poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Ana Moura w Warszawie, czyli o festiwalu Skrzyżowanie Kultur raz jeszcze...

Smęciłem ostatnio co niemiara, dziś więc dla odmiany będzie radośnie i optymistycznie. Nie może być inaczej ponieważ do Warszawy zjeżdża sama Ana Moura! To jedna z moich ulubionych wokalistek, nie tylko dlatego, że w dużej mierze to dzięki niej zapoznawałem się z fado jako takim. Oczywiście ten sentyment jest szalenie istotny ale nie na wiele by się on zdał gdyby nie jej fantastyczny głos. Teraz będę miał po raz pierwszy okazję posłuchać Anę Mourę na żywo. Tworzona przez nią muzyka, zresztą jak i całe fado ma bardzo emocjonalny charakter. Słuchając jej płyt można wniknąć w głąb siebie i poczuć emocje, których istnienia człowiek się nawet u siebie nie spodziewał. Na koncercie będzie można zobaczyć piękną kobietę emanującą wręcz własnymi emocjami, która co więcej bez problemu zaraża nimi innych. To tylko może jeszcze pogłębić odbiór jej muzyki oraz dać szansę na zupełnie nowe doznania...
Dlatego wszystkich zachęcam do przyjścia na koncert. Cena biletu jest mniej więcej taka jak tego do kina (raczej mniej) a to co w zamian dużo bardziej niezwykłe i rzadkie. Sam koncert odbędzie się za dwa tygodnie (14 września 2009), tuż przy Pałacu Kultury i Nauki. Bilety chyba jeszcze są, już co prawda nie online (sami sprawdźcie) ale w kasie Estrady przy Marszałkowskiej. Dodatkowym atutem będzie koncert Marcio Faraco, którego muzyki niestety nie znam zbyt dobrze. Po pobieżnym zapoznaniu się z nią mam jednak wielką ochotę na więcej. Wracając do Any Moury, warto jeszcze wspomnieć o jej pracy nad nowym albumem. Nie wiem czy to w jakiś sposób znajdzie swój wyraz na koncercie ale warto mieć nadzieję.
Skupiam się na jednym koncercie, który ma się odbyć jednego konkretnego dnia. Warto jednak dodać w tym miejscu, że odbędzie się on w ramach festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Trwać on będzie przez cały tydzień począwszy od 13 września (w Sali Kongresowej wystąpi wielka gwiazda festiwalu - Youssou N'Dour). Wystąpi naprawdę wiele ciekawych zespołów z różnych stron świata, tak jak na skrzyżowanie kultur przystało. Warto więc zapoznać się z programem festiwalu. To już jego piąta edycja i jak się wydaje ma się on świetnie. Mam nadzieję, że nie sprofesjonalizuje się na tyle by przenieść w całości z namiotu festiwalowego do Sali Kongresowej. Tymczasem u mnie staje się on już stałym punktem w kalendarzu. Ciekawe kto za rok? Może Mafalda Arnauth? Nie miałbym nic przeciwko temu...
Zdjęcie Any Moury zamieszczam za zgodą Jeronimo. Pochodzi ono z koncertu w Belgii, zainteresowanych obejrzeniem następnych zachęcam do odwiedzenia ich twórcy na flickerze. Można przez chwilę otrzeć się o to co może być naszym udziałem w Warszawie. Jeśli ktoś czytający ten wpis nie bardzo wie czym jest fado zachęcam do poszukiwań, również na moim blogu. Do zobaczenia na koncercie!

sobota, 15 sierpnia 2009

Poczułem w sobie moc...

Mój sąsiad w tajemnicy zdradził mi, że dziś wielkie święto. Ponoć sama Madonna ma zstąpić i z tej okazji zaśpiewać. Będzie okazja do wniebowzięcia, przynajmniej dla podpitych fanów. Z Madonną to nie wiadomo jeszcze, podobno znów z Żydami zaczęła się zadawać... Miejsce wybrała optymalnie, na lotnisku nic jej w tym zstępowaniu/wstępowaniu nie przeszkodzi. Pan prezydent podobno swój najlepszy garnitur otrzepał z naftaliny i chłopaków z okolicznych jednostek na plac zwołał, by żołdu za darmo nie przejadali i święto pomogli uczcić odpowiednio. Wystroili się panowie wojskowi, ordery poprzypinali i piersi dumnie powypinali. Brakuje tylko czołgów, które by rozjechały tak pieczołowicie ostatnio remontowane ulice.
Mam mały mętlik w głowie, w jakiś dziwaczny sposób miesza się religia, nacjonalizm (dobry czy zły, dziś mam to gdzieś) i kiepska rozrywka. Nie wiem tylko co ma jedno do drugiego, o ile wiem Madonna nigdy w armii nie służyła i poglądy miała raczej pacyfistyczne. Chyba, że ta cała ucieczka do Egiptu to wielka ściema, która miała ukryć jej pracę dla wywiadu. Nie pytam nawet którego, są tacy co takie rzeczy od razu wiedzą, ich pytajcie... Z pewnością mamy dziś jednak święto więc na wszelki wypadek wywieszam flagę, oczywiście Indii bo przynajmniej wiem co Hindusi właściwie dziś świętują...
Ale nie o tym miał być ten wpis. Jak zwykle mam problemy z proporcjami i cała para idzie w gwizdek/wstęp. Tak jak napisałem w tytule wpisu poczułem w sobie moc. Mniej więcej rok temu umieściłem na FotoForum GW dwa zdjęcia zrobione niedaleko miejsca, w którym przyszło mi doświadczać cudu jakim jest życie. Można było na nich zaobserwować boisko do koszykówki z chwiejącymi się na wietrze koszami. Z niezrozumiałych dla mnie względów (przecież w kosza gra się najlepiej na ubitej ziemi) miejscowa młodzież omijała to miejsce. W pewnym momencie jacyś dobrzy ludzie zaczęli w tym miejscu zostawiać samochody. Parking dobrze służył wielu osobom, pół boiska pozostawało do dyspozycji ewentualnych graczy. Samochody nie parkowały tam ponieważ najmniejsze opady deszczu zamieniały teren w bajoro. Drogie samochody, drogie buty, drogie skarpety... Nie bez powodu bogaci ludzie są bogaci.
Zdjęcia zatytułowałem „rewitalizacja według władz dzielnicy Warszawa Wola”. Zobaczyło jej ze 150 osób zanim je z forum wykasowałem. Niezbyt wielki sukces... Rok później przechodząc tamtędy ze zdumieniem zobaczyłem, że nie ma tam już parkingu. Całe boisko zostało zwrócone graczom w koszykówkę. Pięknie odmalowane słupki skutecznie bronią dostępu kierowcom niezależnie od ich statusu społecznego, ba nawet płci. Tak, to wtedy poczułem moc i jeszcze teraz trochę mnie trzyma. Poczułem się jak Superman, który zamienił na chwilę pracę w kopalni kryptonitu na zwyczajne fedrowanie. Wprawdzie tak na chłodno trudno mi jest dostrzec związek przyczynowo skutkowy między opublikowaniem zdjęć a działaniami podjętymi przez władze dzielnicy ale na razie staram się o tym nie myśleć. Boisko wygląda super. Ewentualni gracze muszą się jednak pospieszyć. Powoli tworzy się tam bardzo unikalny ekosystem i być może już wkrótce teren ten zostanie objęty programem Natura 2000. Tak czy inaczej po raz wtóry jestem dumny, z tego gdzie dane jest mi mieszkać!!!!!

środa, 29 lipca 2009

Francis Fukuyama głosem rozsądku, czyli Iran nie taki straszny...

Czasem jedno wydarzenie naznacza nas tak mocno, że mimowolnie staje się ono punktem wyjścia do myślenia o pewnych sprawach. W przypadku jednostek bywa to niszczące, tym poważniejsze konsekwencje ma jednak w przypadku zbiorowej traumy. Mama wrażenie, że wydarzenia z 4 listopada 1979 roku są właśnie takim punktem wyjścia dla Amerykanów o myśleniu o Iranie. To wciąż niezagojona rana, która niestety nie pozwala widzieć spraw takimi jakie są i prowadzi to błędnej polityki następujących po sobie amerykańskich administracji. W czarno białej wizji świata nie ma miejsca na przypominanie chociażby roli CIA w obaleniu rządu Mohammeda Mossadeka. Nic dziwnego, że Iran stawiany jest obok Korei Północnej i przypisywany do osi zła...
W tym kontekście zaskakuje trochę tekst Francisa Fukuyamy w The Wall Street Journal. Zestawienie Iranu z takimi autorytarnymi reżimami jak Rosja czy Wenezuela musi być dla wielu Amerykanów (i nie tylko) prawdziwym szokiem. Co jeszcze bardziej zaskakujące Fukuyama zdaje się przyznawać, że irańska droga modernizacji jest w regionie wyjątkowa ponieważ może prowadzić do umacniania się demokracji. Jak słusznie zauważa, silna rola religii również w społeczeństwach europejskich w pewnym momencie dziejów była normą. Wiele norm leżących u podstaw świeckich demokracji ma swoje źródła w religii co teraz niektórym trudno jest zaakceptować. Niemniej nie sprawy związane z religią mają zasadnicze znaczenie, wyjątkowość modelu irańskiego polega zdaniem Fukuyamy na tworzenie na wzór europejski czegoś co można określić jako rządy prawa. Spisana konstytucja określa dość szczegółowo zasady funkcjonowania państwa i co więcej w rozdziale III wymienia szereg wolności i praw obywatelskich. Nawet jeśli dodawana jest do nich formułka w stylu „chyba, że naruszają one zasady islamu” to istnieją one realnie. Szirin Ebadi może bronić opozycyjnych działaczy tylko dlatego, że art. 35 konstytucji każdemu daje prawo do wyboru adwokata a art. 37 zawiera dobrze nam znaną zasadę domniemania niewinności.. Protesty, które opisywałem w poprzednim wpisie wzięły się właśnie z przekonania, że złamane zostały prawa zawarte w islamskiej konstytucji...
Zaskoczył mnie Francis Fukuyama swoim tekstem. W sumie nie powiedział nic nowego to ze względu na swoje nazwisko i ugruntowaną pozycję w Stanach Zjednoczonych może on wpłynąć na zmianę polityki tego kraju wobec Iranu. Dotychczasowa moim zdaniem jest szkodliwa i rodzi skutki wprost przeciwne do zamierzonych. Agresywna polityka USA doprowadziła pośrednio do wzmocnienia pozycji kół militarnych, populistów pokroju Ahmadineżada i radykalnych duchownych. Wzmacnia również nastroje antyamerykańskie czy szerzej nacjonalistyczne i oddala szanse na dalszą demokratyzację. Nic nie jest tak dobrym powodem do ograniczania praw obywatelskich jak prawdziwe czy wyimaginowane zagrożenie zewnętrzne. Wszyscy doskonale znamy ten mechanizm... Mam nadzieję, że argumenty Fukuyamy zostaną przeanalizowane przez nową administrację amerykańską i wpłyną na jej nowy kurs wobec Iranu. Nie czas jeszcze na radykalne zwroty ale z pewnością dużo bardziej subtelna i umiejętna polityka jest niezbędna. Mogłaby być ona realizowana choćby poprzez współpracę z państwami europejskimi, które wobec Iranu zajmowały zawsze dużo bardziej trzeźwe i pragmatyczne stanowisko. Chłodne relacje administracji Baracka Obamy z aktualnym rządem Izraela dają nadzieję na przewartościowanie bliskowschodniej polityki amerykańskiej. Dotychczasowe działania okazały się nieskuteczne i tylko przyczyniły się do wzrostu napięcia w regionie. Czas więc na zmiany, również w polityce wobec Iranu, który przecież jest jednym z najistotniejszych elementów bliskowschodniej układanki...
------------------------
Przepraszam za swoją nikłą blogową aktywność. Nie jest to wynikiem wakacyjnego rozleniwienia, bardziej chyba wypalenia, które w pewnym momencie staje się udziałem każdego. Prędzej czy później dopada nas rzeczywistość i gryzie mocno w tyłek. W najbliższym czasie wpisy nie będą zapewne pojawiać się zbyt często, niestety muszę skupić się na tak trywialnej sprawie jak szukanie pracy. Kiedy w grę wchodzą obowiązki, przyjemności należy odłożyć na później...

czwartek, 25 czerwca 2009

Zielona rewolucja zmienia Iran

Ostatnie wydarzenia w Iranie przykuły uwagę całego świata. Ludzie wstrzymują oddech i niecierpliwie czekają na odpowiedź czy rewolucja zakończy żywot teokratycznego reżimu. Emocje przypominają trochę te towarzyszące wydarzeniom sportowym, albo uda się wygrać albo się przegra sromotnie. Rzeczywistość jest na szczęście dużo bardziej skomplikowana. Błędem jest interpretowanie sytuacji w Iranie tylko na podstawie obrazków z demonstracji czy wpisów na Twitterze. Z naszej perspektywy pewnie byłoby wspaniale, gdyby chodziło o obalenie rządów ajatollahów. Wielu komentatorów jest nawet trochę zdezorientowanych, kiedy okazuje się, że Musawi specjalnie od Ahmadinedżada się nie różni. Nie jest przecież łatwo opowiedzieć się za jednym zwolennikiem ideałów rewolucji z 1979 roku a potępić drugiego, który głosi do nich jeszcze większe przywiązanie. Dlatego niektórzy zdają się ignorować program Musawiego widząc w nim przede wszystkim przeciwnika rządzącego reżimu, inni zaś wrzucają obu kandydatów do tego samego worka i zdegustowani mówią, że to co się w Iranie teraz dzieje to nie żadna rewolucja ale walka frakcji w ramach obozu władzy...
Taki sposób postrzegania wydarzeń w Iranie bierze się moim zdaniem z niezrozumienia zachodzących tam przemian. Rewolucja z 1979 roku nie polegała na odrzuceniu zgniłych wzorców zachodnich, zarówno tych obyczajowych jak i ustrojowych oraz powrotowi do tradycji i stojącego za nią islamu. Może co najwyżej w sferze deklaratywnej, w rzeczywistości bardzo żywy był impuls modernizacyjny. Dziś nawet nie ma za bardzo sensu zastanawiać się jak w Iranie sytuacja ułożyłaby się, gdyby nie napaść Iraku. Bez wątpienia jednak w Iranie powstało coś nowego, wzorce zachodnie zostały przetworzone ale nie odrzucone do końca. Zachowano parlamentaryzm, wybory i część swobód obywatelskich. Nie ma nawet sensu porównywać np. sytuacji kobiet w Iranie i Arabii Saudyjskiej. Owszem, zamykane są gazety, ale wcześniej muszą one przecież powstawać. Kobiety zmuszane są do zasłaniania twarzy ale z drugiej strony korzystają z praw obywatelskich, studiują i uczestniczą w życiu społecznym na skalę nieporównywalną z innymi krajami islamskimi. Szirin Ebadi nie mogłaby prowadzić swojej walki zarówno w świeckiej Syrii czy wahabickiej Arabii Saudyjskiej. Rewolucja z 1979 roku nie tylko stworzyła w Iranie teokrację ale również doprowadziła do powstania demokracji. Owszem bardzo ułomnej i ograniczonej... Niemniej funkcjonującej i cieszącej się poparciem większości.
Zielona rewolucja nie jest jak tego chciałby zachód skierowana przeciwko irańskiej wersji demokracji. Wręcz przeciwnie, u źródła protestów leży złamanie jej zasad. Sfałszowanie wyborów to cios bez porównania większy dla przeciętnego Irańczyka niż śmierć jakiegoś studenta makrsisty czy zamknięcie niszowego pisemka. Protesty są aż tak bardzo gwałtowne, bo ludzie czują się oszukani. Dotychczas istniejące instytucje przestały wypełniać swoją rolę. To co się teraz dzieje to rzecz szalenie istotna. Na naszych oczach ulega delegitymizacji system stworzony przez ajatollahów. O ile w latach 90-tych protesty wynikały z przekonań politycznych to teraz idzie o przestrzeganie reguł politycznej gry. Linia podziału nie przebiega już pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami zbliżenia z zachodem czy rozszerzania wolności obywatelskich. Irańczycy przywiązani są do swoich instytucji, są wręcz z nich dumni bo dzięki nim czują się lepsi, bardziej moralni od zachodu. Niezależnie od wyznawanych poglądów politycznych (oczywiście oprócz fanatycznych zwolenników Ahmadinedżada) postępowanie władz nie może budzić w nich poparcia. 
Ma rację Adam Szostkiewicz pisząc na swoim blogu, że to co się dzieje teraz w Iranie to „moralna kompromitacja republiki islamskiej”. W moim przekonaniu nieodwracalna. Zbyt wiele osób popierających system wyszło upomnieć się o swoje racje i zostało potraktowanych jak wrogowie rewolucji, zdrajcy czy zwykli chuligani. Na tak masowe poparcie obywateli jak dotąd reżim nie ma co już liczyć. To znacznie przyspieszy powstanie opozycji antysystemowej. Ci, którzy łudzili się, że można zreformować system od środka przekonali się, że nie będzie to możliwe. W jak każdej rewolucji doszło do radykalizacji nastrojów i chociażby dlatego można mówić o przełomie. Patrząc na zdjęcie Nedy Agha Soltan nawet zwolennicy tradycyjnych islamskich wartości czuja, że coś jest nie tak. Podział na „my społeczeństwo” i „oni władza” stał się dzięki zielonej rewolucji czymś oczywistym. Prysł mit rządów dobrotliwych i prawych duchownych, którzy w swoich decyzjach kierują się dobrem ogółu. To początek końca islamskiej republiki, końca który może nastąpić najwcześniej dopiero za dekadę lub dwie...
Zdjęcie zamieszczone dzięki parseha. Zapraszam do obejrzenia całej galerii.

wtorek, 9 czerwca 2009

Powyborcze przygnębienie, czyli układ ma się dobrze...

Kampania tocząca się przed wyborami do Parlamentu Europejskiego nie wzbudziła u mnie wielkich emocji. Wszystko było jakieś takie przewidywalne i pozbawione blasku. Nie dziwi więc fakt, że i wyniki podane już oficjalnie przez PKW również nie sprawiają, że krew krąży szybciej w żyłach. Wszystkie ważne pytania dotyczące przyszłości naszej polityki właściwie pozostały bez odpowiedzi. Żadna z biorących udział w wyborach partii politycznych nie osiągnęła swoich celów. Platforma nie zdołała osiągnąć takiej przewagi, która gwarantowałaby w przyszłości samodzielne rządy a nawet dokonywanie zmian w konstytucji bez konieczności dogadywania się z PiS. Właściwie nic się nie stało, bo poparcie dla PiS w granicach 25% gwarantuje PO pozostanie u władzy. Niemniej zdobycie mniej niż 50% głosów to jednak prestiżowa porażka, tym bardziej, że sytuacja gospodarcza może skutecznie utrudnić powtórzenie takiego wyniku w wyborach parlamentarnych.
Również PiS nie ma powodów do zadowolenia. Nie zdołał nawiązać walki z Platformą (i procentowo mimo wszystko sporo stracił) a co więcej swoją radykalną kampanią wyborczą zniechęcił wielu do popierania tej partii w przyszłości. Można się domyślać, że gdyby Jarosław Kaczyński i jego partia nadal posiadała telewizję publiczną to wynik byłby jeszcze gorszy. A tak jednak parę głosów więcej na PiS padło, jakoś przecież rządowi „żółtą kartkę” pokazać trzeba. A to dobry moment, wybory do PE nie są aż tak ważne i można dać wyraz swoim emocjom. Chłodniejsza kalkulacja będzie miała miejsce przy urnie w roku 2011. Bez radykalnych zmian PiSowi przypadnie rola podobna do tej jaką odgrywała Partia Komunistyczna we Włoszech w okresie od końca II wojny światowej do początku lat 90-tych. Rozumie to Zbigniew Ziobro i stąd jego wyjście przed szereg i w konsekwencji złośliwości Jarosława Kaczyńskiego. Wątpię więc by miał rację Michał Karnowski, w PiS nie mają więcej powodów do świętowania niż w PO. Jeśli jest tam ktoś zdrowo myślący (a okazuje się, że o zgrozo chyba tak) to zamiast radości pojawi się u niego raczej depresja zrodzona z niemożności dogonienia PO i poszerzenia elektoratu o nowe grupy społeczne.
Na lewicy również dostrzegam więcej powodów do żałoby niż radości. Pozycja SLD niewątpliwie uległa wzmocnieniu, niemniej zgadzam się z Aleksandrem Kwaśniewskim, że bez otworzenia się na nowe środowiska partia ta nie ma szans na włączenie się do walki o władzę. A nie będzie to łatwe, nie tylko z powodu transferu Wojciecha Olejniczaka (być może tak jak Zbigniew Ziobro planuje z Brukseli powrót na białym koniu), który lansował ideę „szerokiego frontu” co nowych głębokich rowów wykopanych przez te wybory pomiędzy SLD a Centrolewicą. Czyli czeka lewicę to co już prognozowałem na tym blogu, wielka stagnacja i oddalanie się szans na stworzenie alternatywy dla rządzącej Platformy. Jeszce gorsze nastroje niż w SLD panują w Centrolewicy, oddala się bowiem nadzieja na rzeczywistą odnowę lewicy. Wyborcy woleli zagłosować na upapraną markę niż interesujących ludzi z ciekawymi pomysłami na Polskę. Pośrednio potwierdzając tezę, że głosujemy na partie polityczne a nie ludzi, a zmiana systemu wyborczego na większościowy, traktowana jako remedium na całe zło polskiej polityki to iluzja.
Powodów do radości nie ma również PSL. Nie ma jednak również zbyt wielu powodów do smutku. Mógłbym przekornie powiedzieć, że rolnicy poparli go nie idąc do urn. Ambicje PSL nie są i nie mogą być tak duże jak PO, PiS czy nawet SLD. Uzyskany wynik nie jest więc powodem do żałoby. Do zmartwień już tak, bo mimo wszystko poparcie było mniejsze niż w ostatnich wyborach. To co powinno martwić ministra Pawlaka, który przecież nieprzypadkowo zajął się całą gospodarką a nie tylko rolnictwem to zmniejszające się poparcie dla PSL w miastach. Strategia mająca na celu poszerzanie elektoratu o drobnych miejskich przedsiębiorców nie skutkuje, ci zdają się nadal wybierać PO.
Pozostałe partie oczywiście mają jeszcze mniej powodów do radości. Nie przekroczyły nawet progu 3%, który w przypadku wyborów parlamentarnych dawałby chociaż gwarancje na pieniądze z budżetu. Co istotne nie udało się to nawet przy tak niskiej frekwencji wyborczej, która raczej promuje mniejsze ale bardziej wyraziste partie polityczne. Nikt poniżej progu wyborczego (może poza Centrolewicą ale w tym momencie trudno jest sobie wyobrazić odnowę lewicy bez SLD) nie ma już zbyt dużych szans na samodzielne zaistnienie na scenie politycznej. 
Analizując wyniki wyborów można odnieść wrażenie, że system partyjny wreszcie się ustabilizował. Są tacy, którzy przyjmą to z radością, zniknęły przecież partie skrajne i nieodpowiedzialne takie jak LPR czy Samoobrona. Moim zdaniem jednak zupełnie inaczej, istniejący system jest nienaturalny. Wyłonił się on w dziwacznych okolicznościach, swoistej populistycznej kontrrewolucji skierowanej przeciwko instytucjom III RP oraz elitom, które przyczyniły się do ich powstania. Dwie największe dziś partie łączy przecież mniejsza lub większa niechęć do przeszłości i chęć stworzenia czegoś doskonalszego. System partyjny jest dziś wyrazem tych niespełnionych aspiracji. Sprawia tylko pozory stabilności, gdy tymczasem zasadne jest raczej mówienie o "stabilizacji niestabilności".
Swoiste zablokowanie systemu uniemożliwia zakończenie „szopki projektu IV RP” i pójście do przodu. Dominujące partie polityczne są echem „wojen” toczonych kilka lat temu, nie są w stanie zaproponować niczego nowego. Na razie jeszcze potrafią manipulować emocjami społecznymi, ale ich działania coraz bardziej zdają się abstrahować od problemów współczesnej Polski. Być może PO będzie w stanie w sposób ewolucyjny poprzez swoją „pragmatyczną do bólu” politykę doprowadzić do pojawiania się istotnych dla społeczeństwa nowych wątków. Niemniej coraz więcej osób zdaje się mieć poczucie, że to co oferują nam teraz partie polityczne jest dziwaczne i wtórne. Zacementowano pewien chory układ, który jak pokazują wybory do PE niestety nie uległ nawet nadkruszeniu. Dlatego nie dziwę się nie tylko swojemu brakowi entuzjazmu. Polacy nic się nie stało... niestety!!!

niedziela, 31 maja 2009

Normandia nie dla Lecha Kaczyńskiego, czyli o osamotnieniu naszego prezydenta...

Front wrogich sił zagęszcza się wokół naszej udręczonej rządami PO ojczyzny. Najpierw Niemcy, ci już są blisko tego by domagać się od rządu polskiego zapłacenia zaległego żołdu żołnierzom Wehrmachtu, uzasadniając to tym, że ci przecież walczyli na terytorium Polski. Teraz dołączyli Francuzi, którzy z niewiadomych powodów uparli się by nas upokorzyć i nie zaprosili naszego sympatycznego prezydenta na obchody 65 rocznicy lądowania aliantów w Normandii. Wrogowie jedynej słusznej sprawy, marne robaki, które w wyniku ewolucji utraciły narodową dumę a w zamian zyskały większe mózgi będą się pewnie z tego cieszyć. Być może porównają to do zmiany repertuaru w kabarecie. Stary, mimo że śmieszny już zdążył się wszystkim znudzić. Teraz dzięki decyzji Francji jest nadzieja, że chociaż przez tydzień będzie można usłyszeć najśmieszniejsze postacie polskiej polityki w nieco zmodyfikowanym repertuarze...
Oburzeniu będzie pewnie towarzyszyć zdziwienie. Jak Francja mogła mam coś takiego zrobić... Smutna prawda jest jednak taka, że prezydent Kaczyński uczciwie sobie zapracował na swoją markę, nie tylko w kraju ale i za granicą. Niewielu traktuje go już jako reprezentanta całego polskiego narodu. Jest liderem największego ugrupowania opozycyjnego, człowiekiem nieprzewidywalnym, który raz entuzjastycznie składa podpis pod czymś dla UE szalenie istotnym a potem dla doraźnych celów politycznych i dobra swojego ugrupowania odmawia zrobienia tego po raz drugi. Jego słowa i czyny (czasem jego brata ale z daleka to nie ma znaczenia) sprawiają, że w większości europejskich stolic darzony jest antypatią. Takie postrzeganie wzmacnia całkowity dyletantyzm Lecha Kaczyńskiego, który będąc tak mocno przywiązany do swoich poglądów nie zamierza pogłębiać swojej wiedzy nawet w kluczowych dla polskiej polityki zagranicznej sprawach. Negocjacje z nim są więc szalenie trudne bo dyplomaci innych państw zamiast zajmować się konkretami muszą zabawiać się wcześniej w nauczycieli. I do tego bez nadziei, że uczeń czy jego bezpośrednie zaplecze cokolwiek pojmie... Zabieganie o jego względy również nie ma sensu z innego powodu. Z powodu permanentnego konfliktu z rządem wokół spraw związanych z polityką zagraniczną w większości europejskich stolic wiedzą, że to rząd podejmuje rzeczywiste decyzje. Prezydent niezdolny do kompromisu nie może skutecznie wpływać na podejmowane przez niego działania. Z tego punktu widzenia próby rozmów z nim są tylko stratą czasu. 
W tym kontekście nikogo nie powinien dziwić brak zaproszenia Lecha Kaczyńskiego na uroczystości w Normandii. Jeśli dochodzi do spotkania, na które nie zostaną zaproszeni wszyscy to z wielkim prawdopodobieństwem można przypuszczać, że nie będzie na nim naszego prezydenta. Winy nie doszukiwałbym się jednak we Francji. Lech Kaczyński poprzez nieudolne i sprzeczne z duchem konstytucji pełnienie urzędu prezydenta doprowadził do sytuacji, w której nie może już efektywnie wypełniać swoich funkcji. Również na zewnątrz... Nie może być ignorowany ponieważ nikt nie jest w stanie przewidzieć rozwoju sytuacji politycznej w Polsce. Nie jest jednak traktowany jako partner, bardziej postrzegany jest jako zło, które trzeba tolerować. O ile interes państwa tego nie wymaga kontakty z prezydentem Kaczyńskim nie są podejmowane. Drobne złośliwości są nawet wskazane ponieważ podobają się aktualnemu rządowi co później może ułatwić wzajemne kontakty. Prezydent Kaczyński skazany jest przynajmniej do końca kadencji (może się to zmienić jeśli wygra ponownie wybory) na towarzystwo politycznych outsiderów, takich jak ekscentryk Klaus lub oskarżany o autorytarne zapędy Saakaszwili. Może tylko trwać i walczyć o głosy dla PiS co tylko jeszcze będzie pogłębiać jego osamotnienie. A tak swoją droga ciekawe czy obrażona brakiem zaproszenia czuje się królowa brytyjska...

piątek, 8 maja 2009

Kraków vs. Gdańsk, czyli o odwiecznej walce dobra ze złem...

W takie wiosenne dni jak ten dzisiaj lubię sobie siedzieć przy oknie i patrząc na mknących donikąd ludzi zastanawiać się kto zwycięży w walce wszech czasów, Ormuzd ze swoją kurzą ślepotą czy Aryman cierpiący dla odmiany na światłowstręt. Walczą tak sobie od początku świata i żaden nie uzyskuje znaczącej przewagi. Gdy jeden odzyska instytut prawd ostatecznych drugi natychmiast zawładnie ministerstwem racji bezspornych. Walka pewnie nieprędko się zakończy. Jedno jest pewne, Aryman to zupełne przeciwieństwo Ormuzda. Różni ich wszystko, jeden jest dobry drugi zły, jeden piękny drugi brzydki (jeden mądry drugi głupi?). W dawnych wiekach ludzie bardzo łatwo ich rozróżniali. Ten z rozwianym włosem siedzący na górze, zawsze przy włączonym świetle to Ormuzd, zaś ten ekscentryczny, stroniący od innych i zamieszkujący w otchłani to Aryman. Potem niestety nie do końca zdając sobie nawet sprawę ze swojego czynu Machiavelli napisał Księcia i się zaczęło...
Niemal z dnia na dzień stało się jasne, że skoro nie wszystko jest takie jak się wydaje to tym bardziej nie wszystko musi się wydawać takie jakie jest. Zaraz potem pojawili się artyści słowa, którzy za niewielkie pieniądze zaczęli kreować rzeczywistość zgodną z zamówieniem klienta. Zarówno Aryman jak i Ormuzd zawsze byli na bieżąco z wszelkimi nowinkami, wiadomo wojna wzmaga czujność. Szybko więc skorzystali z najlepszych agencji PR-owskich. W sumie to nic niezwykłego, dzielą przecież między siebie świat, zarówno ten duchowy ale i materialny. Z pewnością więc ich było na to stać...
Bardzo szybko obaj zmienili swój image, Aryman wziął kilka wizyt u psychoanalityka, poszedł na solarium, założył przeciwsłoneczne okulary i zaliczył korespondencyjnie kurs savoir-vivre'u. Ormuzd poddał się laserowej korekcie oczu, potem by zobaczyć jak wyglądają problemy zwykłych ludzi i pozbyć się tak nie lubianej przez innych wyniosłości obejrzał retrospekcję filmów Chucka Norrisa. Następnie wybrał się do centrum handlowego by kupić jakieś markowe ciuchy, ponieważ te, które dotąd nosił swoim nazbyt orientalnym wyglądem mogły wywołać zainteresowanie Urzędu do spraw Cudzoziemców. Przy okazji poduczył się codziennego języka i dowiedział o istnieniu jakiegoś lokalnego proroka Ferdka Kiepskiego.
Po takiej zmianie wizerunku mogli spokojnie przystąpić do dalszej walki. Niestety po tej przemianie ludzie nie są już w stanie ich odróżnić. Kto dziś patrząc w oczy Donalda Tuska może z czystym sumieniem powiedzieć, że należy on już do królestwa Arymana? Czy sprawność w wysławianiu się może świadczyć o związku prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Ormuzdem? Skoro zło może wyglądać jak dobro ale nie musi to jak je można jednoznacznie zidentyfikować? Oczywiście są ludzie wielcy duchem, podobni do żydowskich proroków czy islamskich sufich, którzy dzięki intuicji od razu wiedzą kto jest kim. Niestety my zwykli śmiertelnicy, o których jestestwo Ormuzd i Aryman toczą jeszcze swoją wojnę nie mamy stosownych instrumentów by zweryfikować prawdziwość ich słów. 
Mnie osobiście strasznie to męczy, skąd mam wiedzieć gdzie zgromadzą się Ci dobrzy 4 czerwca? Za kim mam się opowiedzieć w najbliższych wyborach? Czy postępując zgodnie z ustawami uchwalonymi przez PO (np. dotyczących ruchu drogowego) popadam w niewolę Arymana czy odwrotnie staję po stronie dobra? Sporo ludzi zadaje sobie podobne pytania w kraju nad Wisłą. Od odpowiedzi na nie zależy przecież nasza dalsza egzystencja. I czuję się trochę bezbronny ponieważ nie wiem jak w takiej sytuacji mogę dokonać rozsądnego wyboru. Wszystko staje się sprawą wiary, zarówno słudzy Ormuzda jak i Arymana nic innego nie robią tylko krzyczą: to my jesteśmy ci dobrzy, chodźcie do nas. W która stronę więc należy podążyć by nie pogrążyć się w ciemności na wieki...
Decyzja jest trudna ale powoli nabieram przekonania, że wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku. O wyborze zadecyduje przypadek, jak to w życiu gdzie nie sposób niczego przewidzieć. Optymizmem napawa mnie jednak coś innego. Dotąd walka między Ormuzdem i Arymanem przebiegała w każdym człowieku z osobna. To strasznie komplikowało sprawę i co najgorsze wywoływało powszechne zniechęcenie. Najczęściej bowiem nie można było wskazać jednoznacznie zwycięzcy. Teraz granice zaczynają przebiegać zupełnie inaczej. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie gdzie będzie się świętować rocznicę 4 czerwca. Ci w Gdańsku będą przynależeć do Ormuzda, albo Arymana... A Ci w Krakowie... w sumie nie jest to ważne do kogo, chodzi tylko o dokonanie wyboru. O jego konsekwencjach przecież i tak się przekonają na własnej skórze. Ale kto by się tym teraz przejmował... Wiara daje siłę i wyklucza popełnienie błędu. Wierzcie więc rodacy i wybierajcie. Ja tymczasem posiedzę sobie jeszcze przy oknie i popatrzę na zachodzące słońce.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Anna Fotyga sumieniem narodu, czyli dajcie jej wreszcie jakąś pracę...

„Człowiek o moim życiorysie jest naprawdę głęboko poraniony przyglądaniem się temu, co się dzieje z polską polityką zagraniczną”.
Anna Fotyga

Dopadła mnie mała depresja... Przyroda dosłownie eksplodowała czym nieuchronnie przypomina mi o cyklu życia. Znów się coś skończyło i zaczyna coś na nowo a ja jako „pielgrzym” na tej ziemi mam znów mniej czasu by odpowiedzieć sobie na pytania kłębiące mi się w głowie. Nawet nie takie zasadnicze dotyczące sensu istnienia czy kondycji ludzkiej bo na nie odpowiedzi raczej niestety nie ma ale takie przyziemne, gryzące w tyłek i zatruwające codzienną egzystencję. Doskonałym przykładem jest pytanie o nieustającą obecność pani Anny Fotygi w życiu publicznym. Tak, wiem niektóre zjawiska najlepiej ignorować i iść do przodu ale jak to robić skoro w mediach co jakiś czas była szefowa MSZ przypomina o sobie wypranymi z sensu działaniami. Irytacja powraca, podobnie jak pytanie o to co tacy ludzie jeszcze w polskiej polityce robią...
Przymioty intelektualne i osobowość byłej pani minister predestynują ją do objęcia funkcji bibliotekarki w jakieś uroczej małej miejscowości, w której mogłaby z właściwym sobie wdziękiem polecać tanie romanse i raz w miesiącu organizować kursy tańca portugalskiego. Okazuje się jednak, że dzięki odpowiednim znajomościom ciągle wraca i budzi na przemian śmiech i przerażenie. Trochę ją za to podziwiam bo niewiele osób jest w stanie w sposób tak całkowity ignorować wszystkie zarzuty jakie padają pod jej adresem. Co więcej, zamiast na nie odpowiadać woli atakować w ten sposób przykrywając własną niekompetencję. Wygląda to trochę groteskowo ale odnosi skutek. Wierni obrońcy dobrej bo naszej pisowskiej wizji świata będą znów mówić o nienawiści do swojej partii a pozostali śmiać się do rozpuku z tego przejawu „dyzmizmu” w polskiej polityce.
Wypowiedź pani minister przytaczana przeze mnie na początku wpisu doskonale oddaje jej talenty dyplomatyczne. Starając się o stanowisko, z własnej przecież i nieprzymuszonej woli, z pełnieniem którego przecież wiąże się realizowanie polityki konstytucyjnego rządu demonstracyjnie podkreśla jak bardzo się z nią nie zgadza. Rodzi się w mojej głowie pytanie, czy zatem nie była świadoma faktu, że ambasadorowie realizują wytyczne rządu? Czy jako „niezależny fachowiec” i „dyplomata” nie rozumie reguł gry? Być może to tylko głupota i przywiązanie do pisowskich szablonów, które wymuszają krytykę PO nawet jeśli rozmawia się o pogodzie. Swoim zachowaniem przekreśla jednak pewien układ, który jak się wydawało zawarł rząd z prezydentem. Czy chciał tego któryś z ośrodków? Sam szczerze wątpię, Anna Fotyga może jednak spać spokojnie. Na herbatce u głowy rodu Kaczyńskich „powie prawdę” jak bardzo była poddana presji. W sumie to zrozumiałe, że nie wytrzymała i powiedziała prawdę... Jak można pytać kobietę, tak kobietę o to jak zamierza pełnić swoją funkcję. Przecież prezydent przyklepał już jej nominację a tu jeszcze upokarzają wykazując niekompetencje. Sam bym dowalił...

środa, 15 kwietnia 2009

O kwintesencji wolności...

W odległych czasach, kiedy słowa i gesty znaczyły jeszcze coś więcej niż teraz, za pokazanie faka można było mieć połamanego palca i parę żeber na dokładkę Te dość atawistyczne i prymitywne zachowania zostały już na szczęście wyeliminowane w naszym dynamicznie i nieustannie rozwijającym się społeczeństwie. Są jeszcze jednak takie miejsca, gdzie cywilizacja nie sięga. Między innymi na warszawskiej Woli, gdzie jest mi dane mieszkać. Są tu jeszcze takie nieliczne enklawy, gdzie za wyciągnięty środkowy palec ląduje się na miesięcznym „urlopie” poprzedzonym wizytą w jednym z świetnie wyposażonych stołecznych szpitali. Na szczęście budowane tu zamknięte osiedla i biurowce ze szkła i stali tworzą nieubłaganie nowy ład, w którym nikt o faka się nie obraża a jego pokazywanie należy wręcz do dobrego tonu. Cywilizacja nadchodzi tak samo nieubłaganie jak komunizm u Marksa. Nie ma przebacz...
Powinienem być więc chyba zadowolony bo ostatnio wszędzie widzę faka, co nieomylnie świadczy o tym, że już na dobre dołączyłem do cywilizowanej części świata. Naprawdę jest mi miło, bo zawsze towarzyszy mu uśmiech. Kiedy robi to ktoś z rodziny i dorzuca dowcip z sitcomu to się chce takiego kogoś uściskać. Do wielkiego środkowego palca wyrastającego gdzieś na Gocławiu aż się chce człowiek pomodlić. W czasach, kiedy od treści ważniejsza staje się forma fak jawi się jako coś cudownie lekkiego i błyskotliwego. Człowiek, który używa środkowego palca musi być zajefajny, bo łączy w sobie luz z asertywnością. Nie boi się dokonywać wyboru, szczególnie w kwestii komu pokazać faka a komu nie.
Nie inaczej jest w blogowym światku. Wszyscy wszystkim pokazują faki i dzięki temu wiadomo co jest zajefajne a co nie. Strasznie to ułatwia życie, bo można aż się pogubić od tych wszystkich blogów i blogerów. A tak gdy zajrzysz na bloga i zobaczysz las faków to wiesz, że nie ma po co tu zaglądać. Niestety ostatni zajrzałem do siebie i dokładnie to zobaczyłem. Właściwie to się nawet ucieszyłem, bo dzięki tym wszystkim przyjacielskim fakom wiem, że podążam w złą stronę i poruszam na blogu nieodpowiednie tematy. Mam czas na autorefleksję i zastanowienie się nad tym co muszę zrobić by być zajefajnym. Spełnianie oczekiwań wszystkich wbrew pozorom to trudne zadanie, ale czego nie zrobi człowiek by zamiast nawet najbardziej przyjaznego faka zobaczyć wyciągniętego w górę kciuka...
W swoich poszukiwaniach szukałem natchnienia w analizie danych jakie dostarcza najnowszy sondaż CBOS. Zaskoczył mnie on niepomiernie, okazało się bowiem, że Polacy oceniają źle niemal wszystko i wszystkich. Zacząłem żałować, że nie brałem w nim udziału osobiście. Na wszelki wypadek wyciągam jednak rękę i pokazuję faka prezydentowi (wraz z 68% rodaków), Sejmowi (72%), IPN (44%) a nawet NBP (29%). Idę nawet dalej, macham środkowym palcem do premiera, szefa OSP, księdza proboszcza, feministek, anarchistek i harcerek. Również europosłom, żałując trochę, że nie należę do grupy wyborców, którzy nie znają z imienia i nazwiska ich ani jednego przedstawiciela. I wreszcie czuję się wspaniale, bo rozumiem, że bezkarne prawo do pokazywania faka to esencja wolności. Mam wszystko gdzieś bo to moje środkowe palce są najważniejsze. Dlatego nie wiem, czy powstaną na blogu jeszcze jakieś wpisy. Zamiast poddawać się osądowi innych sam wolę sądzić. Ze znudzona miną pokazywać faki na prawo i lewo. I niech mi ktoś powie, że nie jestem zajefajny...

niedziela, 5 kwietnia 2009

Neoliberalizm zdekonstruowany, czyli o tym dlaczego alterglobaliści siedzą w domach...

Zadawanie pytań jest rzeczą chwalebną, nawet gdy nie są one najmądrzejsze. Świadczy bowiem o chęci lepszego zrozumienia otaczającego nas świata. Nic, tylko przyklasnąć. Niestety w swoim tekście na temat alterglobalizmu Rafał Woś nie ogranicza się do zadawania trochę niemądrych pytań ale stara się również udzielać na nie odpowiedzi. Co najbardziej razi zdaje się zupełnie nie przyjmować do wiadomości słów osób, które cytuje. Chociaż i tak nie jest w sumie źle. Jeśli sobie przypomnieć kuriozalny, pełen uprzedzeń i stereotypów tekst Janusza Lewandowskiego w GW, dla którego alterglobaliści to zadymiarze i idioci to widać wyraźny postęp. Rafał Woś nie idzie na łatwiznę i nie przeprowadza dowodu w stylu „liberalizm jest tak głupi jak najgłupszy zwolennik UPR”. Dobre i to, chociaż trochę mnie martwi nasze (tj. Polaków) niezrozumienie procesów zachodzących na świecie.
Czy więc autor myli się i alterglobaliści nie stracili pazurów? Przecież jak sam zauważa „kryzys sprawił, że ich postulaty są nośne jak nigdy dotąd”. Dlaczego więc nie niszczą McDonaldów, nie demolują centrów handlowych i nie podpalają banków. Przecież kryzys takie działania by usprawiedliwiał, tworzył dla nich dogodny klimat... Nie wiem dlaczego u nas tak uparcie sprowadza się alterglobalizm do zadym w Seattle czy Genui a ignoruje zupełnie intelektualne zaplecze tego ruchu. W cieniu różnych szczytów i spotkań w zaciszu sal konferencyjnych toczyły się niezwykle płodne dyskusje na temat problemów współczesnego świata. Teraz w dobie kryzysu świat bez wahania sięga po wypracowane tam recepty. Alterglobaliści nie muszą już protestować przeciwko prowadzonej przez wielkich tego świata polityce, bo w dużej mierze uwzględnia ona ich postulaty. Ich punkt widzenia na temat gospodarki i słabości neoliberalizmu zaczyna być akceptowalny od lewicy po prawicę. Już niemal wszyscy dostrzegają potrzebę zwiększenia kontroli nad rynkami finansowymi. Wielkie korporacje, dotąd traktowane jako finalny produkt wolności gospodarczej teraz budzić zaczynają mieszane uczucia...
Z punktu widzenia alterglobalistów wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku. Wybór na prezydenta Baracka Obamy daje nadzieję na politykę międzynarodową opartą na kompromisie i poszanowaniu głosu całej społeczności międzynarodowej. Co więcej prowadzoną w zgodzie z prawem międzynarodowym i bez łamania praw człowieka, której symbolem jest Guantanamo. Zaczyna się coś zmieniać jeśli chodzi o ochronę klimatu. USA nie jest już wielkim hamulcowym procesu zmniejszania emisji CO2. Świat zaczyna dostrzegać konieczność inwestowania w technologie nie oparte na surowcach kopalnych i przez to przyjazne środowisku naturalnemu. Alterglobalistom udało się również „załatwić” szereg istotnych spraw, niezwykle ważnych lokalnie. Takich jak chociażby sprawa tańszych leków dla nosicieli wirusa HIV w Afryce. Ostatnio czyni się dużo by relacje między bogatą północą a biednym południem były bardziej sprawiedliwe. Symptomatyczne niech będzie przyjęcie przez Bank Światowy postulatów alterglobalistów w sprawie równego dostępu biedniejszych krajów do handlu towarami rolnymi. Dla świata to prawdziwa rewolucja, niestety dużo mniej spektakularna niż ta polegająca na niszczeniu witryn sklepowych... 
W tym kontekście oczekiwania na spektakularne akcje świadczy o braku elementarnej wiedzy. Alterglobaliści już od dawna są zapraszani „na salony”, a nie jak chce tego Rafał Woś „kokietowani” przed szczytem. Co więcej wystarczy obejrzeć zdjęcie przywódców z londyńskiego szczytu by zobaczyć, że biorą w nim udział przywódcy w taki czy inny sposób z alterglobalizmem związani. Świat aktualnie przeżywa coś na kształt „alterglobalistycznej rewolucji świadomości” na nowo określając cele cywilizacyjne.
Następną rzeczą, która mnie trochę irytuje w tekście Rafała Wosia jest jakieś dziwaczne przeświadczenie, że alterglobaliści powinni stać się ruchem/partią polityczną i zacząć sami wprowadzać w życie swoją „ideologię”. Rozdrobnienie ruchu na wiele bardzo różnych organizacji pozarządowych, które zajmują się do tego bardzo różnymi sprawami jest dla niego „grzechem” i wyrazem słabości. Nie wiem skąd się bierze takie myślenie. Być może ma źródła w oczekiwaniu na ukształtowanie się zupełnie nowej siły, która byłaby alternatywą dla kapitalizmu. Niechęć do podejmowania takich inicjatyw przez alterglobalistów nie wynika jego zdaniem z niczego innego jak tylko braku ambicji. Zresztą same zapewnienie, że alterglobalizm skupia się na krytyce kapitalizmu w jego neoliberalnej wersji a nie wolności gospodarczej brzmi w uszach autora jakoś tak mało ambitnie... Zamiast tego wolałby on by alterglobaliści byli scentralizowaną siłą, z jasną wizją wizją „nowego, lepszego świata”. Rozczarowanie autora zdaje się być wielkie bo naiwnie na sam koniec ubolewa, że nie mają nawet „w szufladzie jednego gotowego projektu naprawy świata”.
Nie rozumie on, zresztą jak wielu w tym kraju, że alterglobalizm przeciwstawiając się centralizacji i uniformizacji nie może stać się nową wielką ideologią porządkującą w sposób absolutny myślenie o świecie. To raczej wielogłos, niespójny i pełen sprzeczności. Konglomerat spraw ważnych dla lokalnych społeczności , które przez postępującą globalizację stają się ważne dla nas wszystkich. Alterglobalizm to raczej pewien rodzaj wrażliwości niż określone poglądy polityczne. Ruch rodził się przecież nie tylko jako wyraz protestu przeciwko prawicy ale również kontestacja lewicy. Swoje cele określa bardzo często w sposób bardzo wąski i pragmatyczny. Cytowany przez Wosia Jonathan Spencer mówi wprost, że celem organizacji alterglobalistycznych jest” naprawiania świata wokół siebie”. Wielogłos jest wartością. Dla wielu dziś to „neoliberalizm” jest ostatnią ideologią. Oczekiwanie, że krytycy dogmatycznego neoliberalnego myślenia muszą być tacy sami jest cokolwiek nie na miejscu. Oczywiście są i tacy, nikt nie wydaje karty alterglobalisty. Obok obrońców praw człowieka nierzadko stoją komuniści marzący o swojej utopi.
My w Polsce jeszcze nie za bardzo zdajemy się rozumieć co się na świecie dzieje. Czasem nawet słyszę pewne siebie głosy, że na szczyt londyński powinniśmy kogoś wysłać bo to my a nie reszta świata ma receptę na kryzys. Przypomina mi to trochę sytuację, w której ktoś kto od tygodnia pakuje na siłowni chce rozkręcić kampanię na rzecz wolności do używania sterydów bo przecież on ma się świetnie. A że dłużej pakujący kumple niekoniecznie to pewnie dlatego, że jedzą za mało owoców i warzyw... Trochę przeraża mnie ten brak refleksji nad tym dlaczego jest u nas tak dobrze. Takie swoiste „opóźnienie” jednak daje pewne nadzieje na ominięcie tego wszystkiego co ma aktualnie miejsce chociażby w Stanach. Trochę jednak szkoda, że zajęci jesteśmy w ostatnich latach nie nie znaczącymi z punktu widzenia naszej przyszłości małymi i dużymi awanturami a nie dostrzegamy rewolucyjnych przemian o charakterze cywilizacyjnym dokonujących się w świadomości większej części ludzkości. Tekst Rafała Wosia jest tego niestety jeszcze jednym dowodem...

niedziela, 15 marca 2009

Wolność vs. efektywność, czyli o granicach prywatności w demokracji liberalnej...

Strasznie irytują mnie biblioteki nie posiadające katalogów elektronicznych. W grzebaniu w szufladkach w sumie nie ma nic złego o ile ma się czas i wszystkie pozycje są na miejscu. Jest coś budującego w tym, że klikając na interesującą nas pozycję dostajemy o niej pełną informację. Dzięki temu czujemy, że wszystko jest tak jak należy, poukładane i przewidywalne. Nie biegamy od półki do półki w nadziei, że interesująca nas książka się odnajdzie. Tak, taki elektroniczny katalog to bardzo wygodne i racjonale rozwiązanie... W tym kontekście pomysł na stworzenia superbazy o Polakach może wydawać się świetnym pomysłem. Wreszcie w jednym miejscu zostaną zebrane informacje, dzięki którym nasza wiedza o społeczeństwie jako całości stanie się dużo bardziej pełna. To umożliwi podejmowanie działań w oparciu o bardziej racjonale przesłanki i pozytywnie wpłynie na nasz dalszy rozwój...
Z takich pozycji zdaje się wychodzić Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera, który zlecił GUS przygotowanie projektu superbazy. Niektórzy przecierają oczy ze zdumienia, że rząd deklarujący przywiązanie do liberalnych wartości może podejmować takie inicjatywy. Niesłusznie, w liberalizmie obok wolności jednostki równie ważny jest postęp, który jest możliwy tylko dzięki poszerzaniu naszej wiedzy. Krótko mówiąc możemy być absolutnie wolni podejmując określone decyzje tylko wtedy, gdy dysponujemy w danej sprawie pełną wiedzą. Wiedząc więcej możemy osiągnąć więcej a nasze decyzje będą trafniejsze.
W ekonomi to nic nowego, informacja to rzecz cenniejsza od złota. Ten kto lepiej zdiagnozuje potrzeby konsumenta, kto szybciej wejdzie w posiadanie właściwych informacji ten wygrywa. Dane osobowe są dziś szalenie cennym towarem bo często od tego do jak szerokiej i jednocześnie odpowiednio wyprofilowanej grupy odbiorców trafi oferta zależy powodzenie inicjatywy. Nawet organizacje pożytku publicznego, które robią tak dużo dobrego, że ręce na samą myśl o ich działalności składają się do oklasków budują własne bazy danych. Od ich jakości zależy bowiem wielkość datków a więc tym samym i zakres udzielanej przez nie pomocy. Nie ma sentymentów, pomożesz raz a w swojej skrzynce już niedługo zaczniesz regularnie otrzymywać informacje o działalności i prośby o dalszą pomoc.
Dla Tomasza Arabskiego i wielu innych zapewne efektywność jest czymś szalenie istotnym. Chętnie przenoszą ją na niwę polityczną, w gospodarce przecież świetnie się sprawdza. Prawa obywatelskie to dla wielu coś z innej epoki. W liberalizmie postęp ma charakter liniowy, jeśli już coś osiągnęliśmy to na stałe. W sferze politycznej jesteśmy już wolni, jeśli zostało coś do zrobienia to tylko w gospodarce. Zresztą superbaza ma być stworzona tylko dla celów statystycznych, któż by chciał ją wykorzystać do ograniczania wolności. A że znajdą się tam też informacje osobiste, to też szczególnie nie budzi kontrowersji w epoce dość powszechnego ekshibicjonizmu. Przecież państwo na podstawie danych od dostawców energii nie przyśle nam polecenia wymiany lodówki na bardziej energooszczędną. Albo nie uniemożliwi nam korzystania z linii 0 700 za nie płacenie alimentów... Pytanie o nasze plany prokreacyjne też wydaje się niewinne, przecież nie będziemy musieli się pod groźbą sankcji karnej wywiązać ze swoich deklaracji. 
Idąc dalej tym tropem można nawet powiedzieć, że nie byłoby niczym złym noszenie wszczepionego czipu z informacją o naszym stanie zdrowia, prognozowanej długości życia, uzyskiwanych dochodach, poglądach, zdolnościach itp. Moglibyśmy chodzić z czytnikami i wymieniać się szybko i bezboleśnie informacjami. Łączenie w pary byłoby wtedy dużo bardziej racjonalne, Wdowa/wdowiec nie musieliby wieść długiego samotnego życia po stracie ukochanej/ukochanego. Wobec prognozowanych kłopotów z nerkami, można by szukać kogoś kto w razie potrzeby może nam ją oddać. To znacznie bardziej racjonalny powód do małżeństwa niż coś tak niezrozumiałego jak miłość. Dużo sprawiedliwiej można by rozłożyć obowiązki podatkowe, łatwiej byłoby rekrutować kadry. IQ wyskakiwałoby tuż za imieniem i nazwiskiem. Wiedząc wszystko o wszystkich świat byłby dużo prostszy. 
Ironizuję sobie, ale problem jest poważny. Nawet jeśli teraz stworzenie takiej bazy nie wydaje się czyś groźnym to nie ma gwarancji, że w przyszłości nie będzie niosło negatywnych skutków. Logika czegoś co można nazwać ”rozwojem cywilizacyjnym” zdaje się wskazywać, że to może być tylko pierwszy krok, zupełnie jeszcze zresztą niewinny w stronę budowy bezpiecznego społeczeństwa z Wielkim Bratem w tle. Teraz nie mamy powodów by do superbazy (o ile ona powstanie) sięgnąć, ale niech się pojawi zagrożenie, atak terrorystyczny, klęska ekologiczna czy nawet problemy z demografią... Ja osobiście nie wierzę, że wtedy z takiej pokusy nie skorzystamy. Dlatego nie wiem jak inni ale ja gdy w moich drzwiach stanie rachmistrz i zacznie zadawać pytania to albo odmówię odpowiedzi na niektóre pytania albo najzwyczajniej w świecie skłamię. Tak nie mam adresu e-mail, jestem wyznawcą zoroastryzmu, remonty robię raz na miesiąc a do pracy dojeżdżam trolejbusem. Co prawda niewiele to da dlatego, że informacje z różnego typu instytucji publicznych ale tez firm prywatnych spłyną do GUS i nic na to nie poradzę...
Jedynym rozwiązaniem jest zabranie głosu w debacie publicznej na ten temat. Tyle tylko, że niewielu chce o tym rozmawiać. Trochę to dziwne, zważywszy, że temat granicy pomiędzy tym co przynależy do sfery prywatnej i publicznej powinien budzić w społeczeństwie liberalnym większe zainteresowanie. Podobnie zresztą jak odpowiedź na pytanie jak daleko można się posunąć kierując się efektywnością w sferze publicznej, czy też jakie prawa przynależne jednostce nie mogą być ograniczane, nawet jeśli wydaje się, że społeczeństwo jako całość może na tym skorzystać... Mam wrażenie, że by zacząć zadawać sobie te wszystkie pytania musi się zdarzyć coś co wymusi na nie od razu odpowiedź. Niestety nie potrafimy uczyć się na błędach innych i dlatego podobne debaty w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, które są pokłosiem zagrożenia terroryzmem w naszej świadomości są niemal nieobecne. Dla Tomasza Arabskiego sama baza jest pewnie co najwyżej problemem technicznym, szansą na usprawnienie systemu a nie częścią szerszego kontekstu. Tak jak dla większości społeczeństwa, które zapewne nie miało by nawet nic przeciwko podsłuchom o ile złoty by się systematycznie wzmacniał względem franka a pensje gwarantowały udział w powszechnej szczęśliwości...