nam potrzebna prawda...

Właściwie powinienem złożyć samokrytykę już za sam tytuł wpisu. Prawda z założenia jest przecież jedna i nie można jej podważać ani rozmywać poprzez dyskusję, to przecież nic innego jak postmodernizm albo inny grzech śmiertelny. Wiadomo tez u kogo leżą klucze do prawdy i kto ma wszelkie predyspozycje by orzekać co nią jest a co nie. Mnóstwo jest jednak fałszywych proroków, którzy swoje racje opierają na fałszywych przesłankach. Mącą oni ludziom w głowach a czasem wręcz popychają do działania szkodzącemu naszemu świętemu narodowi...
Nie powinno więc nikogo dziwić, że wobec zupełnie haniebnych słów niejakiego Niesiołowskiego Stefana głos zabrał człowiek, którego bez wahania można określić jako sumienie narodu polskiego i strażnika narodowych wartości. Tylko bowiem on jeden Jarosław Kaczyński (wstydźcie się Ci wszyscy, którzy pomyśleliście o kimś innym) w sposób zupełny i totalny może określić to co dla narodu jest dobre. Od dziś każdy, kto choć w myśli nie określi zbrodni katyńskiej jako ludobójstwa, podobnie jak Niesiołowski Stefan przekroczy „wszelkie miary nielojalności narodowej”. Co więcej przyczyniał się będzie tym samym do tego, że Polska pozostawać będzie krajem „sfinlandyzowanym, zależnym, zarówno na zachód, jak i na wschód". Przyjemnie jest cytować proroka więc dodam jeszcze, że bez cienia żenady taki ktoś może uważać się za „moskiewską cenzurę w Polsce”.
I to jest prawda!!! Wszystko co dobre dla narodu i co leży w jego interesie musi być prawdziwe. Fakty służą tylko potwierdzaniu prawdy a nie jej negacji. W imię narodowego interesu o tych niewygodnych należy zapomnieć, nie mogą być one bowiem prawdziwe skoro rzucają cień na coś tak świętego jak naród. Prawda, której nie można wykorzystać do utylitarnych celów jest zbędna. Po co na ten przykład tracić czas na dywagacje o Jedwabnem. Wspomnieliśmy o tym i robią z nas pomocników Hitlera... Historia to potężny oręż w walce politycznej, chrzanić ofiary w Katyniu. Ich śmierć nie może pójść na darmo, dlaczego więc "nasza" partia nie miałaby dzięki nim uzyskać paru punktów u elektoratu? A jak nie to chociaż zemścić się na Niesiołowskim Stefanie, może zostanie wysłany na wcześniejszą polityczną emeryturę. Nikt nie będzie bezkarnie obrażał wodza...
Taki sposób pojmowania prawdy, jaki zaprezentował Jarosław Kaczyński nie jest niestety jego wynalazkiem. To plagiat ordynarny i nieco tandetny jak chińskie podróbki zabawek, które do niedawna można było dostać na warszawskim Stadionie X-lecia. Wierzyć w jego oryginalność mogą tylko ci nieliczni szczęśliwcy, którzy mogą sobie pozwolić na całkowite zignorowanie współczesnego świata i jego problemów. Zastanawiam się skąd Jarosław Kaczyński czerpie inspirację, wiem za to jaka szkoła w takim podejściu do prawd historycznych zrobiła największe postępy. Nie ma dla mnie wątpliwości, że moskiewska... Rosja Putina bez cienia wstydu, za to ze sporym wdziękiem i lekkością wykorzystuje historię do budowania imperialnej tożsamości. Zdaje się, że Jarosław Kaczyński chciałby te wzorce uskuteczniać w Polsce. Nie będzie to łatwe bo przy Putinie artyście jest on co najwyżej rzemieślnikiem. A i Polska trochę wydaje się być za mała dla rozbuchanego ego Jarosława Kaczyńskiego. Pewnie dlatego na działania Rosji w sferze polityki historycznej reaguję nieufnością a na te podejmowane przez Jarosława Kaczyńskiego i jego partię śmiechem...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Ana Moura w Warszawie, czyli o festiwalu Skrzyżowanie Kultur raz jeszcze...

Smęciłem ostatnio co niemiara, dziś więc dla odmiany będzie radośnie i optymistycznie. Nie może być inaczej ponieważ do Warszawy zjeżdża sama Ana Moura! To jedna z moich ulubionych wokalistek, nie tylko dlatego, że w dużej mierze to dzięki niej zapoznawałem się z fado jako takim. Oczywiście ten sentyment jest szalenie istotny ale nie na wiele by się on zdał gdyby nie jej fantastyczny głos. Teraz będę miał po raz pierwszy okazję posłuchać Anę Mourę na żywo. Tworzona przez nią muzyka, zresztą jak i całe fado ma bardzo emocjonalny charakter. Słuchając jej płyt można wniknąć w głąb siebie i poczuć emocje, których istnienia człowiek się nawet u siebie nie spodziewał. Na koncercie będzie można zobaczyć piękną kobietę emanującą wręcz własnymi emocjami, która co więcej bez problemu zaraża nimi innych. To tylko może jeszcze pogłębić odbiór jej muzyki oraz dać szansę na zupełnie nowe doznania...
Dlatego wszystkich zachęcam do przyjścia na koncert. Cena biletu jest mniej więcej taka jak tego do kina (raczej mniej) a to co w zamian dużo bardziej niezwykłe i rzadkie. Sam koncert odbędzie się za dwa tygodnie (14 września 2009), tuż przy Pałacu Kultury i Nauki. Bilety chyba jeszcze są, już co prawda nie online (sami sprawdźcie) ale w kasie Estrady przy Marszałkowskiej. Dodatkowym atutem będzie koncert Marcio Faraco, którego muzyki niestety nie znam zbyt dobrze. Po pobieżnym zapoznaniu się z nią mam jednak wielką ochotę na więcej. Wracając do Any Moury, warto jeszcze wspomnieć o jej pracy nad nowym albumem. Nie wiem czy to w jakiś sposób znajdzie swój wyraz na koncercie ale warto mieć nadzieję.
Skupiam się na jednym koncercie, który ma się odbyć jednego konkretnego dnia. Warto jednak dodać w tym miejscu, że odbędzie się on w ramach festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Trwać on będzie przez cały tydzień począwszy od 13 września (w Sali Kongresowej wystąpi wielka gwiazda festiwalu - Youssou N'Dour). Wystąpi naprawdę wiele ciekawych zespołów z różnych stron świata, tak jak na skrzyżowanie kultur przystało. Warto więc zapoznać się z programem festiwalu. To już jego piąta edycja i jak się wydaje ma się on świetnie. Mam nadzieję, że nie sprofesjonalizuje się na tyle by przenieść w całości z namiotu festiwalowego do Sali Kongresowej. Tymczasem u mnie staje się on już stałym punktem w kalendarzu. Ciekawe kto za rok? Może Mafalda Arnauth? Nie miałbym nic przeciwko temu...
Zdjęcie Any Moury zamieszczam za zgodą Jeronimo. Pochodzi ono z koncertu w Belgii, zainteresowanych obejrzeniem następnych zachęcam do odwiedzenia ich twórcy na flickerze. Można przez chwilę otrzeć się o to co może być naszym udziałem w Warszawie. Jeśli ktoś czytający ten wpis nie bardzo wie czym jest fado zachęcam do poszukiwań, również na moim blogu. Do zobaczenia na koncercie!

sobota, 15 sierpnia 2009

Poczułem w sobie moc...

Mój sąsiad w tajemnicy zdradził mi, że dziś wielkie święto. Ponoć sama Madonna ma zstąpić i z tej okazji zaśpiewać. Będzie okazja do wniebowzięcia, przynajmniej dla podpitych fanów. Z Madonną to nie wiadomo jeszcze, podobno znów z Żydami zaczęła się zadawać... Miejsce wybrała optymalnie, na lotnisku nic jej w tym zstępowaniu/wstępowaniu nie przeszkodzi. Pan prezydent podobno swój najlepszy garnitur otrzepał z naftaliny i chłopaków z okolicznych jednostek na plac zwołał, by żołdu za darmo nie przejadali i święto pomogli uczcić odpowiednio. Wystroili się panowie wojskowi, ordery poprzypinali i piersi dumnie powypinali. Brakuje tylko czołgów, które by rozjechały tak pieczołowicie ostatnio remontowane ulice.
Mam mały mętlik w głowie, w jakiś dziwaczny sposób miesza się religia, nacjonalizm (dobry czy zły, dziś mam to gdzieś) i kiepska rozrywka. Nie wiem tylko co ma jedno do drugiego, o ile wiem Madonna nigdy w armii nie służyła i poglądy miała raczej pacyfistyczne. Chyba, że ta cała ucieczka do Egiptu to wielka ściema, która miała ukryć jej pracę dla wywiadu. Nie pytam nawet którego, są tacy co takie rzeczy od razu wiedzą, ich pytajcie... Z pewnością mamy dziś jednak święto więc na wszelki wypadek wywieszam flagę, oczywiście Indii bo przynajmniej wiem co Hindusi właściwie dziś świętują...
Ale nie o tym miał być ten wpis. Jak zwykle mam problemy z proporcjami i cała para idzie w gwizdek/wstęp. Tak jak napisałem w tytule wpisu poczułem w sobie moc. Mniej więcej rok temu umieściłem na FotoForum GW dwa zdjęcia zrobione niedaleko miejsca, w którym przyszło mi doświadczać cudu jakim jest życie. Można było na nich zaobserwować boisko do koszykówki z chwiejącymi się na wietrze koszami. Z niezrozumiałych dla mnie względów (przecież w kosza gra się najlepiej na ubitej ziemi) miejscowa młodzież omijała to miejsce. W pewnym momencie jacyś dobrzy ludzie zaczęli w tym miejscu zostawiać samochody. Parking dobrze służył wielu osobom, pół boiska pozostawało do dyspozycji ewentualnych graczy. Samochody nie parkowały tam ponieważ najmniejsze opady deszczu zamieniały teren w bajoro. Drogie samochody, drogie buty, drogie skarpety... Nie bez powodu bogaci ludzie są bogaci.
Zdjęcia zatytułowałem „rewitalizacja według władz dzielnicy Warszawa Wola”. Zobaczyło jej ze 150 osób zanim je z forum wykasowałem. Niezbyt wielki sukces... Rok później przechodząc tamtędy ze zdumieniem zobaczyłem, że nie ma tam już parkingu. Całe boisko zostało zwrócone graczom w koszykówkę. Pięknie odmalowane słupki skutecznie bronią dostępu kierowcom niezależnie od ich statusu społecznego, ba nawet płci. Tak, to wtedy poczułem moc i jeszcze teraz trochę mnie trzyma. Poczułem się jak Superman, który zamienił na chwilę pracę w kopalni kryptonitu na zwyczajne fedrowanie. Wprawdzie tak na chłodno trudno mi jest dostrzec związek przyczynowo skutkowy między opublikowaniem zdjęć a działaniami podjętymi przez władze dzielnicy ale na razie staram się o tym nie myśleć. Boisko wygląda super. Ewentualni gracze muszą się jednak pospieszyć. Powoli tworzy się tam bardzo unikalny ekosystem i być może już wkrótce teren ten zostanie objęty programem Natura 2000. Tak czy inaczej po raz wtóry jestem dumny, z tego gdzie dane jest mi mieszkać!!!!!

środa, 29 lipca 2009

Francis Fukuyama głosem rozsądku, czyli Iran nie taki straszny...

Czasem jedno wydarzenie naznacza nas tak mocno, że mimowolnie staje się ono punktem wyjścia do myślenia o pewnych sprawach. W przypadku jednostek bywa to niszczące, tym poważniejsze konsekwencje ma jednak w przypadku zbiorowej traumy. Mama wrażenie, że wydarzenia z 4 listopada 1979 roku są właśnie takim punktem wyjścia dla Amerykanów o myśleniu o Iranie. To wciąż niezagojona rana, która niestety nie pozwala widzieć spraw takimi jakie są i prowadzi to błędnej polityki następujących po sobie amerykańskich administracji. W czarno białej wizji świata nie ma miejsca na przypominanie chociażby roli CIA w obaleniu rządu Mohammeda Mossadeka. Nic dziwnego, że Iran stawiany jest obok Korei Północnej i przypisywany do osi zła...
W tym kontekście zaskakuje trochę tekst Francisa Fukuyamy w The Wall Street Journal. Zestawienie Iranu z takimi autorytarnymi reżimami jak Rosja czy Wenezuela musi być dla wielu Amerykanów (i nie tylko) prawdziwym szokiem. Co jeszcze bardziej zaskakujące Fukuyama zdaje się przyznawać, że irańska droga modernizacji jest w regionie wyjątkowa ponieważ może prowadzić do umacniania się demokracji. Jak słusznie zauważa, silna rola religii również w społeczeństwach europejskich w pewnym momencie dziejów była normą. Wiele norm leżących u podstaw świeckich demokracji ma swoje źródła w religii co teraz niektórym trudno jest zaakceptować. Niemniej nie sprawy związane z religią mają zasadnicze znaczenie, wyjątkowość modelu irańskiego polega zdaniem Fukuyamy na tworzenie na wzór europejski czegoś co można określić jako rządy prawa. Spisana konstytucja określa dość szczegółowo zasady funkcjonowania państwa i co więcej w rozdziale III wymienia szereg wolności i praw obywatelskich. Nawet jeśli dodawana jest do nich formułka w stylu „chyba, że naruszają one zasady islamu” to istnieją one realnie. Szirin Ebadi może bronić opozycyjnych działaczy tylko dlatego, że art. 35 konstytucji każdemu daje prawo do wyboru adwokata a art. 37 zawiera dobrze nam znaną zasadę domniemania niewinności.. Protesty, które opisywałem w poprzednim wpisie wzięły się właśnie z przekonania, że złamane zostały prawa zawarte w islamskiej konstytucji...
Zaskoczył mnie Francis Fukuyama swoim tekstem. W sumie nie powiedział nic nowego to ze względu na swoje nazwisko i ugruntowaną pozycję w Stanach Zjednoczonych może on wpłynąć na zmianę polityki tego kraju wobec Iranu. Dotychczasowa moim zdaniem jest szkodliwa i rodzi skutki wprost przeciwne do zamierzonych. Agresywna polityka USA doprowadziła pośrednio do wzmocnienia pozycji kół militarnych, populistów pokroju Ahmadineżada i radykalnych duchownych. Wzmacnia również nastroje antyamerykańskie czy szerzej nacjonalistyczne i oddala szanse na dalszą demokratyzację. Nic nie jest tak dobrym powodem do ograniczania praw obywatelskich jak prawdziwe czy wyimaginowane zagrożenie zewnętrzne. Wszyscy doskonale znamy ten mechanizm... Mam nadzieję, że argumenty Fukuyamy zostaną przeanalizowane przez nową administrację amerykańską i wpłyną na jej nowy kurs wobec Iranu. Nie czas jeszcze na radykalne zwroty ale z pewnością dużo bardziej subtelna i umiejętna polityka jest niezbędna. Mogłaby być ona realizowana choćby poprzez współpracę z państwami europejskimi, które wobec Iranu zajmowały zawsze dużo bardziej trzeźwe i pragmatyczne stanowisko. Chłodne relacje administracji Baracka Obamy z aktualnym rządem Izraela dają nadzieję na przewartościowanie bliskowschodniej polityki amerykańskiej. Dotychczasowe działania okazały się nieskuteczne i tylko przyczyniły się do wzrostu napięcia w regionie. Czas więc na zmiany, również w polityce wobec Iranu, który przecież jest jednym z najistotniejszych elementów bliskowschodniej układanki...
------------------------
Przepraszam za swoją nikłą blogową aktywność. Nie jest to wynikiem wakacyjnego rozleniwienia, bardziej chyba wypalenia, które w pewnym momencie staje się udziałem każdego. Prędzej czy później dopada nas rzeczywistość i gryzie mocno w tyłek. W najbliższym czasie wpisy nie będą zapewne pojawiać się zbyt często, niestety muszę skupić się na tak trywialnej sprawie jak szukanie pracy. Kiedy w grę wchodzą obowiązki, przyjemności należy odłożyć na później...